niedziela, 25 marca 2018

Spaghetti z flaków. "Demony" i "Demony 2" Lamberto Bavy


Po filmy często sięgam dość przypadkowo. Tym razem miałem ochotę na włoski horror. Odpaliłem Shuddera i natknąłem się na takie oto (po)twory: Demony z 1985 i Demony 2 zrealizowane rok później. 

Oba filmy to zupełnie głupie, brutalne gore, dostarczające masy dobrej zabawy. Odłóż mózg na szafkę nocną, odstaw jedzenie i delektuj się pękającymi wrzodami, fontannami posoki, flakami na wierzchu i brutalnymi scenami morderstw. Ohyda, że palce lizać. 

A ten wątpliwego smaku posiłek zaserwowali nam Lamberto Bava, syn słynnego Maria Bavy, oraz sam mistrz Dario Argento, który znacząco maczał palce w scenariuszach. 

W pierwszej części grupa przypadkowych ludzi z ulicy zostaje zaproszona na specjalny pokaz z okazji otwarcia kina. Wyświetlany film opowiada o demonicznych siłach zmieniających ludzi w rzygające zieloną flegmą kreatury w brutalny sposób zabijające wszystko, co się rusza. Jak się okazuje, wyświetlany obraz ma wpływ na to, co za chwilę będzie mieć miejsce na sali kinowej. Jeden po drugim widzowie zmieniają się w demony. 

Scena z mordowaniem czy też, co równoznaczne, ze zmieniającą się w potwora kobietę, której tragedia rozgrywa się tuż za (a potem tuż przed) ekranem, przypomina sytuację z jednej z części słynnego KrzykuDemony sieją postrach, a pozostali przy życiu próbują przetrwać w kinie, z którego nie ma wyjścia. 

To by było na tyle, jeśli chodzi o fabułę. Włoscy twórcy postawili na jak najbardziej ekstremalną rozrywkę. Kicz wylewa się z ekranu strumieniem równie mocnym co krew. 

Druga część Demonów jest równie genialna i także zachowuje jedność miejsca, z tym że tym razem akcja rozgrywa się w nowoczesnym wieżowcu mieszkalnym. Twórcy posunęli się jednak nieco dalej i postanowili urozmaicić przewidywalną fabułę szczyptą dramatyzmu wprowadzonego przez dziecko i kobietę w ciąży. Zagrywka tania, ale potrzebna. Plus dziesięć do dramaturgii. 

W drugiej części Demon dostaje się do świata żywych przez telewizor, w którym wyświetlany jest film... oczywiście o demonach! Film nawiązujący zresztą do części pierwszej. Krwiożercze istoty podobne są do zombie: myślą niewiele, a jak już to tylko o tym, jak ugryźć, lubią chadzać na posiłki stadami i "produkują" innych demonicznych zombie zadając ludziom rany szarpane, kłute i każde inne. 

Ciekawostką jest to, że w drugiej części zobaczymy dwóch aktorów znanych z pierwszego filmu, grają oni jednak zupełnie inne role. Na przykład Bobby Rhodes to w pierwszych Demonach cwaniaczek w garniturku, w drugich natomiast prezentuje się nam we wdzianku trenera z siłowni. I w jednym, i w drugim filmie gra nieprzyzwoitego twardziela, ale i tak koniec końców traci jaja. W drugiej części dosłownie. 

Oba filmy kręcono we Włoszech i Niemczech, co w zasadzie nie ma większego znaczenia poza tym, że po miastach tych przemieszczają się samochodem punkowe bandziory, wciągające narkotyki przez słomkę z puszki po Coca-Coli. Bandziory te oczywiście będą miały swój mały wielki wkład w fabułę filmu. Mianowicie zasilą szeregi hordy demonów. Tyle.

Demony to oczywiście rodzaj kina, który nie każdemu przypadnie do gustu. To typowe B-klasowe gore z pokracznymi efektami specjalnymi, choć trzeba przyznać, że zbliżenia ukazujące przemiany ludzi w potwory bywają zaskakująco pomysłowe w swej okropności. Filmy poziomem absurdu i groteski zbliżają się do klasyków tworzonych swego czasu przez Sama Raimiego. 

Plus za niepowtarzalną atmosferę lat osiemdziesiątych i znakomitą, dynamiczną muzykę. Ach, te syntezatory i elektryczne gitary... Aż zacząłem na powrót słuchać Billy'ego Idola. 

Dla spostrzegawczych miłośników gatunku są smaczki. W holu kina z pierwszej części widzimy widzimy plakat filmu Cztery muchy na szarym aksamicie, który jest trzecim w dorobku Dario Argento, scenarzysty i producenta Demonów. 










Jak najdalej od brzegu. "Kształt wody" Guillermo del Toro


Przed obejrzeniem tego filmu nie mogłem pozbyć się uprzedzeń, mając w pamięci dotychczasową twórczość del Toro. Nie chodziło o uprzedzenia w sensie stricte negatywnym a raczej o pewien schemat, zestaw słów i wyrażeń, którymi określić można niemal wszystkie filmy reżysera. Paradoks, gdyż słowo "schemat" jest jednocześnie zupełnie nie na miejscu, kiedy mówimy o produkcjach Meksykanina jako o ogólnym zjawisku niedopasowania. Zbyt naiwne, zbyt magiczne i ostrożne jak na Hollywood, zbyt zachowawcze i mimo wszystko tradycyjne jak na filmową awangardę. 

Film twórcy Hellboya czy Labiryntu fauna obsypany został gradem nagród (prócz czterech Oscarów, Złote Globy, BAFTA, Saturny, Satelity i inne Złote Szpule), co w równym stopniu zaintrygowało mnie i wzbudziło podejrzenia. 

Tak czy siak, po około miesiącu od seansu piszę recenzję Kształtu wody, filmu który oczywiście wpisuje się w schematy twórczości del Toro, ale również w znacznym stopniu poza nie wykracza. 

Mamy lata sześćdziesiąte w Baltimore, czasy zimnej wojny i, dalej zauważalnego, ucisku na tle rasowym. Zresztą uciska się wtedy wszystko co inne. A inności u del Toro jak zwykle co nie miara. Ekipę głównych bohaterów tworzą: niema sprzątaczka Elisa Esposito, jej czarnoskóra, dla odmiany niezwykle wygadana przyjaciółka Zelda Fuller oraz homoseksualny niespełniony artysta Giles. 

Do super tajnego ośrodka badawczego, w którym pracuje Elisa, dostarczona zostaje posiadająca nadprzyrodzone moce, dziwna istota rodem z Amazonii, gdzie miejscowi czcili ją jak Boga. Istota ta, przypominająca potwora z czarnej laguny, nieodwracalnie zmieni życie głównej bohaterki, która na codzień zajmuje się odbijaniem karty w pracy, sprzątaniem, masturbacją w wannie i gotowaniem jajek. 

Postać Elisy wykreowana przez absolutnie uroczą Sally Hawkins (Blue Jasmine, Happy-Go-Lucky, Kwiat pustyni) to istne zjawisko. Hawkins musiała pokazać pełnię swoich umiejętności aktorskich, gdyż przez cały film nie wypowiada ani jednej kwestii (nie licząc krótkiej wstawki urojonego śpiewu). Jedynie za pomocą gestów i mimiki potrafiła w wiarygodny sposób dotrzeć do widza, pokazać każdy rodzaj emocji i przekazać wszystkie informacje. Z zainteresowaniem przyglądamy się przemianie cichej, skromnej i samotnej Elisy w waleczną heroinę, która stawia wszystko na jedną kartę i dąży do zrealizowania swojego największego marzenia – bycia zrozumianą i kochaną. 

Na uwagę zasługują postaci drugoplanowe z wrażliwym rosyjskim agentem na czele. To pewnie też już było, ale reżyser zamienia zwyczajną prostotę w prostotę cudowną i nawet zimną wojnę potrafi znacznie ocieplić. Ogniem serca i sprawiedliwości. 

Drużyna dziwaków del Toro idealnie wkomponowuje się w równie dziwny, acz niezwykle przyjemny dla oka świat wykreowany na potrzeby Kształtu wody. Lokacje zaprojektowane są z niezwykłą dbałością o szczegóły i mimo że nie wszystkie mają być miłe, każda zachwyca. Wizja magika z Meksyku okazała się być, po raz kolejny, bardzo trafna. Widz wsiąka w świat magiczny, lecz prawdopodobny zarazem. 

I żeby nie było, że Kształt wody to to taka letnia zupa, o nie. W nieco odrealniony świat empatycznych i sprawiedliwych bohaterów del Toro wrzuca sporo przemocy i krwi. Michael Shannon jako mroczny Richard Strickland to ekstraklasa czarnych charakterów. Przesiąknięty złem do szpiku kości, z zimną krwią wykonujący rozkazy, porywczy i jakby kapryśny, wydaje się nie posiadać ludzkich uczuć (czyżby prymitywny zabieg porównania dwóch potworów?). Ale tkwi w nim jakaś tajemnica, jakiś mały dysonans, jak drzazga w palcu. Majstersztyk!


Kształt wody może okazać się szczytowym osiągnięciem Guillermo del Toro. Reżyser wreszcie zrealizował marzenie i stworzył film na podstawie Potwora z Czarnej Laguny. Nie dostał zgody od Universalu na nakręcenie remake'u, więc wraz z Vanessą Taylor napisał nowy scenariusz. Da się? Da się!

Kształt wody to film dziwny. Baśń dla dorosłych, trochę horror, poetycka opowieść o tolerancji, ułamek blockbustera. Przypominająca Bioshock (znacie tę grę?), zbyt uproszczona historyjka o tolerancji i (ponadgatunkowej) miłości wbrew podziałom. Fabuła jest momentami aż zbyt przewidywalna, a morał aż nadto bije po oczach i synapsach. Ale to się po prostu dobrze ogląda. Kształt wody jest dziełem zrobionym z uczuciem i ze smakiem, trochę w dawnym Burtonowskim stylu. I to połączenie estetyki Burtona i del Toro daje efekt. Nie sposób oderwać wzroku od ekranu. 

Del Toro kupił mnie. Kupił mnie jak nigdy wcześniej. Nawet tą przesadną prostotą. Bo chyba jestem trochę jak on. Ja też kibicuję słabszym i outsiderom i też jestem marzycielem kochającym magię i piękno. A żeby je odnaleźć, często trzeba  wypłynąć w niebezpieczny rejs, jak najdalej od brzegu. 

Kształt wody to po prostu banalny i wzruszający film napełniający człowieka wiarą i nadzieją. Idealny na niedzielne popołudnie. 












piątek, 9 marca 2018

Nie musisz patrzeć. Wystarczy, że widzisz. "Joanna" Agnieszki Opolskiej


Joanna to kolejna książka Agnieszki Opolskiej, z którą miałem przyjemność obcować. Najnowszą powieść autorki czytałem już prawie dwa lata temu, poczyniłem nawet wówczas wstępne poprawki redakcyjne. Kiedy na mojej skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość z plikiem zawierającym finalną wersję Joanny, gotową do druku i czekającą na zrecenzowanie, miałem mieszane uczucia. Czy będzie mnie stać na obiektywność? Czy ponownej lekturze towarzyszyć będą te same emocje, czy może tym razem nużyć mnie będą perypetie głównej bohaterki?

Na całe szczęście powieść Opolskiej ponownie wciągnęła mnie bez reszty. Trzeba przyznać, że Joannę czyta się z przyjemnością. Duża w tym zasługa prostego i emocjonalnego języka, w owej emocjonalności często potocznego, przez co po prostu żywego. Momenty "przegadania" w innego typu powieści zapewne raziłyby. Tu natomiast sprawiają, że czytelnik mocniej wsiąka w świat postaci bardzo żywych i różnorodnych, intensywnie myślących, intensywnie przeżywających i na wiele sposobów wyrażających swoje zdanie. 

"Różnorodność" nie dotyczy jedynie postaci wykreowanych przez autorkę. Słowo to w ogóle określa powieści Opolskiej, która i tym razem wątki fabularne osnuła wokół mnóstwa ważkich, niezmiennie aktualnych problemów. Problemów głównie kobiecych. Bo choć w Joannie mężczyźni odgrywają dość istotne role, bez wahania stwierdzam, iż jest to powieść głównie dla kobiet i o kobietach i zaakcentowane to zostało dużo wyraźniej niż w poprzednich częściach cyklu "Sztuka miłości(ą)". 

Widać, że również tym razem nie było ambicją Opolskiej stworzenie powieści typowo rozrywkowej. Co nie oznacza, że nie brak w niej wartkiej akcji, niespodziewanych jej zwrotów oraz mnóstwa humoru. 
Joanna to opowieść o, w przenośnym oczywiście znaczeniu, zniewoleniu lub samozniewoleniu kobiet i próbie wyzwolenia. Kobiety Opolskiej, nawet te pozornie zdegenerowane i frywolne, walczą nawet nie tyle o prawo do bycia sobą, co o zauważenie. Na bohaterki Joanny nie trzeba patrzeć. One nie chcą być obserwowane. Chcą być zauważane. Pragną docenienia, miłości i szczęścia. Banał? Nie u Opolskiej. 

Mistrzyni fabularnych zakrętów tka zgrabną sieć wątków i raz za razem zaskakuje czytelnika. Kiedy już wydaje się, że poziom napięcia nie może wzrosnąć, autorka serwuje nam kolejne "a jednak!". Opolska niewątpliwie ma talent opowiadania. Sprawia, że z takim samym zainteresowaniem obserwujemy komplikujące się związki bohaterek (Joanny z Robertem, Kory z Jeremym czy Anety z Johnem), śledzimy korespondencję Joanny i Writera (tu już naprawdę trzeba umieć przykuć uwagę czytelnika) czy sceny jakby żywcem wyjęte z niezłej powieści sensacyjno-kryminalnej, bo i takich nie brak w Joannie. Książka ta, podobnie zresztą jak poprzednie, wymyka się klasyfikacjom. Opisałbym ją jako powieść obyczajową z elementami sensacji i komedii pomyłek. 

W najnowszej powieści Opolskiej wielką rolę odgrywa oczywiście sztuka. Główna bohaterka to niespełniona artystka, która porzuciła pasję dla rodziny i nagle, wobec dogorywającego uczucia między nią a jej partnerem, zaczyna tego żałować. Ze sztuką w tle rozgrywa się rodzinny dramat i upadek innej, spełnionej zdawałoby się, artystki, Johanny Halls. Opolskiej dobrze wychodzi mówienie o "życiu wewnętrznym kobiet" poprzez mówienie o sztuce. Autorka nie potrafi i nie chce kryć swojej drugiej po pisaniu pasji, jaką jest malarstwo. A że jest to prawdziwa pasja, nie można mieć żadnych wątpliwości. Fragmenty, w których bohaterki zostają sam na sam z aktem tworzenia, będącym czymś w rodzaju ucieczki od problemów, pomocą w wyzwoleniu emocji, są zdecydowanie bardziej dopracowane i brzmią niemal jak prozą pisane wiersze. Z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnych takich momentów, szczególnie kiedy czułem przesyt potoczności ze słowami "facet" i "gadać" na czele. 

I skoro już jesteśmy przy przytykach: nie sposób przejść obojętnie obok szeregu drobnych błędów, niedociągnięć i niekonsekwencji, które pewnie dla zwykłego czytelnika będą niemal niewidoczne, ale ludziom "z branży" mocno świecą po oczach. Mnóstwo niepotrzebnych lub brakujących przecinków, trochę literówek, niekonsekwencja w zapisie i odmianie skrótów czy brak łączników to tylko część uchybień. Wydawca ewidentnie pokpił sprawę. Wygląda to tak, jakby korekta została zupełnie olana. Axis Mundi – wstyd!, wstyd tym bardziej, że ma w swojej ofercie kilka naprawdę ważnych książek. Gdyby nie to, całość prezentowałaby się naprawdę nieźle. Okładka nie jest oczywiście tak ciekawa, jak ta do Róży, zaprojektowana przez samą autorkę, ale broni się prostotą i przejrzystością. Chwyt z @"małpą" zamiast litery "a" w tytule przypomina ten znany z S@motności w sieci. Wydawca Joanny nie poradził sobie również z reklamą. Na jednym z blogów (wiadomo, tak się dzisiaj robi "reklamę") znalazłem – o zgrozo! – streszczenie całej niemal książki! Takie, które wysyła się wydawnictwu wraz z propozycją do wydania. Pełna profeska. Mam nadzieję, że dla dobra książki fragmenty bezwzględnie zdradzające jej treść znikną z blogów. 

Opolska kolejną powieść powinna wydać własnym sumptem. Bezduszny rynek traktujący książkę jak zwykły produkt zupełnie nie pasuje do klimatycznych, pełnych pasji i ciepła opowieści autorki. Oraz do jej estetycznego zmysłu. Wszak Róża była czymś więcej niż książką – była małym dziełem sztuki. 

Joanna z pewnością jest powieścią niebanalną. Potrafi rozbawić, skłonić do refleksji i wycisnąć łzy. I nie ocenia. To, z czego znana jest Opolska, to brak bezwzględnej, jednoznacznej oceny bohaterów. Każdy jest taki, jakim ukształtowało go życie i każdy ma szanse na wejście na dobrą ścieżkę. Autorka nie prawi przy tym czytelnikowi morałów i charaktery oraz sytuacje pozostawia jego ocenie.  

Z czystym sumieniem polecam. Również mężczyznom, którzy chcą choć trochę zrozumieć, co tym babom siedzi w głowach. 

Tylko to zakończenie... 
Czyżby plany na kontynuację?