niedziela, 25 marca 2018

Jak najdalej od brzegu. "Kształt wody" Guillermo del Toro


Przed obejrzeniem tego filmu nie mogłem pozbyć się uprzedzeń, mając w pamięci dotychczasową twórczość del Toro. Nie chodziło o uprzedzenia w sensie stricte negatywnym a raczej o pewien schemat, zestaw słów i wyrażeń, którymi określić można niemal wszystkie filmy reżysera. Paradoks, gdyż słowo "schemat" jest jednocześnie zupełnie nie na miejscu, kiedy mówimy o produkcjach Meksykanina jako o ogólnym zjawisku niedopasowania. Zbyt naiwne, zbyt magiczne i ostrożne jak na Hollywood, zbyt zachowawcze i mimo wszystko tradycyjne jak na filmową awangardę. 

Film twórcy Hellboya czy Labiryntu fauna obsypany został gradem nagród (prócz czterech Oscarów, Złote Globy, BAFTA, Saturny, Satelity i inne Złote Szpule), co w równym stopniu zaintrygowało mnie i wzbudziło podejrzenia. 

Tak czy siak, po około miesiącu od seansu piszę recenzję Kształtu wody, filmu który oczywiście wpisuje się w schematy twórczości del Toro, ale również w znacznym stopniu poza nie wykracza. 

Mamy lata sześćdziesiąte w Baltimore, czasy zimnej wojny i, dalej zauważalnego, ucisku na tle rasowym. Zresztą uciska się wtedy wszystko co inne. A inności u del Toro jak zwykle co nie miara. Ekipę głównych bohaterów tworzą: niema sprzątaczka Elisa Esposito, jej czarnoskóra, dla odmiany niezwykle wygadana przyjaciółka Zelda Fuller oraz homoseksualny niespełniony artysta Giles. 

Do super tajnego ośrodka badawczego, w którym pracuje Elisa, dostarczona zostaje posiadająca nadprzyrodzone moce, dziwna istota rodem z Amazonii, gdzie miejscowi czcili ją jak Boga. Istota ta, przypominająca potwora z czarnej laguny, nieodwracalnie zmieni życie głównej bohaterki, która na codzień zajmuje się odbijaniem karty w pracy, sprzątaniem, masturbacją w wannie i gotowaniem jajek. 

Postać Elisy wykreowana przez absolutnie uroczą Sally Hawkins (Blue Jasmine, Happy-Go-Lucky, Kwiat pustyni) to istne zjawisko. Hawkins musiała pokazać pełnię swoich umiejętności aktorskich, gdyż przez cały film nie wypowiada ani jednej kwestii (nie licząc krótkiej wstawki urojonego śpiewu). Jedynie za pomocą gestów i mimiki potrafiła w wiarygodny sposób dotrzeć do widza, pokazać każdy rodzaj emocji i przekazać wszystkie informacje. Z zainteresowaniem przyglądamy się przemianie cichej, skromnej i samotnej Elisy w waleczną heroinę, która stawia wszystko na jedną kartę i dąży do zrealizowania swojego największego marzenia – bycia zrozumianą i kochaną. 

Na uwagę zasługują postaci drugoplanowe z wrażliwym rosyjskim agentem na czele. To pewnie też już było, ale reżyser zamienia zwyczajną prostotę w prostotę cudowną i nawet zimną wojnę potrafi znacznie ocieplić. Ogniem serca i sprawiedliwości. 

Drużyna dziwaków del Toro idealnie wkomponowuje się w równie dziwny, acz niezwykle przyjemny dla oka świat wykreowany na potrzeby Kształtu wody. Lokacje zaprojektowane są z niezwykłą dbałością o szczegóły i mimo że nie wszystkie mają być miłe, każda zachwyca. Wizja magika z Meksyku okazała się być, po raz kolejny, bardzo trafna. Widz wsiąka w świat magiczny, lecz prawdopodobny zarazem. 

I żeby nie było, że Kształt wody to to taka letnia zupa, o nie. W nieco odrealniony świat empatycznych i sprawiedliwych bohaterów del Toro wrzuca sporo przemocy i krwi. Michael Shannon jako mroczny Richard Strickland to ekstraklasa czarnych charakterów. Przesiąknięty złem do szpiku kości, z zimną krwią wykonujący rozkazy, porywczy i jakby kapryśny, wydaje się nie posiadać ludzkich uczuć (czyżby prymitywny zabieg porównania dwóch potworów?). Ale tkwi w nim jakaś tajemnica, jakiś mały dysonans, jak drzazga w palcu. Majstersztyk!


Kształt wody może okazać się szczytowym osiągnięciem Guillermo del Toro. Reżyser wreszcie zrealizował marzenie i stworzył film na podstawie Potwora z Czarnej Laguny. Nie dostał zgody od Universalu na nakręcenie remake'u, więc wraz z Vanessą Taylor napisał nowy scenariusz. Da się? Da się!

Kształt wody to film dziwny. Baśń dla dorosłych, trochę horror, poetycka opowieść o tolerancji, ułamek blockbustera. Przypominająca Bioshock (znacie tę grę?), zbyt uproszczona historyjka o tolerancji i (ponadgatunkowej) miłości wbrew podziałom. Fabuła jest momentami aż zbyt przewidywalna, a morał aż nadto bije po oczach i synapsach. Ale to się po prostu dobrze ogląda. Kształt wody jest dziełem zrobionym z uczuciem i ze smakiem, trochę w dawnym Burtonowskim stylu. I to połączenie estetyki Burtona i del Toro daje efekt. Nie sposób oderwać wzroku od ekranu. 

Del Toro kupił mnie. Kupił mnie jak nigdy wcześniej. Nawet tą przesadną prostotą. Bo chyba jestem trochę jak on. Ja też kibicuję słabszym i outsiderom i też jestem marzycielem kochającym magię i piękno. A żeby je odnaleźć, często trzeba  wypłynąć w niebezpieczny rejs, jak najdalej od brzegu. 

Kształt wody to po prostu banalny i wzruszający film napełniający człowieka wiarą i nadzieją. Idealny na niedzielne popołudnie. 












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz