środa, 25 kwietnia 2018

Seria dość fortunnych posunięć. O drugim sezonie "Serii niefortunnych zdarzeń"

Było jak zawsze. Marudzenie, że film był wystarczająco dobry, więc serial musi być kiepski. Że nie zobaczę, że po co, że to nie to samo. 

Co do ostatniego, przynajmniej z początku, myliłem się. Obejrzałem sezon pierwszy i stwierdziłem, że to to samo co film, tylko za pomocą netflixowskiego patentu niemiłosiernie rozciągnięty w czasie i odświeżony. Oglądałem oczywiście z włączonym trybem sceptyka, choć z każdym odcinkiem coraz bardziej przekonywałem się do drobnych, jednak stale rosnących zmian względem oryginału.

Drugi sezon dał mi prawdziwy obraz serii, która rozkręcała się długo, ale kiedy już to zrobiła, wciągnęła bez reszty. 

Słodko-śmieszno-gorzkie przygody rodzeństwa Baudelaire'ów nie zostały pozbawione motywu repetytywnego, czyli walki z wątpliwego talentu aktorem, za to geniuszem zła i przebieranek, hrabią Olafem. Twórcy nie chcieli jednak iść na łatwiznę, co równałoby się z zamęczeniem widza przewidywalnością fabuły. Wymykanie się ze szponów złoczyńcy nie stało się jedynym celem dzieci. Powoli odsłaniane są przed nimi kulisy działania tajnej organizacji, z którą są w dziwny sposób połączeni. Poszukują nowych miejsc i spotykają na swojej drodze bardzo istotnych ludzi, (często nieporadnych) sojuszników, którzy towarzyszą im znacznie dłużej niż odcinek czy dwa. Świat serialu ciągle się rozrasta, w dodatku coraz szybciej. 

Po obejrzeniu drugiego sezonu stwierdzam, iż niesłusznie oskarżałem Neila Patricka Harrisa o niegodne zastąpienie Jima Carreya w roli Olafa. On nie miał go zastępować. Stworzył na pozór podobną, ale w rzeczywistości zupełnie odrębną kreację niegodziwca, również momentami śmieszną, ale chyba bardziej mroczną i niepokojącą, bardziej baśniową niż bajkową, z jaką mieliśmy do czynienia w filmie z Carreyem. 
Hrabia Olaf wyrasta na centralną postać opowieści. Nie "jedną z centralnych", a właśnie "centralną". Jakoś bardziej interesuje mnie, za kogo znowu przebierze się nikczemnik lub jaki plan na dorwanie Baudelaire'ów wymyśli tym razem, niż to, w jaki sposób umkną mu lub nie umkną dzieciaki. 
Dzieciaki, którym twórcy ograniczyli ich "cudowne moce". Rzecz jasna nadal z nich korzystają – Wioletka wymyśla, Klaus wie, bo czytał, Słoneczko gryzie – ale nie jest to już tak oczywiste i cykliczne jak w pierwszym sezonie. Bezradność Baudelaire'ów dała historii świeżość. Fabuła stała się bardziej dramatyczna, przez co po prostu ciekawsza. 

Nie wiem, czy to złudzenie spowodowane tym, iż serial z odcinka na odcinek podoba mi się coraz bardziej, czy może rzeczywiście tak jest, ale wydaje mi się, iż w drugim sezonie poprawiona została strona wizualna – lokacje są bardziej szczegółowe a efekty specjalne dopracowane.

Coraz więcej w serialu cytatów. Nie tylko cytatów takich, jakich używali bohaterowie filmu. Chodzi bardziej o cytaty z kultury rozumianej jako ogół zjawisk związanych z szeroko pojmowanym ludzkim tworzeniem. Jeden z odcinków oparty jest wręcz na motywach z Lśnienia
Warto oglądać uważnie i wyłapywać "smaczki", to doskonała zabawa.

Serial dorasta. Nie tylko dlatego, że na naszych oczach rośnie rodzeństwo Baudelaire'ów. W drugim sezonie twórcy nader często puszczają oko do widza dorosłego, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. 

Ubrane w baśniowo-bajkową, często komediową konwencję epizody mają coraz mocniejszy wydźwięk. Drugie, coraz mniej dokładnie ukryte dno dotyka poważnych problemów współczesnego świata. Wielkie dzięki twórcom, że dają nam wybór, czy się z tego śmiać, czy nad tym płakać.  

Robiło się już naprawdę bardzo ciekawie, aż tu nagle... przerwano w najlepszym, oczywiście, momencie. Wtedy też z zaskoczeniem stwierdziłem, że ze znudzonego sceptyka przeobraziłem się w fana, który z niecierpliwością czeka na trzeci sezon.

Wilki w owczych skórach

Bibliotekarka, wróżka czy szpieg?

 Baudelaire'owie i Quagmire'owie














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz