poniedziałek, 7 maja 2018

Dorastający "Krzyk". "Super Dark Times" Kevina Phillipsa


To już zupełnie nie dziwne, iż twórcy wykorzystują ludzką nostalgię i rzucają w nas odgrzewanymi kotletami z datą ważności z lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Dla jednych to problem, dla innych nie – kto nie chce, ten nie je. 

Ja zjadłem dziś takiego kotleta. Nie, nie przeterminowanego. Nie bazował też na przestarzałej recepturze. Można rzec, iż opakowanie delikatnie grało na mojej tęsknocie do lat dziewięćdziesiątych, kotlecik smakował jak babciny, ale był jak najbardziej świeży i wyprodukowany zgodnie ze wszystkimi atestami, normami i...

Dobrze, dość już tych mięsnych porównań.

Super Dark Times to reżyserski pełnometrażowy debiut Kevina Phillipsa. 

Tytuł zobowiązuje, dlatego też twórcy od początku raczą widza serią mrocznych lecz przedniej urody ujęć. Punkt.

Młodociani bohaterowie dobrani są na zasadzie przeciwieństw, ale nie jak w podrzędnym familijnym filmie przygodowym. Proporcje zostały zachowane, postaci różnią się od siebie tak, jak różnią się od siebie ludzie w prawdziwym życiu. Do tego aktorzy grają naprawdę przyzwoicie. Dwa punkty. 

Historia... Tak, chyba dałem się złapać w sidła zastawione przez twórców. Początkowo próbowałem grać profesjonalistę i śledzić film "na zimno", ale nawet nie zauważyłem, kiedy fabuła pochłonęła mnie i ocknąłem się dopiero na napisach końcowych. Punkt. 

I niby wszystko w porządku, dostajemy kawałek solidnego dramatu z domieszką thrillera (na pewno nie na odwrót), który może przykuć tyłek do siedzenia, ale kiedy zaczynamy się tej produkcji zbyt dobrze przyglądać, zauważamy, że coś jest nie tak. 

Po pół godzinie wprowadzenia w sielankowe lata dziewięćdziesiąte twórcy sprowadzają nas (i przede wszystkim swoich bohaterów) na ziemię. Dzieciaki zderzają się z brutalną rzeczywistością. Wkraczają w świat dorosłych w jeden z najgorszych możliwych sposobów. I to nie jest jeszcze wada filmu – przeciwnie! Coś zaczyna się dziać, intryga plącze się, film rozpędza do prędkości dramatu z motywem kryminalnym w tle. Aktorzy wciąż dają radę – obserwujemy, jak zmieniają się sami w sobie, jak zmienia się ich zachowanie wobec kumpli ze szkoły, rodziców, wobec wąskiego kręgu "winnych". Do tej pory debiut pana Phillipsa zasługuje na słowa najwyższego uznania. 

Ale przed nami druga część filmu, ta mniej spójna, żeby nie powiedzieć wprost – gorsza.  

Nagle Super Dark Times traci tożsamość. Nie chce być już tylko dramatem noszącym znamiona thrillera i kryminału. Dziwne i makabryczne sny i wizje Zacha (Owen Campbell) sugerują widzowi, że od teraz obcuje z horrorem, zaś końcowe minuty to wręcz teen slasher. Z trochę może nawet zbyt podniosłego tonu film zjeżdża tunelem rozrywki wprost do bezdennej studni tandety, jaką jest finał tej schizofrenicznej produkcji. 

Film, szczególnie jako debiut, jest po prostu w miarę dobry. Ginącą tożsamość rekompensują nam przepiękne zdjęcia i aktorstwo na poziomie (genialny Charlie Tahan jako Josh!). To, momentami krwawa, opowieść o inicjacji "z przytupem". Nie będzie to film "immortal. Like Highlinder", momentami jednak bywa "fucking delicious" jak Skittlesy.






 Czy wy też widzicie podobieństwo? Reżyser filmu, Kevin Phillips i…
 jedna z głównych postaci, Josh (Charlie Tahan).






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz