wtorek, 29 stycznia 2019

"Nie otwieraj oczu". Nie słuchaj malkontentów.



Ustalmy na samym początku, że film Susanne Bier wybitnym dziełem absolutnie nie jest. 

Ale nie jest też filmem bardzo złym. Jak przystało na quasi-blockbuster od Netflixa, Nie otwieraj oczu to produkcja znośna, posiadająca pewne zalety i wyraźne niedociągnięcia. 

A największym z niedociągnięć jest chyba niedopracowany, czy może raczej – pisany na kolanie scenariusz. Można śmiało stwierdzić, iż dziełko pani Bier to kolejna od Netflixa historia o zmarnowanym potencjale. Idea świetna (zaczerpnięta wprost z powieści Josha Malermana), wykonanie natomiast pozostawia wiele do życzenia. W trakcie seansu miałem wrażenie, że akcja poprowadzona jest na skróty, nawet pomimo zabiegów retrospekcyjnych, mających zapewne w założeniu przedstawić przemianę bohaterów wobec wielkich i drastycznych zmian w ich dotychczasowej egzystencji. 

Obsada filmu powinna być jego mocnym punktem, okazuje się zaś być jedynie wabikiem. Trevante Rhodes zagrał co prawda przyzwoicie, ale scenarzyści nie dali mu rozwinąć skrzydeł. Johnowi Malkovichowi zapomnieli nawet tych skrzydeł przypiąć. Do Sandry Bullock, która gra główną rolę, mam wielki sentyment, ale i ona nie zdołała swoim niewątpliwym talentem załatać dziur pozostawionych przez scenarzystów. Mimo to miło ponownie widzieć ją na ekranie.

Poza tym Nie otwieraj oczu fragmentami przypomina typowy amerykański horror, kalkę kalki produkcji sprzed dwudziestu i trzydziestu lat, w których to bohaterowie dobierani są na podstawie zupełnych przeciwieństw charakterów i aparycji, obdarzani zostają jedną, maksymalnie dwiema cechami je określającymi i w zamkniętej bądź bardzo ograniczonej przestrzeni są kolejno eliminowani na wymyślne sposoby. 

Nie otwieraj oczu konceptem przywodzi na myśl Ciche miejsce, z tym że w produkcji Netflixa postaci przystosować się muszą do świata, w którym nie można, o ile chce się przeżyć, patrzeć. Tajemnicza siła niejasnego pochodzenia sprowadza na Ziemię zagładę, czy też może, patrząc (sic!) na to z innej strony – wprowadza nowy porządek. Każdy kto spojrzy, ściągnie na siebie nieszczęście, co najczęściej kończy się samobójczym zgonem. No właśnie – czy na pewno każdy? Nie będę zdradzał szczegółów. Sami przekonajcie się o tej nielogiczności fabularnej. 

Jak poruszać się po opanowanym przez chaos mieście pełnym trupów i wraków samochodów, nie mogąc używać wzroku? Otóż wystarczy zasłonić oczy opaską. Nasi bohaterowie w nowej sytuacji radzą sobie zaskakująco dobrze. Potrafią nawet prowadzić samochód. Brzmi absurdalnie? Wygląda jeszcze bardziej absurdalnie. 

Malorie, w którą wcieliła się Sandra Bullock, opanowała sztukę niepatrzenia niemal do perfekcji. W poszukiwaniu prawie że legendarnego miejsca, w którym ludzie żyją bezpiecznie i nie muszą obawiać się mrocznych sił, potrafi ona kilka dni płynąć łodzią czy biegać po lesie używając jedynie linki jako rodzaju znacznika drogi powrotnej. I to wszystko z dwojgiem szkrabów pod opieką. 
Pewnie gdyby filmowcy postarali się o dopracowanie  szczegółów, gdyby wysilili się na przewidzenie wszelkich pytań przykładowych widzów (jak? po co? kiedy?), pomysł na błądzących po omacku bohaterów byłby czymś odkrywczym i bardzo ciekawym. 

Można psioczyć na nietrafione rozwiązania i lenistwo twórców, ale nie wszystko w filmie zasługuje na krytykę. Historia trzyma w napięciu. Zdjęcia natury cieszą oko. No i ta atmosfera, będąca mieszaniną dramatu, thrillera, horroru i science-fiction... Doskonałe, wyważone połączenie, choć przyznać trzeba, że Nie otwieraj oczu do horroru jest chyba najdalej. 

To, co w największym stopniu przykuwa do ekranu, to zagadka. Czym jest siejąca spustoszenie wśród ludzkości siła, skąd się wzięła, dlaczego akurat teraz? 
To, co w największym stopniu przykuwa do ekranu, okazuje się być na końcu największym rozczarowaniem.

Typowo hollywoodzkie, naiwne zakończenie i tani chwyt metaforyczny z uwalnianiem ptaków (oryginalny tytuł filmu to Bird Box) drastycznie obniżają "rasowość" produkcji. Niemniej jednak Nie otwieraj oczu pozostawia całkiem dobre wrażenie, o ile nie traktujesz każdego seansu jako obowiązkowej lekcji z historii kina tzw. "ambitnego". Jeśli masz pod ręką kolano swojej dziewczyny, pod drugą drinka, a gdzieś obok walają się chipsy, nie uznasz  tego seansu za czas stracony. 

Głosy krytyków, iż film jest tragiczny, są przesadzone, tak samo jak komentarze pełne zachwytów. Ot, cała filozofia. 








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz