poniedziałek, 18 lutego 2019

(Bi) "Polar"


Jeżeli w miarę szybko uchwycisz konwencję i zauważysz stylistyczne nawiasy, to w porę wyłączysz film i nie będziesz narzekać na typowe dla gatunku elementy. Albo okaże się to czymś dla ciebie i będziesz się, widzu, dobrze bawił przez prawie dwie godziny. 

Polar to swobodna adaptacja komiksu. Trochę pulpa, trochę komedia, trochę dramat. Na pewno też parodia. Brutalna, z ostrymi scenami erotycznymi, ale jednak parodia. Do tego okraszona zupełnym chaosem twórczym, wynikającym zapewne z małego budżetu i zupełnego luzu scenarzysty, reżysera i reszty twórców. 

Film fabularnie jest prosty jak drut, a właściwie dwa druty, które w pewnym momencie splątują się. 
Black Kaiser, czyli Duncan Vizla, to najlepszy w swoim fachu płatny morderca, mający niebawem przejść w stan spoczynku. "Firma" zrzeszająca tego typu "pracowników", ma mu wypłacić emeryturę w wysokości ośmiu milionów dolarów, co pozwoli Vizli cieszyć się spokojnym i luksusowym życiem na emeryturze. 
Z drugiej strony mamy grupę młodych freaków, drużynę morderczych kogucików i kurek, która zajmuje się... eliminowaniem starych wyjadaczy, aby "Firma" mogła zatrzymać należne im pieniądze. Kiedy drogi Vizli i młodocianych morderców spotykają się, robi się krwawo i ciekawie. Ale naprawdę makabrycznie zaczyna być, kiedy Black Kaiser idzie dorwać Bluta – naprawdę dziwnego gościa kierującego "Firmą". 

Nie ma co się oszukiwać – bohaterowie tej produkcji nie zachwycą was swoją głębią. Drużyna młodocianych zabójców to zbieranina jednopłaszczyznowych półgłówków. Ktoś jest (tylko) duży i silny, ktoś jest (tylko) seksowny, ktoś (tylko) świetnie strzela z karabinu snajperskiego. 
Blut, jako że jego złowieszczość jest płaska jak spodek pod filiżankę i do granic możliwości wytarta przez popkulturę, wyróżnia się pokraczno-cudacznym wyglądem. 
Główny bohater, Black Kaiser, to już nieco inna półka, bo mimo że scenarzysta (Jayson Rothwell), podobnie jak w przypadku innych postaci, i w tę nie włożył zbyt wiele serca, to jest ona najbardziej charyzmatyczna i wyraźna. Duża w tym zasługa Madsa Mikkelsena, który wycisnął z Duncana Vizli wszystko, co mógł. To bohater małomówny, silny i wytrzymały, szlachetny, ale momentami śmieszny i zaskakujący, a nawet szokujący (od sceny z czopkiem, przez nauczanie dzieci, po moment dzikiego seksu, w który do końca nie mogłem uwierzyć). Prawdziwy majster-artysta jeśli chodzi o zabijanie. Bandzior z wielkim sercem, o czym przekonujemy się głównie obserwując interakcje z sąsiadką Camille (Vanessa Hudgens), która z kolei w filmie jest tą szarą myszką, smutną i z traumatyczną przeszłością, umieszczoną po to, aby jako tako popchnąć fabułę, pogłębić ją choć o centymetr i wytłumaczyć niektóre zachowania innych postaci. 

Polar, o ile lubisz komiksową stylistykę, jest całkiem ładny. Kolory są oszczędne, choć żywe i kontrastujące. Mamy sporo ładnych zdjęć natury. 
Oczywiście nie jest to ten poziom komiksowej stylistyki, co, dajmy na to, Sin City, ale w przeciwieństwie do Sin City właśnie, Polar od początku do końca tworzony był jako rozrywkowy zapychacz klasy bardzo B (o czym wielu recenzentów chyba zapomniało). Momentami, szczególnie kiedy akcja gęstnieje, film przypomina naprawdę długi teledysk. I nic w tym dziwnego. Jonas Akerlund wyreżyserował mnóstwo teledysków zespołom takim jak Metallica, Rammstein, The Prodigy czy artystom pokroju Iggy'ego Popa, Lenny'ego Kravitza, Paula McCartneya. Świetnie z obrazem współgra –tworzona przez znanego jako deadmau5 producenta i DJ-a – minimalistyczna, progresywno-house'owa muzyka. 

Polar to film dla ludzi z dystansem, nie traktujących kina śmiertelnie poważnie. 
Rozrywka, dla tych, którym nie przeszkadzają: morze krwi, nic nie wnoszące sceny seksu, absurdy typu "mogli strzelać, ale woleli się bić" i dziury scenariuszowe wielkości kraterów na Księżycu. 

Ja nie narzekam. 














środa, 6 lutego 2019

"Jak wytresować smoka 3" – ten sam, ukryty świat


Pierwszy film z serii Jak wytresować smoka był przełomowy dla wytwórni DreamWorks. Przerwał on serię coraz gorszych animacji, do znudzenia bazujących na cytowaniu gatunków. 
Była to ciepła i wzruszająca opowieść o tym, że serce i rozum mogą wygrać z mięśniami, a zrozumienie i akceptacja to lepszy sposób na zażegnanie konfliktu niż przemoc. 

Druga część nie jest już tak pacyfistyczna jak poprzednia i uruchamia wiele wątków bardziej dojrzałych. Można by rzec, iż film dorastał wraz z widzami. 
Czkawka traci ojca, ale odnajduje matkę. Jego smok staje się przywódcą. Bohaterowie stają do walki z pałającym żądzą zemsty na smokach i ludziach Drago Bludvistem. 
Atmosfera jest dużo mroczniejsza, akcja gęstsza i bardziej wartka, emocje skrajne, sceny walk epickie. Film zadowalał zarówno dzieci i młodzież, jak i dorosłych. 


Co wnosi do serii część trzecia? 

Niewiele. 


Dalej jest to świetna animacja, pouczająca, zabawna, widowiskowa. Bohaterowie konsekwentnie dorastają i zmieniają się (zachowując przy tym swoje charakterystyczne cechy). Szczerbatek nadal jest uroczym połączeniem gada, psa i kota. 

I świetnie, bo podstawą nowego musi być stare, bo dobrze, kiedy seria jest spójna i znajoma. Ale wypadałoby zaskoczyć widza nowym elementem fabuły. Oczywiście, skłamałabym, gdybyśmy z takowymi nie mieli do czynienia w ostatnim filmie serii (dotyczy to głównie Szczerbatka), ale oś opowieści ponownie stanowi starcie z "tym złym",  pałającym nienawiścią do pewnych smoków i manipulującym innymi z nich. Jest to pewne rozczarowanie, które jednak rekompensują pomniejsze wątki.


Już początek rzuca nas w wir wartkiej akcji. Może nawet zbyt wartkiej. Muszę przyznać, że przez pierwsze minuty filmu nie bardzo za nim nadążałem, tak wzrokiem, jak uwagą. Z czasem jednak początkowy szok minął.


Akcja wciągnęła mnie bez reszty, podobnie jak miało to miejsce w przypadku poprzednich części cyklu.

Humor stoi na wysokim poziomie. Żarty są inteligentne i niewymuszone i wynikają bezpośrednio z tego, co dzieje się na ekranie. Da się jednak zauważyć dużo mocniejszą ich podtekstowość. Coraz mniej jest to humor dla najmłodszych, a coraz bardziej puszczanie oka nieco dojrzalszym widzom. 


Jak wytresować smoka 3 to według mnie najbardziej dynamiczna część, ale też najbardziej wzruszająca oraz po prostu mądra. 

W dalszym ciągu jest to opowieść o walce serca i woli z bezsensowną przemocą. Dodatkowo twórcy pragną przedstawić nam dylematy w przyjaźni i miłości oraz próbie pogodzenia ich. Szlachetne idee przemycają w towarzystwie spektakularnych, przepięknych animacji, najlepszych chyba w historii serii. Obrazy dosłownie zapierają dech w piersi. 


W ostatniej odsłonie cyklu mamy również do czynienia ze starym jak sztuka motywem podróży oraz domu, o którym stanowią ludzie, a nie miejsce. 



Jak wytresować smoka 3 używa oklepanych motywów i morałów, ale świetnie zbudowane, urokliwe postaci, z którymi zdążyliśmy się zżyć, pozwalają widzowi przymknąć oko na tę próbę przekupstwa tanim świecidełkiem. 

Jest to film pod względem fabularnym nieco gorszy od poprzedniego, odrobinę zaś lepszy od części pierwszej. 
Największą różnicą w stosunku do "dwójki" jest przeniesienie ciężkości perspektywy z ludzkiej na bardziej smoczą. 
Mimo znikomej odkrywczości i widocznego zmęczenia materiału, to bardzo dobry, pełen ciepła i mądrości film, na który warto pójść całą rodziną, gdyż każdy, niezależnie od wieku, powinien znaleźć w nim coś dla siebie. 
Mnie najbardziej podobały się kunsztowne animacje, mojej dziewczynie zaś liczne wątki romantyczne, w szczególności zaś jeden... 


Czy bohaterowie pokonają kolejnego złego łowcę smoków? Czy znajdą swoje miejsce na świecie? Czy przyjaźń Czkawki i Szczerbatka przetrwa w obliczu dorastania i odkrywania nowych pragnień i wyzwań? 

Zobaczcie sami! 
Film w polskich kinach już 15 lutego!














niedziela, 3 lutego 2019

Szlachetne błoto. "Mudbound"


Netflix przyzwyczaił mnie do tego, iż jest przede wszystkim platformą rozrywkową, a jego produkcje służą głównie do zabijania czasu. Mudbound przypomniał mi, że od każdej reguły są wyjątki. 


Ten mocny, zapadający głęboko w pamięć film jest dziełem kobiet. Mudbound wyreżyserowała Dee Rees, która również współtworzyła scenariusz. Autorką zdjęć jest Rachel Morrison. Muzyka to zasługa Tamar-Kali, montaż zaś – Mako Kamitsuny. Nie oznacza to, że mamy do czynienia z sentymentalnym dramatem czy subtelnym romansem. Żeńska ekipa stworzyła dzieło piękne i wzruszające, ale również wstrząsające, brudne i brutalne. Bo jakiż może być film opowiadający o relacjach między białymi a czarnymi w latach trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku w Missisipi?


W główny wątek rasistowski wpleciono wiele pomniejszych, ale równie ważnych opowieści, które, choć uniwersalne, nie rażą nachalnym moralizatorstwem. 

Akcja filmu oparta jest na ukazywaniu relacji dwóch rodzin – McAllanów (białych) i Jacksonów (afroamerykanów), którzy dzielą farmę i uprawiają właściwie ten sam kawałek ziemi. Mimo podobnych znojów i trosk, nie podlega dyskusji, kto rządzi i jest lepszy. Pomimo zniesienia niewolnictwa, czarnoskórzy nadal są i długo jeszcze będą traktowani jak ludzie gorszej kategorii, a czasem nawet jak zwierzęta. Niektórzy z nich przyjmują swój los z pokorą i cierpliwie znoszą podłe traktowanie. Inni natomiast, którzy ramię w ramię walczyli z białymi o pokonanie zła, jakim były nazistowskie Niemcy, coraz odważniej sprzeciwiają się niesprawiedliwości. W Europie uznawani byli za bohaterów, w Stanach natomiast nawet po udziale w wielkiej wojnie zmagać się musieli z dyskryminacją. 

Jednym z takich buntowników jest Ronsel (Jason Mitchell), najstarszy syn Jacksonów. Po powrocie z wojennej tułaczki zaprzyjaźnia się on z Jamie'em McAllanem, bratem farmera Henry'ego, co nie podoba się małomiasteczkowej społeczności. 

W Mudbound każdy jest bohaterem pierwszoplanowym i każdy ma do opowiedzenia własną historię. Wydawać by się mogło, iż to zabieg karkołomny, ale twórcy filmu stanęli na wysokości zadania i odpowiednio zadbali o każdą postać. Aktorstwo to absolutne wyżyny. 

Henry McAllan pragnie uprawiać ziemię, w związku z czym wraz z rodziną przeprowadza się poza miasto. Jego żona, Laura (Carrey Mulligan, znana między innymi z Drive), na pomysł męża nie reaguje zbyt entuzjastycznie. 
Relacje w rodzinie McAllanów mogłyby być materiałem na osobny film. 
Laura wyszła za Henry'ego bardziej ze względu na swój wiek, niż z miłości. Wrażliwa i inteligentna, jest zupełnym przeciwieństwem męża, prostego mężczyzny żyjącego w zgodzie z normami społecznymi, jak bardzo nie byłyby one niedorzeczne. 
Henry zabiera na farmę również swojego ojca, zatwardziałego rasistę i szowinistę. Uwierzcie mi – dawno nie czułem do filmowej postaci takiej odrazy. Jonathan Banks, którego kojarzyć możecie między innymi z serii Breaking Bad, stworzył bohatera złego do szpiku kości.
Rodzinę McAllanów, prócz dzieci Laury i Henry'ego, uzupełnia Jamie (Garett Hedlund), obok Ronsela Jacksona postać najbardziej tragiczna. Od początku między nim a żoną brata widać erotyczne napięcie i duchowe porozumienie... 

W rodzinie Jacksonów relacje są prostsze i poukładane. Niepodważalnym autorytetem w biednym domu czarnoskórych jest dobrotliwy i pracowity Hap (Rob Morgan). Na uwagę zasługuje rola żony Hapa, Florence, którą znakomicie, niemal milcząco zagrała Mary J. Blige, znana chyba bardziej jako raperka niż aktorka. 

Mudbound to podróż kręta, błotnista, wielowymiarowa. Podróż, którą umilają znakomite, mroczne i brudne, ale piękne i prawie zawsze pachnące poetyckością kadry. Podróż, podczas której spotykamy ludzi wykluczonych – rasowo, lub nieprzystosowanych do normalnego życia byłych żołnierzy. Ludzi uwikłanych w związki bez miłości i miłość bez przyszłości. Złych i niemoralnych brutali oraz prostych dobrotliwców, którzy chcą tylko spokojnie żyć. 

Można zarzucić twórcom filmu wszechobecny patos, ale to tak jakby zarzucić pulpiczność Pulp Fiction Tarantina. 

Nie jest to produkcja łatwa i przyjemna w odbiorze. Dość powolna akcja, poetycki nastrój i ciężkość poruszanych tematów nie każdemu przypadną do gustu. Dodatkowym ciężarem jest wprowadzenie kilkuosobowej narracji, co swoją przyczynę ma zapewne w literackim pierwowzorze (powieści autorstwa Hillary Jordan). Mudbound to film dla widzów chcących odpocząć od kina typowo rozrywkowego, ceniących misternie budowane napięcie i głębokie wnikanie w psychikę postaci.


Dramat Dee Rees jest poruszającym obrazem o nieszczęściu i braku perspektyw na szczęście. Wielkie, bezkompromisowe, charakterne kino.

Zaraz po Kolorze purpury, Mudbound to mój ulubiony film dotykający w głównej mierze problemu rasizmu. 

Warto zobaczyć.