środa, 24 kwietnia 2019

"Biegnij, Lola, biegnij". Reminiscencje

Zaczynaliśmy często przed południem, a kończyliśmy nad ranem. Tanie piwo zajmowało całe ławy, gdzieniegdzie ustępując miejsca przepełnionym popielniczkom. Kiedy papierosowy dym przerzedzał się czasem, najczęściej podczas otwierania drzwi wejściowych, widać było zwisające z sufitu serpentyny taśm filmowych, zdjęcia aktorów i plakaty kultowych filmów. W takiej atmosferze odbywaliśmy wykłady (kosztem tych właściwych, uniwersyteckich) na temat życia, sztuki i filozofii. Niemal zawsze siadywałem naprzeciwko ściany, na której wisiał plakat filmu Biegnij, Lola, biegnij. Moją współlokatorką i jedną z towarzyszek "konwersatoriów" w studenckim klubie "Kadr" była wówczas niewiasta, którą nazywaliśmy Lola. Również miała czerwone włosy. Na tym właściwie koniec podobieństw.
Na ten plakat napatrzyłem się przez kilka lat. Za to film zdecydowałem się obejrzeć długo po ukończeniu studiów. 

Niemieckie filmy. Z czym nam się kojarzą? Oczywiście prócz klasycznych pornosów? Czy potrafimy jednym tchem wymienić pięć, dziesięć niemieckich filmów, które lubimy? Kilku niemieckich reżyserów, których cenimy?
Wydawać by się mogło, że nie, że kinematografia naszych zachodnich sąsiadów to raczej terra incognita, że oglądamy i znamy głównie filmy amerykańskie i rodzimej produkcji. 
Po głębszym zastanowieniu się stwierdziłem jednak z nieśmiałym zdumieniem, że znam całkiem sporo dobrych niemieckich filmów. 
No bo przecież niemiecki ekspresjonizm z Langiem, Wienem i Murnauem na czele. 
Bo Fassbinder i jego genialny Strach zżerać duszę. Schlöndorff z Blaszanym bębenkiem. Nowe Kino Niemieckie i wspaniały Werner Herzog. A Niebo nad Berlinem Wima Wendersa? 
Do tego zacnego grona dołączam Toma Tykwera, reżysera tak głośnych przecież filmów jak Pachnidło: Historia mordercy (produkcja francusko-hiszpańsko-niemiecko-amerykańska) czy Atlas chmur, stworzony we współpracy z rodzeństwem Wachowskich jako kooperacja filmowców z Hongkongu, Singapuru, Niemiec i USA. Filmem, który otworzył Tykwerowi drzwi do sławy i zapewnił status twórcy kultowego, przynajmniej w niektórych kręgach, jest jednak Biegnij, Lola, biegnij (1998). 

Produkcja mogła szokować formą pod koniec dwudziestego stulecia. Połączenie animowanych wstawek ze skrajnie dynamiczną, dwudziestominutową i po trzykroć powtórzoną historią tworzyły coś na wzór awangardowego teledysku reprezentującego zbiór szeroko pojmowanej "sztuki współczesnej". 

Liczba dwadzieścia to symbol, wokół którego budowane są ujęcia, sceny i oczywiście koncept główny. 

Lola dostaje telefon od swojego chłopaka, Manniego, który jest w tarapatach. Pracuje on dla gangstera i właśnie nie podołał jednemu z zadań mu powierzonych – w pociągu zostawia torbę ze stoma tysiącami marek. Manni w odruchu desperacji informuje Lolę, że aby móc oddać szefowi pieniądze, musi obrabować pobliski market. Dziewczyna odwodzi go od tego pomysłu i obiecuje mu pomóc. Ma na to... dwadzieścia minut. 

Od tej pory film dzieli się na trzy biegi, trzy scenariusze różniące się detalami, które mają jednak kolosalne znaczenie dla tego, jak zakończy się historia dwójki bohaterów. Biegnij, Lola, biegnij to specyficzne studium efektu motyla, zawierające odmienne wersje filmowej rzeczywistości, które niekoniecznie są oddzielnymi segmentami o tym "jak mogłoby być, gdyby Lola zrobiła to a Manni tamto". Pewne sytuacje każą nam sugerować, że bohaterowie wiedzą o alternatywnych rozwiązaniach bądź pamiętają poprzednio przeżyte historie i starają się powtórzyć je w taki sposób, aby wyeliminować wcześniejsze błędy. 

Biegnij, Lola, biegnij, to film, który wymyka się klasyfikacjom. 
Czerpie inspiracje z nowatorskiego jak na swoje czasy, choć w porównaniu do produkcji Tykwera klasycznego, filmu Krzysztofa Kieślowskiego Przypadek, zrealizowanego w 1981, lecz upublicznionego dopiero 6 lat później. 
Niemiecki obraz można próbować określić jako specyficzny film akcji czy dramat w konwencji teledysku, z wyraźnymi śladami przypowieści, moralitetu, może nawet... gry komputerowej. Swoją drogą, słowo "gra" to klucz, podobnie jak wcześniej wspomniana liczba dwadzieścia. Klucze te rzuca nam reżyser pod nogi raz po raz i tylko od widza zależy, czy zdecyduje się je podnieść i otworzyć drzwi do kolejnej interpretacji. A jest co interpretować. Odkrywanie kolejnych sensów daje wiele satysfakcji. 

Przy tak skonstruowanym filmie i przy jego nieprzeciętnej dynamice, gra aktorska schodzi na dalszy plan. Nie oznacza to, że Franka Potente i Moritz Bleibtreu odbębnili swe role. Wręcz przeciwnie. Chodzi bardziej o to, iż w tym przypadku aktorzy są trybikami – bądź co bądź markowymi – we "wszechakcji", nie tak jak w większości filmów, gdzie to głównie od aktorstwa zależy kształt i odbiór dzieła. 
Franka Potente, choć pole do popisu miała skromne, stworzyła postać wyrazistą, zapamiętywalną, kultową. Pod nią pisany był scenariusz autorstwa Tykwera. Reżyser traktował Potente jak muzę. Aktorka przez jakiś czas była nawet jego partnerką. 
Bleibtreu wydaje się być aktorem chyba bardziej od Potente utalentowanym, ale mającym przy tym mniej szczęścia. Jemu również rola w Biegnij, Lola, biegnij przyniosła prawdziwą sławę, ale Hollywood nie upomniało się o niego tak zdecydowanie, jak zrobiło to w przypadku jego koleżanki z planu. 

Biegnij, Lola, biegnij musisz obejrzeć. Będzie to dla ciebie dobra zabawa albo filmowa ciekawostka. A jeśli produkcja ta nie przypadnie ci do gustu, to przynajmniej w czasie dyskusji nie podpadniesz filmowym radykałom nieznajomością kanonu.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz