niedziela, 30 września 2018

"Maksymalne przyśpieszenie", maksimum absurdu.


Maksymalne przyśpieszenie (1986) to film z gatunku tak złych, że aż dobrych. Lukrecja wśród słodyczy, czytaj – tylko dla wybranych. 

Pierwszy i na szczęście ostatni film wyreżyserowany przez bossa współczesnego horroru, Stephena Kinga, który napisał, czy może raczej zaadaptował, scenariusz do tegoż wątpliwej jakości dziełka.

Stephen King mistrzem jest i basta, wiadomo. Ale mistrz przez dekady naprodukował tyle powieści i opowiadań, iż nie sposób, by wszystkie trzymały poziom. Czytam, cenię, szanuję. I oglądam wszelkie ekranizacje jego prozy, jakie by nie były. Twórczość pisarza jest charakterystyczna, rozpoznawalna na pierwszy rzut oka. Cechuje ją nie tylko znakomite budowanie nastroju, rozwinięte do granic możliwości światy i ciekawi bohaterowie, ale też wtórność, spora doza humoru i kiczowatość. Podobnie jest z adaptacjami. Jedne wyśmienite, nad innymi można płakać z rozpaczy. Ale Maksymalne przyśpieszenie to zupełnie inna liga. Podczas seansu zachwycać się będziesz, owszem, lecz poziomem absurdu i nielogiczności. Będziesz płakać ze śmiechu podczas scen makabrycznych czy mających cię w założeniu przestraszyć. Docenisz nijakość efektów specjalnych. I odwagę pisarza, że pomimo zupełnego braku pojęcia o reżyserce, postanowił spróbować swoich sił w tym fachu. 


Wyobraź sobie, że twój toster próbuje cię zabić, wystrzeliwując w ciebie gorące kromki chleba. Że twoje auto jest na ciebie wkurzone, bo nie zmieniłeś mu oleju, i w ramach zemsty chce cię rozjechać. Że twój iPhone usiłuje przyprawić cię o zawał serca, tłukąc szybkę przy byle upadku. Tego ostatniego nawet nie musisz sobie wyobrażać, to już nie fikcja, a proza życia. 

King słynie z dziwnych fabuł, w których czyni przedmioty codziennego użytku śmiertelnymi wrogami człowieka. Szczególnie upodobał sobie auta. Wszak pamiętamy Plymoutha Fury imieniem Christine? Tak powieść, jak film Carpentera nakręcony na jego podstawie? Czy opowiadanie 130 kilometr, traktujące o samochodzie pożerającym ludzi na parkingu przy lokalu jednej z sieci fast foodów? W Maksymalnym przyśpieszeniu King poszedł kilka kroków dalej i zaprezentował nam całą hordę rozwścieczonych i żądnych krwi maszyn, głównie potężnych ciężarówek. 

Mordercze auta już wtedy, w 1986 roku, nie były niczym odkrywczym. Wspomniany Christine to film z 1983. W 1977 pan Elliot Silverstein zaprezentował światu dzieło o jakże prostym tytule The Car, opowiadające o czarnej niezniszczalnej limuzynie z wyjątkowo mocnym silnikiem, która sieje postrach wśród mieszkańców miasteczka Santa Ynaz. Z 1980 pochodzi The Hearse (Karawan) George'a Bowersa.
Motyw śmiercionośnej maszyny, która "ożyła" pod wpływem kosmicznej siły ukrytej w meteorycie, mieliśmy już w 1974 w obrazie o jakże wymownym tytule Killdozer.

Tak. W Maksymalnym przyśpieszeniu ziemskie sprzęty, głównie samochody, ożywają i zaczynają polować na ludzi, kiedy akurat w pobliżu Ziemi można zaobserwować przelatującą kometę. Przypadek? Nie sądzę. Maszynyny, które nie posiadały wtedy żadnych komputerów, potrafią kombinować, negocjować i cierpliwie dążyć do likwidacji konkretnego celu, czyli jakiegokolwiek człowieka. Co ciekawe, nie wszystkie auta i nie wszystkie urządzenia elektryczne ożywają. Dlaczego? Nie wiadomo. Zresztą, kto by się tym przejmował, prawda? 

Jak to u mistrza grozy bywa, akcja rozgrywa się głównie w jednym miejscu. Bohaterowie są uwięzieni na, uwaga... stacji benzynowej! Niewiarygodne, a jednak! Właściciel stacji, nawiasem mówiąc straszna kanalia, zupełnie przypadkiem jest posiadaczem ukrytego arsenału, w tym karabinów i wyrzutni rakiet. Na stacji pracuje przyszły bohater i przywódca rebelii przeciwko maszynom, Emilio Estevez, bo Emilio zawsze gra samego siebie. Cały ten absurdalny światek okraszony jest muzyką AC/DC, która, mimo iż wyjątkowo słaba i przypominająca momentami naparzanie w gary, jest jedną z większych zalet filmu. 

Co ćpał reżyser? 

Kokainę. King sam przyznawał, że w trakcie realizacji Maksymalnego przyśpieszenia był na ciągłym haju i nie za bardzo ogarniał to, co się wokół działo. To wiele wyjaśnia. 

Film to prawdziwa uczta dla fanów celuloidowego kiczu. Sto procent rozrywki. Śmiało możesz wyłączyć mózgownicę. 
Absurdalny scenariusz pełen dziur i nielogiczności, Emilio, akcja, potężne maszyny,  Emilio, dynamiczna muzyka, trochę krwi i flaków, wybuchy, Emilio, wątek miłosny, masa bohaterów składających się z maksymalnie dwóch cech charakterystycznych i oczywiście Emilio.
Emilio, który niby grał główną rolę, a przyćmiła go charyzmatyczna ciężarówa z wizerunkiem Zielonego Goblina (Marvel) na masce. 

Film boleśnie głupi.
Ale są na tym świecie masochiści, którzy lubują się w oglądaniu takich perełek. 
Na przykład ja. 





 Główny bohater i Emilio Estevez w roli Billa Robinsona.

 Pssst...! Słuchaj, znasz może jakiegoś dilera?
 Mordercza kosiarka.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz