środa, 23 października 2019

Prywatne Halloween w kilku zdaniach #2 – "Horror Amityville"



Film z 1979 powstał na podstawie książki Jaya Ansona, która była czymś w rodzaju bardzo mocno przerysowanej, pełnej tyleż śmiałych co łatwo podważalnych hipotez historii o prawdziwych wydarzeniach. 

Horror Amityville opowiada o rodzinie Lutzów, którzy przeprowadzają się do dużego domu, gdzie w przeszłości miała miejsce masakra. Duchy ofiar domagają się krwi...

Film od razu informuje, że jest horrorem. Noc, deszcz, burza, grzmoty i strzały. Dom, który wygląda, jakby miał twarz. I trupy. 
Skonstruowany za pomocą klasycznego zabiegu, czyli "przypieprz czym mocnym na początek, a potem zaprowadź akcję do spokojnego "teraz" i przeplataj je retrospekcjami, aż "teraz" i "kiedyś" zderzą się z sobą w punkcie kulminacyjnym". 
Ciekawy wątek z księdzem. Wszechobecna symbolika szatańska: muchy, chłód, otwierające się drzwi, czarny kot, czarna maź zamiast wody. 

Produkcja z 2005 to, w porównaniu ze starszym filmem, teledyskowość, epileptyczne migawki, postawienie na efektowność kosztem odarcia z części tajemnic. 

Pierwsza wersja straszy atmosferą. 
Druga straszy jump scare'ami. 

Film z 1979 był bardziej oszczędny, przejrzysty i konkretny, dojrzalszy. 
Ten z 2005 miota się, napina mięśnie, jest jak efektowna witryna sklepowa z błyskotkami z Chin, jak nastolatek na siłę próbujący być cool. 

No i bardziej Brolin, niż Reynolds, choć trzeba przyznać, że ten drugi zagrał bardzo przyzwoicie i jest chyba najjaśniejszym punktem nowszego z filmów. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz