piątek, 14 czerwca 2019

Tak, jestem Bill Murray, ale zostawmy to między nami, dobrze?


Tak, jestem Bill Murray, ale zostawmy to między nami, dobrze?”
*tekst z roku 2012

Amant? Chyba nie. Gdyby przeprowadzono wśród kobiet ankietę, mającą wskazać najprzystojniejszego aktora i klasycznego łamacza serc, to pierwsze miejsca okupowaliby (zresztą od lat bez zmian) Leonardo DiCaprio, Johnny Depp, Colin Farrell i, nie wiedzieć dlaczego, George Clooney. Twardziel? Wyobraźmy sobie Murraya w jednej drużynie ze Stallonem, Schwarzeneggerem, Seagalem, Van Dammem i Lundgrenem. Mamy przepis na to, by z filmu akcji zrobić groteskę. Mistrz komedii? W kinie współczesnym człowiek z mimiką Bustera Keatona i energią Andrzeja Poniedzielskiego nie zrobi kariery na miarę Hollywood w branży komediowej. Carrey, Sandler, nieżyjący Leslie Nielsen – to nazwiska, które zwykłemu zjadaczowi filmu nasuwają się od razu, kiedy mowa o tym gatunku. Kim w takim razie jest Bill Murray?
Ten sam aktor równie dobrze sprawdza się w Pogromcach duchów Dniu świstaka, co w Broken Flowers Między słowami. Radzi sobie z użyczaniem głosu tłustemu i leniwemu kotu tak samo jak z grą w uwspółcześnionym Hamlecie. Czy jest to film mianowany „komedią” czy też „dramatem”, widzowi raczej nie grozi podczas seansu zapadnięcie na syndrom Kleinego-Levina. Gdyby jednak uważnie prześledzić filmografię Murraya, można by dojść do wniosku, iż mimo gry w wielu różnych filmach i, co za tym idzie, mimo kreowania dużej ilości, wydawałoby się, odmiennych ról, Bill Murray prawie zawsze gra... Billa Murraya. Może jedynie w Kawie i papierosach było nieco inaczej, kiedy to Murray zagrał siebie parodiującego postać (a raczej konkretną scenę) graną przez niego w Dniu Świstaka. Cały epizod z gwiazdami Wu-Tang Clanu jest zresztą hiperbolą ironii tak interfilmowej, jak i wewnątrzfilmowej.


Bohater kreowany przez Murraya to zwykle mężczyzna neurotyczny, zgorzknialec o zmęczonej twarzy, ironista potrafiący zawsze błysnąć ciętą ripostą lub tyleż trafną, co złośliwą i śmieszną uwagą. Rzadko jest to postać ekspresyjna (ekspresję odnaleźć można we wczesnym Murrayu), ale prawie zawsze nieprzewidywalna i szalona. Murray zdaje się grać bez wysiłku i obojętnie, co nie dziwi, skoro, jak ustaliliśmy, gra samego siebie. Nie można oprzeć się wrażeniu, iż role mu powierzane są pisane specjalnie dla niego. Tak rzeczywiście było w przypadku filmu Między słowami Sofii Coppoli. Gdyby aktor nie zgodził się wziąć udziału w przedsięwzięciu, film – jak przyznała sama reżyserka – w ogóle nie powstałby. Trzeba przyznać, że Coppola miała nosa niczym Jean-Claude Ellena i Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego Murray za rolę japandera – Boba Harrisa – nie dostał Oskara.



Ale największy sukces komercyjny i trwałe zaistnienie w branży ktoś taki jak Murray zawdzięcza oczywiście przypadkowi. Dość wspomnieć, że aktor miał zostać lekarzem, jednak po tym, jak przyłapano go na posiadaniu marihuany, musiał pożegnać się z uczelnią medyczną. Sukces w Pogromcach duchów to „zasługa” głównie Johna Belushiego, który zmarł tuż przed rozpoczęciem zdjęć i zostawił swoją rolę „w spadku” Murrayowi. Dodajmy do tego przypadek z Garfieldem – aktor zgodził się użyczyć głosu postaci, gdyż przekonany był, że autorem scenariusza są Bracia Coen. Jak się później okazało, był to Joel Cohen. Billu Murrayu, musisz popracować nad koncentracją albo nad czytaniem ze zrozumieniem.
Happy Shannon (Gra namiętności) to  n i e  Murray. Jest to jedna z nielicznych, jeśli nie jedyna rola nie pasująca do tegoż aktora. A może na odwrót – Murray nie nadaje się do grania tego typu charakterów? Doprawdy dziwna sprawa, tak jak cały film. To nie jest tak, że tej produkcji nie da się lubić, ale nie sposób ukryć, że historia o skrzydlatej dziewczynie nie jest najwyższych lotów. Rourke jest tradycyjnie wyrazisty, ale to kalka „The Rama” z Zapaśnika, z wciśniętą do ręki trąbką. Happy Shannon to ktoś nieokreślony – zły, ale chyba nie do końca, niedopracowany charakter, przez którego prześwieca męczący się z tą postacią Murray, już nie tak naturalny jak w Broken Flowers czy Między słowami. Aktorsko film ratuje Megan Fox. Może „aktorsko” to niezbyt fortunne wyrażenie, ale przynajmniej jest na kogo popatrzeć.



Skoro jesteśmy przy nieudanej roli i absurdalnych pomysłach, czas na ciekawostki. Otóż Murray był brany pod uwagę jako odtwórca roli Hana Solo. Gwiezdne wojny chyba nie ucierpiały na absencji tegoż aktora w produkcji George'a Lucasa. Na tym nie koniec – Bill Murray miał wcielić się w role Batmana i Indiany Jonesa. O ile w tę drugą można by aktora jakoś wcisnąć, o tyle kostium człowieka-nietoperza byłby już grubą przesadą. 
Bill Murray gra mężczyzn, którzy mają problemy z kobietami. Pięknymi kobietami, bo innych w Hollywood, co oczywiste, nie ma. Romanse, niesnaski, związki, rozstania – tak scenarzyści w głównej mierze wypełniają czas postaciom granym przez aktora. Znalazło się na to miejsce nie tylko w sztandarowych w związku z tematem dziełach – Broken Flowers Między słowami, ale i w Pogromcach duchów czy Hyde Park on Hudson, gdzie Murray z powodzeniem gra Roosevelta. Zostańmy jednak przy Broken Flowers Między słowami. Powód jest prosty – są to filmy bardzo do siebie podobne, z tym że w Broken Flowers bohater grany przez Murraya „walczy” z większą ilością kobiet. W obu filmach gra aktorska opiera się na mimice, a dokładniej – na jej braku. W obu główna postać to człowiek apatyczny, zmęczony życiem, którego rzadko stać (ale jednak stać) na żywiołowe zrywy. I w jednym, i w drugim obrazie grany przez Billa Murraya charakter nie przechodzi większych zmian, nie przeżywa klasycznego katharsis, nie następuje bardzo zauważalna zmiana charakteru. Bill Murray, którego gra Bill Murray, pozostaje Billem Murrayem.

Dzięki Coppoli i jej Między słowami (Jarmushowski Broken Flowers również zresztą rozgrywa się „między słowami”) Murray doczekał się najbardziej chyba enigmatycznej sceny w swoim dorobku filmowym. Chodzi o tajemnicze, bezgłośne słowa szeptane do ucha Scarlett Johansson pod koniec filmu. Niektóre źródła podają, iż miały one brzmieć: "Trzymaj się z daleka od Woody'ego Allena. Ja jestem jedynym starym pierdzielem, z którym powinnaś się zadawać.". Kto wierzy w taką wersję, jego sprawa, ale czy znajdzie się osoba, która zaprzeczy, że Murraya byłoby stać na taki żart?
Postaci grane przez Murraya mają niewiele szczęścia do kobiet, lub po prostu nie potrafią z nimi koegzystować. Nigdy nie są to jednak typy wulgarne. Prywatny stosunek Murraya do płci przeciwnej mógłby zostać zawarty w cytacie z jednego z wywiadów z roku 2004: "Przyznaję się bez bicia: lubię, kiedy na planie pracuje dużo kobiet. Czasami wręcz upraszam reżyserów, żeby nadprogramowo zatrudnili jakieś asystentki czy statystki. Dzięki ich obecności atmosfera od razu robi się przyjemniejsza. Wszyscy wiedzą, że trzeba zachowywać się delikatniej i unikać brzydkich słów, no bo przecież panie słuchają.".



Człowiek, który złamał nos samemu Robertowi De Niro, nie zatrudnia agenta, w związku z czym niezwykle trudno skontaktować się z nim. Robert Downey Jr. chciał, by Murray wystąpił w Iron Manie, jednak ten jakby zapadł się pod ziemię. Patent na odnajdywanie aktora ma chyba Wes Anderson, który nie miał z tym problemu, kiedy potrzebował Murraya do Moonrise Kingdom (znalazł go zresztą szósty raz – jest to bowiem szósty wspólny film obu panów). Sam Murray na zarzuty dotyczące swojej nieuchwytności odpowiada, że znacznie trudniej, niż znaleźć aktora, jest napisać dobry scenariusz. Ktoś, kto potrafi napisać dobry scenariusz, nie będzie miał problemu ze znalezieniem Billa Murraya. Proste, prawda?
Bill Murray to człowiek wszechstronny (tak mówi o sobie Phil z Dnia świstaka). Jest aktorem, pisarzem, komikiem, scenarzystą, reżyserem, producentem. Nie potrafi co prawda grać na fortepianie, jak Phil, ale całkiem dobrze radzi sobie z innymi strunami – gitarowymi. Wystąpił nawet na scenie z Erikiem Claptonem. Talent wokalny Murray rozwija na imprezach karaoke z przypadkowymi ludźmi. Prócz tego „The Murricane” jest fanem sportu – kibicuje chicagowskim Bearsom, a sam czynnie zajmuje się grą w golfa, w dość specyficzny zresztą sposób: podczas jednej z wizyt w Szwecji przyłapano go na prowadzeniu wózka golfowego pod całkiem silnym wpływem napojów wyskokowych. Taki niepozorny „Murray”, a ekscesów poza planem zdjęciowym pozazdrościłby mu pewnie sam Colin Farrell...
O Murrayu czyta się jak o postaci fikcyjnej. To jednak człowiek z krwi i kości, żywa legenda Hollywood, która boleśnie odczuwa tak ugryzienia świstaka, jak policzki wymierzone przez Andie MacDowell. Na swoją legendę aktor ciężko pracuje (świadomie bądź – co bardziej prawdopodobne – nieświadomie), udzielając na przykład kilkudziesięciu wywiadów jednego dnia, wymyślając dodatkowo zupełnie inne odpowiedzi na te same pytania. Status gwiazdy zobowiązuje – zatem Murray musi dbać o swoich fanów i nie fanów, utrzymując z nimi bliskie relacje. Dlatego też często zjawia się na „domówkach” przez nikogo nie zapraszany i w ogóle nie przeszkadza mu to, iż nikogo z obecnych nie zna. Zachowuje się naturalnie i stara się być przyjacielski. Dbając o portfele gospodarzy, proponuje odgrzanie resztek makaronu, bo i po co zamawiać nowe jedzenie. Oczywiście sam potem zmywa naczynia.
Niektóre filmy z Billem Murrayem to – tak jak on sam – legendy, klasyki kina rozrywkowego. Tak jest niewątpliwie z Pogromcami duchów, zarówno z pierwszą jak i drugą częścią, które nie odbiegały od siebie znacząco poziomem realizacji i humoru. Czy warto wskrzeszać legendę i tworzyć kolejnych Pogromców…? W tym wypadku na pewno nie, ale za późno na protesty. Aykroyd i Ramis wzięli się za Pogromców duchów III i już na początku wygląda to trochę tak, jak próba wyciągnięcia Titanica z dna oceanu za pomocą małego batyskafu. Ale cóż, toż to Hollywood, na wskrzeszaniu, udolnym czy nie, zarabia się tam obecnie największe pieniądze.
Skoro trzecia część kultowego filmu musi powstać, to lepiej, żeby zagrał w niej Bill Murray, inny Doktor Venkman nie wchodzi przecież w grę. Oczywiście jest to życzenie w stylu: „Dobrze byłoby, gdyby w egzekucji wziął udział skazany”, ale skoro w filmie pojawić się ma znaczna część starego zespołu, to i Murray byłby mile widziany, choćby ze względów sentymentalnych i na osłodę. Co na to sam zainteresowany? Zainteresowany niezbyt entuzjastycznie, delikatnie mówiąc, zapatruje się na projekt. Niektóre źródła donoszą, że Murray po przeczytaniu scenariusza był tak zdegustowany, iż podarł go i odesłał z notą: „Nikt nie wyda pieniędzy na oglądanie starych, grubych facetów biegających za duchami!”. Ciężko nadążyć za doniesieniami na temat udziału aktora w trzeciej części Pogromców..., plotki na ten temat pojawiają się średnio co kilka miesięcy i za każdym razem niosą inną treść. Jedno jest pewne – Murray nie pałał miłością już do poprzednich części filmu i dawno temu zarzekał się, że jeżeli będzie miał wziąć udział w kolejnym projekcie z cyklu Pogromcy duchów, to scenariusz musiałby być co najmniej powalający. Zostaje przybrać postawę niewiernego Tomasza – nie uwierzę, dopóki nie zobaczę – i zamiast zastanawiać się, czy Murray da się namówić, czy nie, lepiej śledzić sytuację finansową Sony – problemy rachunkowe spowodowały przesunięcia w pracach nie tylko nad Pogromcami..., ale i Elysium czy kontynuacją Dziewczyny z tatuażem.
Ciężko byłoby nazwać Billa Murraya celebrytą, a jednak jest on utalentowaną aktorską gwiazdą. Nie jest typowym amantem, wiodącym prym w rankingach na najprzystojniejszych ludzi globu, jednak filmy, w których gra i jego życie prywatne podpowiadają, iż aktor ma w sobie coś z uwodziciela. Poważny, dobrze wychowany, a nie stroni od rozrywek i żartów. Zarówno towarzyski, jak i zamknięty w sobie. Uprzejmy i ciepły, ale też złośliwy i zgryźliwy. Trudnym zadaniem jest odpowiedź na pytanie: Kim jest Bill Murray? Najprawdopodobniej sam Bill Murray nie ma o tym zielonego pojęcia. Nieco prostsze byłoby zajęcie się samym fenomenem Murraya jako cichej gwiazdy i ekscentryka-incognito. Aktor jest w naszym kraju zaskakująco mało znany. Jego nazwisko równie szybko pojawia się przy okazji nowych filmowych produkcji, co znika. Najczęściej jest to twarz, którą kojarzymy z filmów telewizyjnych, twarz rozpoznawalna i charakterystyczna, ale nie znana z imienia i nazwiska. A szkoda. Niewiele jest osób, które zdają sobie sprawę z tego, jak barwna jest to postać i jak bardzo realny Bill Murray zlewa się z granymi przez siebie postaciami.
Aktor krąży po Nowym Jorku, zakrada się od tyłu do przypadkowych przechodniów, zasłania im oczy i pyta: "– Zgadnij, kto to?". Kiedy jego ofiara odwraca się, ten sam odpowiada na swoje pytanie: "– I tak nikt ci nie uwierzy.". To nie jest Bill Murray z Kawy i papierosów, który mówi, gdy zostaje rozpoznany: "– Tak, jestem Bill Murray, ale zostawmy to między nami, dobrze?". „The Murricane”, jak określił go Aykroyd, to nie tylko wybitny aktor, ale też niezwykle intrygujący człowiek, nieokreślony, kpiący sobie nie tylko z przypadkowych „ofiar” swoich zabaw. Cały mit Murraya to właśnie takie zasłanianie oczu – zabawa z fanami, antyfanami, środowiskiem filmowym i show biznesem. I nawet, kiedy już wiemy, kto nam zasłonił oczy, nie jesteśmy do końca pewni, co ów „ktoś” nam odpowie i jak się zachowa, jaki żart nam zafunduje.
Murray? Kto to jest Murray?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz