niedziela, 30 września 2018

Na potęgę posępnego czerepu! Mocy przybywaj! "Władcy Wszechświata"


Minęło sporo lat. Film Gary'ego Goddarda bardzo się zestarzał (1987) i dziś po prostu śmieszy. Niemniej dla  miłośników animowanej serii He-Man oraz wielbicieli fantastycznego i przygodowego kina lat osiemdziesiątych to wciąż łakomy kąsek. 

He-Man i jego drużyna walczą ze Szkieletorem. Złoczyńca jest w posiadaniu cudownego klucza służącego do podróży między wymiarami. Bohaterowie nie mogą dopuścić, by w jego łapy dostał się drugi taki klucz, który wciąż ukrywa jego twórca, włochaty i długouchy, genialny wynalazca Gildor. Przypadkiem trafiają na Ziemię, gdzie muszą odnaleźć zaginiony w akcji klucz, walczyć z wysłanymi za nimi w pogoń oddziałami potwornych zbirów oraz unikać kalifornijskiej policji. Pomaga im w tym (choć wydaje się, że raczej przeszkadza) para nastolatków w kryzysie związku. Muszą walczyć z czasem, gdyż Szkieletor opanował Posępny Czerep, uwięził Czarodziejkę i wkrótce przejmie energię Wszechświata.

W rolę He-Mana wcielił się Dolph Lundgren, który jeśli chodzi o aparycję sprostał oczekiwaniom, ale charakter i ekspresja Ivana Drago nijak się mają do ciepłej przecież i często dowcipnej postaci rodem z animowanej serii. Sylvester Stallone, brany pod uwagę przy obsadzaniu roli He-Mana, byłby chyba lepszym wyborem. 
Prócz Lundgrena mamy do czynienia z paroma innymi głośnymi nazwiskami. Courteney Cox (seria Krzyk, Przyjaciele) zagrała Julie Winston, nastolatkę, która przypadkiem wpadła w sam środek walki o losy Wszechwiata. Julie to, podobnie jak jest chłopak, postać skrajnie irytująca, podejmująca niezrozumiałe decyzje, naiwna i chyba po prostu głupia. 
W roli Wiedźmy, Złej Lin (sic!), kogoś w rodzaju prawej ręki Szkieletora – Meg Foster. 

Film nawet nie próbuje sprawiać wrażenia logicznego. Wydarzenia na ekranie dzieją się, bo tak. I nic ci do tego, widzu, dlaczego i po co się dzieją. Jest akcja, są fajerwerki, jest klata Lundgrena i garść sucharów, więc nie jęcz.

Co z tego, że Szkieletor ma zmarszczki na czaszce?
Co z tego, że jego armia złożona jest z żołnierzy wyglądających jak chińskie podróbki Lorda Vadera?
Nic to, że Gildor opracowuje nowy napęd w ziemskim samochodzie, nie posiadając części, w jakieś 15 minut, a nie potrafi nastroić klucza międzywymiarowego, który sam skonstruował.
A że na ulicach nie ma ludzi, zero, nic, żadnych świadków, przechodniów? Normalka w amerykańskiej metropolii.
No i nie wiesz, widzu, że nawet jak się ma karabiny laserowe, to lepiej wdawać się w potyczki na pięści? 
I że gdy się umyka przed wrogiem, to tam, skąd nie ma już ucieczki? Na przykład do piwnicy albo na dach? 

Tak wygląda film Władcy Wszechświata. Zupełny brak spójności i dbałości o szczegóły. Ale pamiętajmy, że były to szalone lata osiemdziesiąte, kiedy w masowej produkcji filmów fantastycznych, będących w głównej mierze adaptacjami, chodziło przede wszystkim o wartką akcję, bijatyki, lasery, potężne bicepsy i małą historię miłosną. 

Koniec końców Władcy Wszechświata to sympatyczna podróż sentymentalna z tradycyjnym dla takiego kina morałem. 














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz