niedziela, 5 stycznia 2020

"W wysokiej trawie" czai się śmierć. Z nudów.

 
Vincenzo Natali, twórca dobrego Cube, bardzo dobrego Westworld i niezłego serialu Hannibal, raczy nas tym razem filmem na podstawie opowiadania Stephena Kinga i jego syna, Joego Hilla.

W wysokiej trawie na pewno nie jest dziełem odkrywczym.
Przede wszystkim zaś nie jest dziełem.
Wystarczy powiedzieć, że przypomina podrobione Dzieci kukurydzy, i to podrobione tak, jak kilkanaście lat temu w chińskich fabrykach podrabiano, dajmy na to, markowe obuwie.

Jest to tym bardziej rozczarowujące, że początek potrafi zainteresować. Niczym najlepsze krótkie formy króla horroru, zachęca zawiązaniem fabuły prostym i prawdopodobnym.

Dwoje młodych ludzi, brat i ciężarna siostra, przemierzając bezkres amerykańskich dróg, najwyraźniej ucieka przed rodzinnymi problemami. 
Podczas postoju na poboczu, z wysokiej trawy, która porasta przestrzeń po horyzont, dobiega ich głos dziecka proszącego o pomoc. 

Ocean zieleni wyrastającej ponad głowy ludzi okazuje się posiadać własną fizykę, w której czas i przestrzeń działają zgoła inaczej niż w normalnym świecie. Mało tego - trawa zachowuje się, jakby była kontrolowana przez wyższą, złowrogą siłę.
 

W gąszczu bohaterowie gubią się i odnajdują, spotykają innych zaginionych, rozwiązują, bądź przynajmniej starają się rozwiązać, problemy rodzinne, przy tym wszystkim wciąż próbując zrozumieć, pokonać i wydostać się z przedziwnego i żądnego krwi świata traw. 

Bieganina opanowała film. Miast być atutem i dynamizować fabułę, staje się ruchomą
monotonią, irytującą i obnażającą największy mankament produkcji, którym jest brak pomysłu na wypełnienie sztucznie rozciągniętego do granic możliwości scenariusza, opartego na niezbyt obszernym przecież tekście Kinga i Hilla. 

Szkoda niewykorzystanego pomysłu. Horror, w którym wykorzystywany jest motyw labiryntu/pułapki, w połączeniu z fantastyką grozy rodem bodaj z tworów Lovecrafta (King musiał być akurat pod wpływem jego twórczości, kiedy wraz z synem pisał W wysokiej trawie) nie jest może czymś wybitnie odkrywczym, mógłby być jednak przystępnym, bo wionącym komfortową typowością, filmem grozy dla miłośników gatunku, zarówno tego pisanego, jak i filmowego. Tymczasem wydaje się, że twórcy za wszelką cenę próbowali uczynić W wysokiej trawie produkcją świeżą i odkrywczą, nie mieli jednak pomysłu, jak to zrobić.
W próbach bycia odkrywczymi zapędzili się tak bardzo, że zupełnie zapomnieli o podstawach. Pomijając już oczywistości takie jak rozsypany scenariusz, wpomnieć trzeba o drewnianym aktorstwie. Wygląda to tak, jakby aktorzy nie wiedzieli do końca, w czym grają. Może jedynie Patrick Wilson, który wcielił się w rolę Rossa, ojca zaginionego chłopca, postanowił zagrać, wymyślić swojego bohatera, pomimo olewki scenarzysty i reżysera, w jednej zresztą osobie. Wilson daje nam figurę ewoluującą, wyrazistą, wzorowaną jakby na antagonistach z klasycznych campowych slasherów. Mnie najbardziej przypomina Asha z Martwego zła (1981).

W wysokiej trawie jest obietnicą bez pokrycia. 
Ot, współczesny horror klasy B z niespełnionymi aspiracjami na awans do pierwszej ligi. 










czwartek, 2 stycznia 2020

"Wiedźmin" Netflixa. Superbohater przeciętny


Wiedźmin jest na fali. 
Uniwersum stworzone przez Sapkowskiego eksploruje coraz więcej ludzi na całym świecie. A sposobów eksploracji jest sporo.

Prócz, oczywiście, książek, do serialu i filmu (odpowiednio 2002 i 2001), komiksów oraz znakomitych gier dołącza produkcja serwisu Netflix, szczycąca się niezwykłą popularnością. 

Jest to ciekawa, wciągająca seria, na którą składa się osiem około godzinnych odcinków. 
Seria poprawna. 
Nic ponadto. 
Dlatego też większe rozczarowanie.

Naiwnie spodziewałem się wyraźnych pierwiastków słowiańskości, fantastycznego mrocznego nastroju, cięższego niż w polskim serialu sprzed niemal dwóch dekad. Oczekiwałem silnie nakreślonych charakterów i niezapomnianych kreacji aktorskich. Dopieszczenia technicznego.

I srodze się zawiodłem.

Wiedźmin Netflixa to nic innego jak kolejna opowieść o amerykańskich superbohaterach, tyle że pod płaszczykiem quasi-średniowiecznego świata alternatywnego.

Od pewnego czasu mam wrażenie, że filmy fantastyczne, szczególnie te rodem z Hollywood, produkowane są na jedno kopyto. Oczywiście, tajemnicą poliszynela jest fakt, iż istnieją schematy i chwyty, których twórcy blockbusterów muszą używać, aby przyciągać do kin przyzwyczajoną do nich widownię. W tym zalewie klonów Wiedźmin jawi mi się jako ich uboższy serialowy krewny. 

Oczywiście, aktorzy grający w Wiedźminie mogliby z powodzeniem wystąpić w jakimkolwiek innym filmie o superbohaterach, (szczególnie Henry Cavill, którego, z racji swojej posągowości, tudzież, jak kto woli, z racji wyglądu wzorcowego amerykańskiego marines, widziałbym jako Supermana lub Kapitana Amerykę), jednak ich aktorstwo dostosowane jest bardziej do teatru telewizji aniżeli do kinowych superprodukcji. 

I właśnie takim większym teatrem telewizji jest Netflixowy Wiedźmin

Kostiumy zdają się tylko udawać te z bliżej nieokreślonej, choć zapewne zamierzchłej epoki. Wionie od nich nieszczerością. Podobnie jak od postaci, których gra aktorska jest niezdecydowana, zawieszona między blockusterowością a teatralnością.

Lokacje potrafią nacieszyć oko, ale brakuje im tego czegoś. Kadry są skomponowane poprawnie, bez śladu konceptu, bez cienia artyzmu. Wszystko widoczne jest jak na dłoni, brakuje zabawy światłocieniem.

Sceny dialogowe w Wiedźminie to już wręcz modelowy przykład teatrotelewizyjności. Odniosłem wrażenie, że twórcy właśnie na dialogach oparli kręcenie serialu. Produkcja ta to właściwie seria dialogów, których statyka z rzadka przerywana jest scenami walk czy innymi, które dynamizowałyby fabułę. Większą rolę w napędzaniu akcji ma, nie dla wszystkich wygodne, ale również modne ostatnio w tego typu obrazach, szatkowanie historii, rwanie jej, mieszanie w chronologii jak w garze z kapustą.

Dialogi swoją drogą, a sposób ich przedstawiania swoją. Otóż sposobu takiego w Wiedźminie po prostu nie ma. Szczytem pomysłowości jest tu po prostu mówiąca twarz w kadrze.

Wszystko to sprawia, iż mamy wrażenie, że serial kręcili studenci szkoły filmowej, z odpowiednim warsztatem, ale nie wyrobieni jeszcze, bez własnego stylu i bez odwagi.

Mimo masy wpadek i niedociągnięć, Wiedźmin posiada kilka zalet. Niezła ścieżka dźwiękowa; dobre sceny walki, często efektowne i krwawe; Yennefer; twarz Geralta, która, mimo iż zbyt nieskazitelna, daje się lubić z odcinka na odcinek bardziej; mimo wszytko wciągająca fabuła.

Mam nadzieję, że twórcy wyciągną wnioski (obiecuje to już Tomek Bagiński), i bardziej przyłożą się do kolejnych sezonów Wiedźmina. Bez przesadzonego pośpiechu, z większą dbałością o szczegóły.
Czekam i wierzę, że dość przeciętny serial stanie się równie dobry, co głośny.