czwartek, 18 października 2018

Akwizytor. "Apostoł"


Świeży jeszcze film od Netflixa ma charakter, jeżeli miałbym posługiwać się nomenklaturą medyczną, osobowości bipolarnej. "Pacjent" wykazuje oznaki niemrawości, skłonności do nostalgii i cichego dramatyzowania, jednak co jakiś czas wybucha gniewem, staje się brutalny i skrajnie nadpobudliwy, by następnie znowu popaść w coś w rodzaju błogiego otępienia. 

Apostoł od początku urzeka scenografią i bez znaczenia jest, czy widzimy skąpaną w mroku przystań, skąd swą podróż na Erisden rozpoczynają nowi wierni, czy też samą wyspę, piękną, zieloną, nieco skalistą, z pozoru pełną naturalnej witalności. Z pozoru, bowiem to sztuczne państwo, któremu przewodzi prorok Malcolm, zaczyna borykać się z nieurodzajem, przez co mieszkańcom, czy może lepiej – wyznawcom – zagląda w oczy widmo rychłego głodu. 

Historia wydawałaby się prosta. Thomas Richardson wyrusza na Erisden w poszukiwaniu porwanej siostry. Misja jest o tyle trudniejsza, iż musi on wtopić się w hermetyczną do granic społeczność sekciarskiego państewka i do końca pozostać nierozpoznany. Kiedy już godzimy się z faktem, iż oglądamy kryminalny thriller z tłem historycznym i intrygą oplątaną wokół zawsze chwytnego tematu sekty, okazuje się, iż Gareth Evans, reżyser jak i twórca scenariusza, postanawia zaserwować nam danie w stylu 2w1. Film subtelnie acz konsekwentnie przeradza się w horror, i to momentami naprawdę mocny horror. 

Modny ostatnio retrospektywny charakter narracji dotknął również Apostoła. I choć chwilami dezorientuje on widza, to summa summarum sprawnie łata oczywiste scenariuszowe dziury i jego użycie jest jak najbrdziej zasadne. 

Ponaddwugodzinny obraz urodzonego w Walii reżysera przypomina szlachetniejszego rodzaju stragan na jarmarku. Taki, na którym znajdziemy wszystko, używane i nowe, ładne i brzydkie, tandetę i naprawdę praktyczne rzeczy, i choć wygląda to nieco chaotycznie, to sprawia dobre wrażenie i właściwie każdy znajdzie w takim miejscu jakąś pierdółkę dla siebie. 
Gołym okiem widać, że Apostoł czerpie z klasyki tego typu filmów grozy, ale żeby nie być posądzonym o wtórność, wtyka tu i ówdzie jakiś nowy wątek. Na przykład walkę o władzę wśród trzech przyjaciół, założycieli utopijnego państwa-sekty Erisden. Na przykład bardzo delikatne wątki romansowe. Na przykład trochę nieudolnie przemyconego moralizatorstwa, szczególnie jeśli chodzi o wiarę. I osobiste tragedie i tragedyjki bohaterów.
No właśnie. Problem w tym, że tych tragedyjek, z jakich każda zasługuje na uwagę, jest chyba zbyt wiele, tak że można stracić pewność, która z historii jest tą właściwą, którą z nich reżyser "pociągnie" do końca. Na szczęście im bliżej finału, tym bardziej zamysł Evansa krystalizuje się. I przyznać trzeba, że w gąszczu barwnych postaci każda jest na tyle dopracowana, że mogłaby być tą centralną. Mnie najbardziej do gustu przypadło iskrzenie na linii Thomas Richardson – Prorok Malcolm, i, co po seansie zaskoczyło mnie samego, tego drugiego, w zamyśle czarnego charaktera, zrozumiałem i polubiłem bardziej. 
W filmie mamy do czynienia nie tylko z problemami ludzi. W miarę rozwoju historii dostrzegamy, że obcujemy również z cząstką czegoś nadnaturalnego. Nadnaturalnego w Naturze. Stworzenie uosobienia umierającej witalności wyspy wyszło Evansowi naprawdę dobrze. To byt, który przeraża, i któremu jednocześnie bardzo współczujemy. I to nic, że w końcu orientujemy się, że reżyser wcisnął w nas wielopoziomowe pokłady empatii niczym wytrawny objazdowy sprzedawca garnków i odkurzaczy. Bo empatia to przecież nic złego. Powinniśmy współczuć cierpiącym ludziom, tak samo jak cierpiącej naturze. I to nasza wina, że kupujemy trzeci odkurzacz, mimo że pierwszego i tak używamy rzadko, a o obu ciągle pamiętamy, że leżą w schowku pod schodami. 

Apostoł to film mimo wszystko niestandardowy i zaskakująco dobry jak na Netflixa. Oczywiście nie jest kinowym arydziełem, w żadnym wypadku kamieniem milowym kinematografii, ale ogląda się go dobrze, a po seansie pamięta jeszcze długo. I to pamięta się dość refleksyjnie, co przy zalewie sztampowego chłamu dobrze świadczy o najnowszym dziecku Evansa. 

Największy zarzut jaki stawiam temu obrazowi, tak jak i większości "nieblockbusterów", filmów o mniejszych niż typowo hollywoodzkich budżetach i produkcji dla platform streamingowych, to brak jaj. To strach przed zdecydowaniem się na jedną konwencję i zrealizowanie jej od początku do końca porządnie. To mieszanie gatunków i wątków, łączenie kina typowo rozrywkowego z czymś quasi ambitnym. Nie jest to zarzut, jeżeli ktoś naprawdę umie łączyć konwencje, ale zbyt często, w przypadku tego filmu również, wychodzą zlepki, które niby trzymają się kupy, ale tylko na ślinę. 


 Idę wam wpierdolić.

 ... – To wiedz, że coś się dzieje!
 Propozycja kreacji na nadchodzące Halloween. 
 Rozerwany między wiarą a niewiarą. 
 A ten to prawdziwy dupek.
 Trochę Ku Klux Klan, trochę kominiarze.
 "Słuchaj, dzieweczko! – Ona nie słucha –"





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz