Krzysztof Rudomin

Krzysztof o sobie:



Piszę proste, przyziemne wiersze, opowiadania obyczajowe i z rzadka opowiadania grozy. 



Moi ulubieni poeci to: Bukowski, Cummings, Thomas, Słowacki, Poe, a prozaicy: Bukowski, Hłasko, King, Buczkowski, Sieroszewski, Kosiński.



"czasem trzeba iść nocą" to zbiór różnorodnych wierszy pisanych na przestrzeni kilku lat. Całość jawi się jako opowieść o ludziach zagubionych niepogodzonych ze światem, poszukujących szczęścia, miłości, własnego miejsca.



Język wierszy to często język prosty, niemal uliczny, przeplatany fragmentami nostalgicznymi, erotycznymi lub też strumieniami myślowymi. 




***



My

ŚLĘ CIĘ Z ODDALI

zawędrowałem aż pod okno
pastelowa czerń ochoczo wpłynęła w źrenice
aż nie chce się wierzyć
że w tej gęstwinie zgaszonych atomów
mogłabyś stać na wyciągnięcie ręki
a ja nie widziałbym cię
dopóki nie zapukałabyś w szybę

mój pokój ma dziwny kształt
jest pusty nawet kiedy śpiewam
i odbijam piłeczkę od ścian

siadam
piszę
to jest
mówimy do siebie cicho jak gwiazdy

czuję twój świat zapach herbaty harmider
migiem zlewające się dni faktury
faktury twarzy
garść suplementów pasję
szuflady ze słodyczami

uczę się języków
a côté

znowu
układam nocny deszcz o tobie
zapewniam cię że to nie ziemia
to stacja niebo-południe

A KIEDY ZE MNIE ZLAzŁA


zapytała bo spać ani myśli
pyta
o czym marzę najbardziej

a ja mówię że żeby dokończyć butelkę i spać
bo jej nie powiem że chcę
aby mnie gwiazdy spaliły do szczętu
kiedy się dzień wypali do szczętu
i żeby maszynę w robocie szlag trafił
i ja nie powiem że marzę
nie wychodzić z mieszkania
tylko się kąpać i skręcać papierosy
ale jak nie wychodzić kiedy wyganiają
więc życzyłbym sobie
opłat nieuiszczania bezkarnego
i śmiechem swoim
w dupę kopać najemców o chytrych oczach
pionowe niemal źrenice i te sprawy

i gdyby bimber był tańszy tobym się dzielił
nim chętniej
tymczasem złoszczę się na ten bimber
i życzę sobie wydzierać się na wszystko na co chcę tylko
oraz aby mi wszyscy tylko jedno dali
święty spokój mianowicie to już bym
cichszy był i pokornego serca

marzenia marzenia myślę
pies by je wąchał się kończy
pasztet i szron i światło się kończy
weź otwórz sobie
myślę sobie i byłbym jej to powiedział wszystko
ale to za szybko
tylko jej powiem że całkiem miła z niej
a ona usta szeroko
i bździągwa chrapie

weź się wstydź tam z góry
cały olimp na ciebie patrzy
i choć za darmo patrzy
to nie widziałby najchętniej

cały olimp nie wie że marzę o

TABORET


dziadek miał ręce jak bóg
zbił taboret na którym milczał latami
zanim jeszcze nauczyłem się słyszeć ciszę
mruczały mu koty kawowe na przęsłach kolan

dziadek miał oczy blade jak dziecięce akwarele
a jego taboret błyszczał niczym wóz strażacki
i koty jego lśniły bajkami
a kożuch pachniał mrozem przy piecu
wielki jak wieczorne niebo gotowe do lotu

piec przechwalał się ogniem
dziadek wyjmował pogrzebacz spod taboretu
oglądały go wszystkie matki boskie
jak bódł węgle pił kawę z blaszanego kubka
klął z ruska na granicy szeptu

dziadek miał ręce jak bóg
zbił taboret na którym milczy czasami
choć nie posiada już ciężaru
i żaden z jego kotów nie wrócił po resztki z obiadu

[I STRACH I CHYBA WSTYD]


kiedy o szyby rozbijają się chmury
chciałbym być trawą mieć kilka zielonych
istnień w roku
już wiem że nie zdążę do kina
wagon jest pełen dziwnego życia
kobiety zbyt przesadnie pachną drogerią
a na szybach więdną krople jak oczy
ten czarnoskóry gość miał w sobie coś z
ćpuna
i strach i chyba wstyd
kiedy nikt nie wyciągnął do niego ręki
z jednofuntówką
i jakoś tak przeraziły mnie dziesiątki oczu
nie patrzących na niego
więc dałem mu monetę
na ciepły posiłek albo żeby się nagrzał
i kiedy pada deszcz ziemia cicho pachnie
tak jak w domu
właśnie chowam telefon do kieszeni
chyba znowu nie powiedziałem prawie nic
ona chyba znowu nie słuchała prawie wcale
chyba biegła gdzieś załatwiała coś
spotykała się z kimś jadła pisała maila
czyli życie
gdzieś poza jego immanentnością
dalej skrapla się brama kosmosu
a ja już czekam na powrotny pociąg
w połowie drogi do kina
przecież życie jest niezłym kinem
a ja sam jestem kolejną częścią
sagi o obcym
zawracam
tak działa
rozczarowanie drobiazgami
kobiety pachnące drogerią
kobiety którym ufasz jak chrystus ojcu
gdy mu przebijano bok
strach w oczach żebraka
przegadane wiersze
śmierć deszczu
jutrzejsza pobudka o czwartej trzydzieści
pusta butelka po winie
obok pustej butelki po winie
moje bezsilne serce

[ŚWIATŁO JAKIE MNIE JESZCZE NIE GRZAŁO]


nie pisałem długo zapomniałem jak
to jest myśleć wersami
działo się wiele stanowczo za wiele
moja twarz opowiada więcej
usta ściśnięte mam częściej
dni są krótkie jak życie motyli
mój spokój jest jak ściana o którą możesz się oprzeć
moje myśli nie istnieją lub są
rozrzucone po podłodze by po chwili
nie istnieć
mój spokój jest jak drzewo
nieustraszony konsekwentnie
odhaczam dni
ale
świeci moim dniom światło
jakie mnie jeszcze nie grzało
moje oczy wiosennieją
zaczynam lubić włoskie likiery
i smak szminki na filtrze
odrastają mi chęci i mięśnie
oboje mrużymy oczy
boimy się ciepła tego światła
jakie nas jeszcze nie grzało

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz