piątek, 4 stycznia 2019

Ślepe oko durnego bożka. "Tau".


Julia trudni się okradaniem mężczyzn w nocnych klubach. Któregoś razu "po pracy" zostaje porwana i uwięziona w supernowoczesnym domu wraz z kilkoma jej podobnymi – ludźmi, których nikt nie będzie poszukiwał. 

Zaczyna się całkiem dobrze. Jest tajemnica, pułapka, mroczna i gęsta, nieco cyberpunkowa atmosfera. 

Szkoda, że szybko wpadamy w ogromne dziury w scenariuszu i sidła nielogiczności. 

Porwani są czymś w rodzaju królików doświadczalnych. Niestety film nie odkrywa przed widzem zbyt wielu szczegółów eksperymentu. Co ma na celu? Któż to wie. Dostajemy jedynie nie do końca jasne informacje, iż Alex prowadzi zaawansowane badania nad sztuczną inteligencją. 

No i tutaj zaczynają się prawdziwe absurdy. W jakim celu naukowiec zachowuje przy życiu kobietę? Powody nie są zbyt przekonujące. I dlaczego używa on potężnej sztucznej inteligencji jako lokaja, sprzątacza i kucharza? No i wreszcie dlaczegóż ten (podobno) najbardziej zaawansowany samouczący się komputer na świecie właściwie nic o świecie nie wie, a w dodatku w bardzo naiwny sposób daje się podejść Julii, która pragnie zwrócić go przeciwko twórcy?   

(Mówiący głosem Gary'ego Oldmana!) Tau jako myśląca, bezcielesna istota zdolna kontrolować dom-fortecę i pilnujące go roboty z piekła rodem, powinien być bardziej mroczny i niepokojący, tymczasem poza dwoma czy trzema momentami, w których złości się i irytuje nie na żarty, przypomina denerwujące dziecko, niezbyt rozgarniętą istotę z innej planety lub równie bystrego bożka. Podchody Julii, by zwieść Taua i tym samym uciec od Alexa, przypominają fragmenty mitów i przypowieści, kiedy to trickster zwodzi pozornie silniejszego przeciwnika, najczęściej bóstwo. 

Jeżeli lubisz bawić się w przewidywanie fabuły, Tau nie da ci zbyt wiele satysfakcji. Postępujące po sobie wydarzenia w filmie to paradoks – są tyleż nielogiczne, co oczywiste. 

Dobrze, że nie wszystko zostało tak koncertowo schrzanione jak scenariusz. Na uwagę zasługuje całkiem niezła muzyka, która w połączeniu z mrocznymi, futurystycznymi lokacjami potrafi na moment wciągnąć i zaniepokoić. Właściwie z tymi "lokacjami" to gruba przesada, bowiem prawie cała historia rozgrywa się w kilku pomieszczeniach jednego superdomu, ale mimo tego ograniczenia (związanego prawdopodobnie z innym ograniczeniem, czytaj – budżet), twórcy stanęli na wysokości zadania. Niewielkie przestrzenie potrafią tak zachwycić, jak postraszyć. 

Aktorstwo w filmie wyreżyserowanym przez Federico D'Alessandro zapewne nie jest wybitne, ale stoi na przyzwoitym poziomie. O ile ładna i utalentowana Maika Monroe ma jeszcze zbyt mało doświadczenia i charyzmy, żeby pociągnąć poważniejszy film pierwszoplanową rolą, o tyle Ed Skrein jako wyrachowany, genialny naukowiec wypadł bardzo dobrze. Bz wątpienia Alex to postać o wiele bardziej sugestywna niż miotająca się między pomysłowością McGyvera a głupotą bohaterek amerykańskich campowych gore Julia. 

Tau to kiepski horror, średni thriller i ewentualnie znośny film sensacyjny z elementami science fiction. Produkcja typowa dla Netflixu, która kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu byłaby dostępna pewnie wyłącznie w wypożyczalniach kaset wideo. 












"Maniak". Kunsztownie brudny.


Kunsztownie brudny. Odpychająco hipnotyzujący. Bezsensowny i inteligentny zarazem. Taki jest film Williama Lustiga, który, oprócz Maniaka właśnie, wyreżyserował między innymi Maniakalnego gliniarza (1988), Maniakalnego glinę 2 (1990) i Maniakalnego glinę 3 (1993).

Niskobudżetowy slasher niestety nie przetrwał próby czasu i jest to produkcja przede wszystkim dla miłośników starych filmów grozy. 

Głównym bohaterem jest Frank Zito, potężny i niezgrabny mężczyzna z – jak przystało na lata osiemdziesiąte – czarym wąsem i fryzurą nieco w stylu czeskiego piłkarza. Postać grana przez Joego Spinella (epizody w filmach nawet takich jak Rocky i Rocky 2, Taksówkarz czy Ojciec chrzestny) to charakter intrygujący – na pierwszy rzut oka płaski, a jednak skomplikowany i wielowymiarowy. Wielkimi dłońmi potrafi zrobić krzywdę w sposób typowo slasherowy, umie grać, kłamać i zwodzić, poluje na ofiary niczym wytrawny drapieżnik. Jego druga zaś twarz to zakompleksiony, skrzywdzony w dzieciństwie przez matkę, niezgrabny i niezdolny do nawiązywania relacji płaczek prowadzący monologi z samym sobą i żyjący w otoczeniu kobiecych manekinów przyozdobionych prawdziwymi ludzkimi włosami, a dokładniej – skalpami ofiar. 

Jaki bohater, taki cały film, czyli trochę niezdecydowany, przez co jednak niezmiernie bogaty. Mroczne, urbanistyczne krajobrazy i sceny przemocy przeplatają się z sytuacjami niemal komediowymi, okraszonymi popowymi utworami typowymi dla lat osiemdziesiątych. Oszczędne w obrazie, skonstruowane za pomocą błyskawicznych cięć montażowych sceny "polowań" przeciwstawione są dłużyznom, w których to Frank bawi się z ofiarami w kotka i myszkę. 

Maniak to film niskobudżetowy, co nie umknie uwadze nawet mało obeznanego widza. Czyni to tę produkcję momentami groteskową i kiczowatą. Tajemnicą poliszynela jest, iż, ze względu na cięcie kosztów, do udziału w produkcji zaproszone zostały aktorki porno. Brak pozwolenia na kręcenie scen na ulicach Nowego Jorku skutkował tym, iż ekipa pracująca nad Maniakiem stosowała coś w rodzaju filmowego blitzkriegu, co polegało na szybkim rejestrowaniu materiału i... ucieczce. W jedną z ról wcielił się sam reżyser – zagrał on Ala, kierownika hotelu. 

Dość realistyczne efekty specjalne (może poza bardzo jasnoczerwoną krwią), mimo niewielkich środków finansowych, to zasługa samego Toma Saviniego, który zresztą gra epizodyczną rólkę, będącą materiałem do ukazania najbardziej spektakularnej, zapewne najtrudniejszej do zrealizowania, sceny śmierci w filmie. Jak na niszową produkcję z tamtych lat – majstersztyk!

DNA Maniaka to połączenie filmu noir z thrillerem psychologicznym i typowym slasherem.  To, w jaki sposób główny bohater prowadzi rozmowy z samym sobą i manekinami ociekającymi krwią ze skalpów, przypomina zachowanie Normana Batesa. Obu zresztą łączą z matkami dziwaczne, delikatnie rzecz ujmując, relacje, utrzymujące się jeszcze długo po ich śmierci. Pierwsza scena, na plaży, inspirowana była Szczękami Spielberga. W filmie Lustiga odnajdziemy również ślady między innymi także... Suspirii (pokój Franka). 

Maniak jest filmem oczywiście dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Dla fanów slasherów, ale tych maksymalnie udziwnionych i tandetnych. W dodatku dla takich, którzy przymykają oko na scenariuszowe nielogiczności i dziury (zachowanie policjantów na końcu filmu czy moment, w którym Frank zmienia strategię swych polowań na skalpy, czyli poznanie fotografki). Jeśli jesteś takim widzem, docenisz bogactwo dysonansów, rój kontrapunktów i antonimiczno-schizofreniczną strukturę tworu pana Lustiga.