czwartek, 19 kwietnia 2018

Trzy billboardy, dwa Oskary, pierwsza klasa. "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"



No i to jest film!


W zasadzie na tym mógłbym zakończyć jego recenzję, jak za każdym razem, kiedy piszę o filmie tak dobrym, że nie chciałbym zdradzać widzom czegokolwiek.  

Ale formalności musi stać się zadość, więc czytajcie i, jeżeli jeszcze nie widzieliście, uciekajcie na seans. 

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri to jeden z najlepszych obrazów jakie kiedykolwiek oglądałem. Tak zupełnie na poważnie, będąc jak najbardziej obiektywnym, odrzucając filmy, które kocham głównie z sentymentu, wytaczając przeciw dziełu McDonagha wszystkie bronie filmoznawcy, nie tylko kanapowego krytyka. 

Córka Mildred (Frances McDormand) zostaje w brutalny sposób zgwałcona i zamordowana. Mija siedem miesięcy od jej tragicznej śmierci, a miejscowe organy ścigania dalej nie znalazły sprawcy. Zdesperowana kobieta bierze sprawy w swoje ręce i wynajmuje trzy podniszczone przydrożne billboardy, na których postanawia wywiesić... coś w rodzaju wiadomości motywacyjnej dla stróżów prawa. 

Następuje efekt domina. Powoli acz systematycznie odsłaniają się przed nami losy doskonale napisanych, oryginalnych i niesamowicie wiarygodnych postaci. 

McDonagh stworzył rewelacyjny scenariusz. Podczas seansu doświadczymy całej gamy przeżyć i emocji w odpowiednich proporcjach. Jeśli cierpienie i melancholia, to bez zbędnego zadęcia. Jeśli brutalność, to podszyta ciepłem i zrozumieniem. Jeśli humor, to przemyślany i nieprzypadkowy. Twórca 7 psychopatów zna się na swojej robocie. Oszczędza nam dłużyzn, nie daje się nudzić, rezygnując jednocześnie z efektownych pościgów i wymyślnych scen walk. Trzy billboardy to film bardzo bliski życiu, autentyczny. Może między innymi dlatego, że bardzo podobna historia miała miejsce w rzeczywistości? 

Trudno stwierdzić, co jest najmocniejszym punktem tej produkcji. Różnorodne zdjęcia? Ciekawa, fachowo skonstruowana fabuła? A może idea jaka przyświecała filmowi?

Oczywiście, w Trzech billboardach wszystko to stoi na bardzo wysokim poziomie, ale aktorstwo... 

Aktorstwo to inna galaktyka. 

Każda postać została zagrana bezbłędnie. Ale najpierw – została starannie nakreślona, od dobrodusznego karła, przez pracownika agencji reklamowej, po trójkę głównych bohaterów. Reżyser w nienachalny i cierpliwy sposób opowiada nam ich losy, abyśmy mieli możliwość zrozumienia motywacji ich czynów.  

Frances McDormand jako Mildred to chyba rola życia (kto by pomyślał, że można lepiej niż w Fargo?). Podobnie jak Sam Rockwell (oficer Dixon), który chyba nie miał dotąd szczęścia do dobrych scenariuszy. W Trzech billboardach gra genialnie, i choć z początku irytujący i przyćmiony przez McDormand i również bardzo dobrego Woody'ego Harrelsona, wyrasta z czasem na postać najbardziej skomplikowaną – tragiczną i zabawną zarazem, przechodzącą znaczącą przemianę. 

Największy sukces scenarzysty i reżysera to sprawienie, żeby widz poczuł z postaciami więź. Ja poczułem. Z każdą z nich. McDonaghowi udało się to, co wcale nie takie oczywiste. Uczciwie i bez skrupułów ocenia swoich bohaterów, ale nie pozwala ich skreślić przez to, jakimi są. A raczej – jakimi się stali. To nie ludzie z kamienia. Ukształtowała ich historia życia i dalej kształtują sytuacje, z którymi się stykają. Oczywiście, początkowo mamy wrażenie, że napięta atmosfera prowadzić może tylko do zupełnego kataklizmu. Można odnieść wrażenie, iż za moment dojdzie do krwawej jatki, podczas której postaci na ekranie po prostu pozabijają się nawzajem w dowolnej kolejności. Nic bardziej mylnego. I to kolejna zaleta scenariusza – urodzony w Londynie Irlandczyk umie wodzić widza za nos w sposób tak czarujący i taktowny, że  wybaczamy mu wszystkie oszukaństwa z uśmiechem zachwytu. Z masochistyczną satysfakcją obserwujemy niszczycielską siłę niewiedzy, niedopowiedzeń i chęci zemsty, które dezorganizują życie nie tylko kilkorga bohaterów, ale właściwie całego miasteczka. Bo "gniew krzewi gniew", jak mówi w pewnym momencie zupełnie nie podejrzewana o to bohaterka. 

Ale gniew potrafi też oczyścić. Uwolnić głęboko uśpione pokłady miłości i szlachetności. 


Już po pierwszym seansie wiem, że Trzy billboardy stały się, obok między innymi Koloru purpury, jednym z najpiękniejszych, jednym z najlepszych według mnie filmów w historii kinematografii, do którego zapewne jeszcze nie raz wrócę. Wrócę, żeby zobaczyć naprawdę dobre zdjęcia. Obcować z wybitnym scenariuszem. Zażyć dawki ludzkich, skrajnych uczuć, z czarnym humorem na czele. No i ten Rockwell! Należała mu się ta nagroda jak psu buda, bez cienia wątpliwości. Oby częściej miał okazję grywać w tak dopracowanych filmach. 















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz