wtorek, 7 sierpnia 2018

Kora, Stańko, Szulkin. Odeszli mistrzowie.


Kora jeszcze do niedawna kojarzyła mi się bardzo dziwnie. Nie, nie z programami typu talent show i newsami z Pudelka. To raczej tajemnicza, duszna atmosfera rodzinnego domu i jej głos płynący z małego radia na kasety, kiedy głęboką nocą otwierałem oczy i moim małoletnim umysłem próbowałem pojąć, o czym ta kobieta śpiewa. To parę oryginalnych, parę przegranych taśm Maanamu, które od zawsze leżały ukryte głęboko na dnie szuflady mojego ojca, jednej z tych, jakie z podnieceniem przeszukiwałem, kiedy nikt nie mógł mnie zobaczyć. Wtedy Kora wydawała mi się niepokojąca i zbyt enigmatyczna. Później, kiedy dorastałem, zbyt staroświecka. Aż dziw, że ostatnie kilka lat upłynęło mi pod znakiem Krakowskiego spleenu... 

Za szczerość, odwagę, walkę o wolność wypowiedzi i wolność artysty jako bytu niezależnego, szczególnie politycznie. Za wojowanie z ciężką chorobą. 
Za Krakowski spleen i Luciolę. Za wyjątkowo zimny maj. Za Anioła. Dziękuję. 


Tomasz Stańko tworzył zrozumienie. Ja rozumiałem jego muzykę, jego muzyka mnie. Szczególnie podczas samotnych wieczorów ze szklanką whisky i paczką papierosów wypalanych przez okno. Pasujemy do siebie, ja i ten jazz. W trudnych chwilach był jak Droga, a kiedy stawałem bezradny na rozstajach, zastępował drogowskazy. Stańko swoją muzyką upewnił mnie, że mężczyzna musi lubić jazz i własne towarzystwo. I że nie ma nic złego w zadumie.
 
Za wspaniałą ścieżkę dźwiękową, która z przeciętnego obrazu uczyniła dobry polski film noir początku nowego stulecia. Za to, że odróżniam trąbkę od saksofonu. Za puszczenie oka Daviesowi. Za godne reprezentowanie Polski i polskiego jazzu na arenie międzynarodowej. Za to, że z Twoją muzyką whisky jest łagodniejsza a papieros mniej gorzki. Jak życie.  
Dziękuję.


Piotra Szulkina od początku postrzegałem jako niedocenionego wizjonera, mimo że jego filmy poznałem już mocno posunięte w czasie, z technicznego punktu widzenia trącące archaizmem. Jednak od innych polskich produkcji z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, udających kino fantastyczne, różniły się diametralnie. Szczególnie ideą. To nie były produkcje rozrywkowe. Można w nich było poczuć delikatny smak teatru, szczyptę malarskiego kunsztu i garść niezłej literatury fantastyczno-naukowej. Szulkina cenię również za to, iż nie próbował na siłę podrabiać Zachodu. Szedł własną drogą i miał swoje zdanie, co niejednokrotnie utrudniało mu życie. Ale cóż, taka dola wizjonera brnącego pod prąd.
 
Za gaworzenie w tytułach filmów.
Za uwiecznienie Walczewskiego jako kogoś więcej niż Stępnia
a Kotysa jako kogoś więcej niż Paździocha.
Za Stuhra w konwencji niekomediowej.
Za Oczy uroczne.
Inteligencję i wrażliwość.  
Dziękuję.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz