Sylwia Kulej – opowiadania

OBCY ŚWIAT

Wszystko w moim życiu konsekwentnie prowadziło do tego punktu. Dotychczas wydawało się, że pozorne poukładanie będzie miało zupełnie inne zwieńczenie. Jednak byliśmy tutaj, w środku burzy, obcy i odlegli, chociaż kiedyś myślałam o tym, że będziemy mieć razem dzieci.
Jakiego trzeba mieć pecha, żeby znaleźć się w środku wielkiego korka razem ze swoim byłym chłopakiem? Jechałam spokojnie przez Częstochowę, gdy nagle nas wszystkich zaskoczyły informacje w radio – działania zbrojne, wielki przemarsz czy coś innego, równie skandalicznego i dziwnego. Początkowo wszyscy po prostu grzecznie wysiedliśmy z naszych pojazdów. Gdzieś było słychać śmiech dzieci, gdzie indziej rozmowy telefoniczne. Później nastąpiła cisza w łączności, żadnego zasięgu, internetu czy czegokolwiek. Wystraszona zaczęłam szukać kogoś znajomego, kogoś, kto może mi coś powie, może pocieszy, a może znajdzie sposób, żeby wyjść z tej matni. Wtedy jeszcze miałam nadzieję, że spóźnię się, ale dojadę do pracy. Byłam w wielkim błędzie.
Gdy obracałam się na boki, z tłumu ludzi, wprost przy mnie, zmaterializował się on. Równie zażenowany i zagubiony. Jego mina nie dawała mi nadziei na pocieszenie.
– Co się mogło stać?
– Cześć. Zupełnie nie mam pojęcia. Myślisz, że to się zaraz ruszy? Chyba pójdę w tamtym kierunku. – Machnęłam ręką, wskazując jedną z ulic.
– Wiesz co, chyba też tak zrobię. Zostawiłem auto na parkingu, najwyżej wieczorem po nie przyjadę. W pracy jakoś przeżyją moją nieobecność. A tam może być łatwiej złapać stopa lub autobus do domu.
Szliśmy w milczeniu. Z nostalgią i złością obserwowałam moją dłoń, tak blisko jego dłoni. Wtedy nastąpiły pierwsze wystrzały. Ciszę rozcięła i zhańbiła nagła seria. Patrzył na mnie, nie rozumiejąc, co się dzieje. Ja wiedziałam. Znałam ten hałas ze strzelnic. Chwyciłam jego rękę i pociągnęłam za sobą. Biegliśmy, nie patrząc na nic, czasami używając łokci, żeby dostać się jak najdalej od dźwięków. Wtedy zaczęło delikatnie siąpić. Deszcz lekko, jakby pieszczotliwie, spadał na moje włosy.
Wskazałam palcem blok do rozbiórki. Zrozumiał. Weszliśmy na samą górę. Zziajani i zmęczeni, staraliśmy się iść jak najdalej od okien, żeby nikt nas nie zauważył. Gdy się zatrzymaliśmy, z wysokości spojrzałam na miasto. Zobaczyłam chaos, cierpienie i tragedię.
– Ktoś nas zaatakował. Widzę czołgi, armię i mnóstwo ludzi. Nie wiem kto, skąd i dlaczego, ale lepiej, żebyśmy to przeczekali.
Skinął tylko głową na znak, że rozumie. Dotychczasowa mżawka zmieniła się w regularny deszcz, a potem w burzę. Siedzieliśmy na podłodze, brudni i głodni, gdy wyciągnął do mnie dłoń i zapytał:
– Zjesz kanapkę?
– Masz coś do jedzenia i do tej pory nie przyszło ci do głowy, żeby się podzielić?
– Wiesz, tyle się działo. Zapomniałem.
– Myślisz, że jeśli nas znajdą, to zabiją?
– Wolałabym tego nie sprawdzać.
Zaczęło zmierzchać. Miałam dość naszej ciszy, tamtego hałasu i lęku. Myślami byłam gdzie indziej, znowu miałam 16 lat i głowę napchaną ideami. Wtedy umiałam się rzucić przed siebie bez sprawdzania, czy nie połamie mi to kręgosłupa. Chciałam tylko się z nim całować na ławce w parku, bezczelnie, bez wstydu i bez konsekwencji. 
– Właściwie dlaczego?
– Co „dlaczego”?
– Dlaczego nie chciałeś już ze mną być? 
Spuściłam wzrok. Po tylu latach musiałam się przyznać, że mnie to zabolało, że mnie zostawił. Do tej pory udawałam coś zupełnie innego.
– Nie wiem. – Jego butelkowozielone oczy patrzyły na mnie smutno. 
– Nie wiesz?! – Przypomniałam sobie swoją dawną złość i dumę.
– Byłaś taka nieokiełznana. Czasami bałem się tego, co zrobisz, czego zapragniesz i czy faktycznie ci na mnie zależy.
– Kochałam cię tak mocno, że myślałam, że nigdy już nie odetchnę pełną piersią. Zabiłeś we mnie całą spontaniczność i odwagę.
– Przepraszam. Żałowałem, gdy przypominało mi się, jak całowałaś mnie pod mostem albo jak głośno umiałaś się śmiać.
Nagła seria z karabinu znowu rozerwała ciszę. Schowałam głowę w jego ramionach i zadrżałam. Całował mnie zachłannie, w czubek głowy, czoło i oczy. Szeptał moje imię, gdy ściągał ze mnie ubranie. Patrzył z taką namiętnością, jakiej nigdy nie zaznałam w niczyich oczach. Popchnął mnie delikatnie na plecy i rozsunął nogi. Gdy już znalazł się we mnie, byliśmy oboje więcej niż gotowi i spragnieni, a cały akt nie trwał długo. Ubraliśmy się i weszliśmy na dach, w ciemności było widać tylko łunę pożarów. Otaczał nas obcy świat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz