poniedziałek, 31 grudnia 2018

"Commando Ninja" – z miłości do lat osiemdziesiątych


Wspomagany Kickstarterowymi funduszami film Benjamina Combesa to nostalgiczna i pełna absurdalnego, momentami "Walaszkowatego" humoru produkcja naszpikowana odniesieniami do klasyków rozpierduchy sprzed lat. 

John Hunter jest napakowanym weteranem wojny w Wietnamie, który prowadzi spokojne życie gdzieś w kanadyjskich lasach. Sielankę przerywa wiadomość o śmierci byłej żony i porwaniu córki. Koszmary sprzed lat wracają. Pół komandos, pół ninja, zapomniany przez kraj bohater, ponownie przywdziać musi pas amunicji, by walczyć nie tylko o odzyskanie córki, ale i o bezpieczeństwo Ameryki i świata. 

Dziełko francuskiego (sic!) reżysera aż bije po oczach mało subtelnymi nawiązaniami do filmów  takich jak Amerykański ninja (1985), Predator (1987), Terminator (1984), Rambo: Pierwsza krew (1982), ale i... Kevin sam w domu (1990), Park Jurajski (1993) czy Mad Max (1979). 

Sztuczna krew i gumowe flaki rozbryzgują się po ekranie, a widok karabinu maszynowego jest tak samo oczywisty jak widok ninja-to i... rękawicy mocy. 

Żołnierze w Wietnamie walczą nie tylko z niewidzialnymi ninja, lecz również z (dość pokracznymi, ale jednak!) welociraptorami. Akcja filmu przenosi nas w czasie retrospekcjami wyjętymi wprost z głów bohaterów (Wietnam 1968 -> Kanada 1986) oraz... za pomocą wehikułu, do postapokaliptycznej przyszłości w 1998. Istne szaleństwo. 

Twórcy musieli mieć sporo zabawy przy realizacji filmu, widz ma jej już chyba zdecydowanie mniej. Commando Ninja lepiej ogląda się jako  ciekawostkę niż pełnoprawną komedię, żarty są bowiem ciosane z grubych kawałków drewna, klasyczne, przewidywalne. Tadeusz Drozda opowiadał lepsze w Śmiechu warte

Bohaterowie są, jak na pastisz czy, jak kto woli, absurdalną parodię przystało, stereotypowi, jednowymiarowi, ociekający skondensowanym stylem tworzenia charakterów filmów akcji rodem z lat osiemdziesiątych. Mamy szlachetnego mięśniaka przypominającego Johna Rambo; Kowalsky'ego – "porządnego gościa jak na Polaczka", który w filmie pełni rolę Terminatora; nieco odchyloną od normy, genialną dziewczynkę, potrafiącą tworzyć pułapki wcale nie gorsze aniżeli sam Kevin; Hopkins zaś to twardziel-kobieciarz, przystojniak sypiący żartami w najbardziej nawet beznadziejnych sytuacjach, który ze względu na usposobienie i to, iż w ostatniej scenie pojawia się w kultowym Pontiacu Trans-Amie kojarzyć się może z Bandytą (Burt Reynolds w filmie Mistrz kierownicy ucieka (1977), może trochę mniej z Davidem Hasselhoffem w swoim wiernym K. I. T. T. - cie (Nieustraszony, 1982 – 1986) czy Stevem Mcqueenem z Łowcy (1980). 

Nie da się ukryć, że film przeznaczony jest przede wszystkim dla miłośników i znawców kiczowatego kina akcji lat osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych. Znaczna ilość "smaczków" ukrytych w scenariuszu może zostać niezauważona przez odbiorców mających niewiele  wspólnego z tamtym okresem w światowej, choć chyba raczej głównie amerykańskiej kinematografii. 

Commando Ninję pochłonąłem z wielką przyjemnością i choć najpewniej do filmu nie wrócę, genialnym soundtrackiem z niego delektować się będę jeszcze nie raz. Thomas Cappeau odwalił kawał dobrej roboty. Życzę mu, aby więcej słuchaczy zapoznało się z jego ejtisową muzyczną twórczością. Jak na razie jestem jednym z zaledwie trzech subskrybentów kanału Cappeau na serwisie You Tube...





PS
Commando Ninja nie ma nic wspólnego z filmem Kommando ninja z 1982.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz