niedziela, 16 września 2018

"Final Space". Serial, który złamał mi serce






Gary Goodspeed odsiaduje pięcioletni wyrok na statku kosmicznym Galaktyka I. Jest zupełnie sam, nie licząc komputera pokładowego HUE, KVNa, małej armii identycznych robotów i... lodówki. Jego nudny żywot odmienia mała, zielona kulka, słitaśna i przytulaśna, którą nazywa Ciastuś. Gary nie zdaje sobie sprawy, że nowy przyjaciel to niszczyciel światów pilnie poszukiwany przez bezwzględnego Lorda Przywódcę. 

Serial od początku przyciąga dobrą kreską, żywymi kolorami i sporą dawką humoru, nie zawsze najwyższych lotów. Nic nie zapowiada, że błaha historyjka o nadpobudliwym i zbyt dużo mówiącym łamadze przerodzi się w dramatyczną opowieść o miłości, przyjaźni i poświęceniu, nieustającej walce dobra ze złem i wyborach, z których każdy, pomimo dobrych intencji, będzie tym złym. 

Najmocniejszym punktem tej animowanej produkcji są postaci. Cała galeria niezwykle ciekawych, barwnych i do końca rozwijających się bohaterów, oczywiście na czele z Garym, bowiem w jego przypadku przemiana jest najbardziej widoczna. Każdy odcinek ukazuje widzowi powolne acz systematyczne zmiany zachodzące w głównym bohaterze. Kosmiczny więzień dorasta do wymarzonej roli kapitana statku oraz do tej niekoniecznie wymarzonej – lidera próbującego uratować wszechświat przed Lordem Przywódcą i tytanami. Lekki przygłup i wieczna łamaga okazuje się być człowiekiem o wielkim sercu, lojalnym i bohaterskim, dla którego wszechświat znaczy tyle samo co kilkoro przyjaciół. 
Odcinki są króciutkie, ale mieszczą wiele wątków. Poznajemy historię charyzmatycznego Avocato, który będąc kimś w rodzaju podwójnego agenta próbuje wyrwać syna ze szponów Lorda Przywódcy. Dowiadujemy się, kim jest (i będzie! – motyw podróży w czasie) dla Gary'ego Quinn, wyrachowana i chłodna Strażniczka Nieskończoności poznająca właśnie smak zdrady na kosmiczną skalę. Nawet kurduplowaty acz śmiertelnie niebezpieczny Lord Przywódca zarysowany jest tak, aby widz nie mógł go odbierać zupełnie jednoznacznie. 

Final Space jest niezwykle przyjemny w odbiorze, pomijając już opowiadaną historię i uczestniczących w niej bohaterów. Powtarzający się motyw dryfującego w przestrzeni kosmicznej Gary'ego odliczającego wspólnie z HUE minuty/sekundy życia, ułatwia widzowi powrót do serialu. Świetna muzyka pogrywa z odbiorcą, kiedy z transcendentnej przechodzi w immanentną. Barwne, fantazyjne uniwersum ogląda się przyjemnie, niezależnie czy są to sielankowe widoki czy mroczne, przyprawiające o dreszcze lokacje. 

Spodziewałem się taniej rozrywki, kolejnego zapychacza przed snem, dostałem natomiast serial nie zawsze lekki i przyjemny. Spomiędzy całej masy lepszych i gorszych żartów, gagów i epileptycznych efektów specjalnych wypływa czarny jak kosmos fatalizm. Final Space nieodparcie przywodzi mi na myśl tragedię grecką, co da się jeszcze wytłumaczyć, ale też dramaty Ibsena, czego jeszcze do końca nie udało mi się wyjaśnić. Jakby nie było, serial rozbawił mnie i pozwolił przyjemnie spędzić kilka wieczorów, jednocześnie pozostawiając we mnie prawdziwie kosmiczną pustkę. Złamał serce. 

Z niecierpliwością oczekuję drugiego sezonu, który, mam nadzieję, będzie tak samo irytujący, tak samo interesujący i równie bezdennie smutny w swej głupkowatej powierzchowności co pierwszy. 

PS 
Zupełnie nie rozumiem ciągłych porównań Final Space do Ricka i Morty'ego... 











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz