sobota, 29 września 2018

"Anihilacja". Unicestwienie. Czasu.


Unicestwienie niekoniecznie w złym tego słowa znaczeniu.

Prawie dwugdzinny film od początku do końca przykuwał uwagę, nie pozwalał ziewać i opadać powiekom, przez co wydawał się znacznie krótszy niż w rzeczywistości.


Historia Leny (Natalie Portman), kobiety równie sprawnie obsługującej mikroskop co karabin maszynowy, wygląda na banalnie prostą, o ile odrzucimy wszelkie symboliczno-filozoficzno-oniryczne interpretacje. Lena wykłada na uczelni. Krótkie retrospektywne sceny jej sielankowego życia z ukochanym, Kane'em, szybko zastąpione zostają retrospekcjami, delikatnie sprawę ujmując, bardziej mrocznymi i niepokojącymi. I o ile początkowo zabiegi te drażnią i wydawać się może, iż zbyt wcześnie rozwiązują zawiłości (bądź co bądź nie tak bardzo skomplikowanej) fabuły, o tyle z czasem przyzwyczajamy się do takiego a nie innego prowadzenia narracji i przyznać trzeba, że Garlandowi (28 dni później, Dredd, Ex Machina) poszło to całkiem sprawnie. Kane jest wojskowym i   wyrusza na tajną misję, z której nie powraca. Po roku Lena powoli (bardzo powoli) oswaja się z utratą ukochanego, gdy pewnego dnia ten po prostu pojawia się w ich sypialni. 

Od tego momentu akcja na chwilę nabiera tempa. Groźna, nieznana choroba, pościg, porwanie, rządowa tajemnica, niewyjaśnione zjawiska i niebezpieczna wyprawa. Wokół owej wyprawy osnuta jest właściwa akcja filmu angielskiego reżysera. 

Do tej pory nie wiem, jak traktować Anihilację. Jako na siłę udziwniony, niezbyt ambitny horror z typową dla amerykańskich produkcji tego typu eliminacją bohaterów, czy może jako właśnie bardzo ambitny dramat psychologiczny z jądrem fantastycznym i elementami horroru? Zdezorientowanie towarzyszyło mi tak w czasie seansu, jak i po nim. Garland miał koncept, którego nie do końca zrozumiałem, czy może sam nie do końca wiedział, co zrobić ze swoim filmem?

W Anihilacji (auto)destrukcja idzie ramię w ramię z kreacją. Koniec wszystkiego daje nadzieję na wszystko. Właściwie każdy z wyraźniej zarysowanych przez Garlanda bohaterów wykazuje skłonności do samounicestwienia ale i pragnienie odnalezienia wyższego sensu bytu. Czy depresje, nowotwory, zdrady i innego rodzaju życiowe rozczarowania to droga per aspera ad astra? Może, ale niekoniecznie w immanentnej warstwie fabularnej Anihilacji, bowiem większość postaci tak czy siak kończy kiepsko, tracąc kogoś bliskiego, tracąc rozum czy też kończąc w paszczy piekielnego stwora wabiącego kolejne ofiary ostatnim krzykiem swojego ostatniego posiłku. Garland "coś więcej", coś, co sprawia, że akt niszczenia odbieramy względnie pozytywnie, umieścił głęboko pod skórą i paznokciami swojego dzieła, tak aby nasza nadzieja nie była zbyt wielka i oczywista. 

Destrukcja w Anihilacji jest nad wyraz... żywa. Wykreowane przez reżysera przestrzenie są znane, ziemskie, i choć bezpowrotnie zmieniane przez tajemniczą siłę (bezpowrotna zmiana to niszczenie poprzedniego porządku, czyż nie?), to pełne są witalności i wszechmocy rodem z epoki romantyzmu. 

Ambitnością bije po oczach, dopóki nie zauważymy, że efekty specjalne przypominają te z horrorów i filmów katastroficznych z początku wieku puszczanych na TV4 w paśmie wieczornym, a poznawczo-ratownicza misja kobiet to feministyczna wersja Rambo w świecie alternatywnym, z tym że Rambo zachowywał się bardziej racjonalnie od bohaterek, które pod tym względem przypominają z kolei postaci z klasycznych slasherów z lat dziewięćdziesiątych. 

Nie przekonał mnie poziom aktorstwa w Anihilacji. Aktorzy zdają się być przykryci nazbyt ciężką czy może wymyślną formułą(?)/ideą(?) i są tylko większego formatu statystami. Natalie Portman, jako oczywista gwiazda, niestety głównie irytuje, choć to pewnie zasługa scenariusza. Kane jest dziwnie niepokojący, i to by chyba było na tyle. Samobójczy oddział kobiet to zbiór pewnych naprędce nakreślonych cech charakterystycznych. I w tym przypadku aktorki nie miały większych szans ze scenariuszem. Najciekawszą, najbardziej niesztampową postacią jest Dr Ventress, w którą wcieliła się Jennifer Jason Leigh. 

Na uwagę zasługują naprawdę dobre ilustracje muzyczne, szczególnie charakterystyczny motyw zespołu Moderat, który w połączeniu z obrazem robi wielkie wrażenie. W pewnym momencie obcujemy z odjechanym, mrocznym teledyskiem, i choć chwilami zmienia się on w nieco bardziej rozwiniętą wizualizację rodem z poczciwego Winampa, to i tak efekt jest porażający. Jak po zażyciu. 

I taki jest właściwie film Garlanda. To narkotyk sprawiający, że właściwie dobrze się bawimy, widząc świat w innych barwach, z nieco innej pespektywy. Po chwili następuje "zjazd", który nadaje myślom  nieznośną filozoficzną ciężkość. A potem już mamy wszystko gdzieś i zatracamy się w przedziwnym,  bo pięknym i brutalnym zarazem, tańcu, dajemy się ponieść nielogiczności i wyobraźni. Następnie wybudzamy się z lekkim kacem, stwierdzając, że było w porządku, ale nigdy więcej. Raczej nigdy. No, może od wielkiego dzwonu. 



















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz