niedziela, 14 stycznia 2018

Nerd zabija. "Opiekunka"

Cole (Judah Lewis) to dwunastolatek, typowy nerd z potencjałem na zostanie życiową fajtłapą do końca swych dni. Prześladowany przez szkolnych kolegów, nie traktowany poważnie przez rodziców, jako jedyny z rówieśników ma jeszcze opiekunkę. I, o dziwo, jest to najlepsze, co w trudnej codzienności spotyka tego małoletniego fana kina i komiksu. Bee (Samara Weaving), bo tak ma na imię dziewczyna, to ideał: swobodna, piękna i seksowna, odważna, z gracją i znawstwem porusza się w nerdowskim mikrokosmosie. Ale ideały nie istnieją. I Cole przekona się o tym na własnej skórze. 

Opiekunka to produkcja niepoważna, nie mająca nic wspólnego z kinem ambitnym. To "słodki" film, komedia obyczajowa w lekkich oparach absurdu, która nieoczekiwanie przeobraża się w mieszankę voyerystycznego slashera z tworem rodriguezowo-tarantinowskim. Jak zżynać, to dobrze i od najlepszych. McG (Joseph McGinty Nichol) objawił się w tym przypadku jako mistrz naśladownictwa. 

Twórca Aniołków Charliego (sic!) wyreżyserował film typowo rozrywkowy, pełen nawiązań do historii kina, niewymagających żartów z popkultury i jeszcze niższych lotów żartów sytuacyjnych. Wyśmiewa amerykańskie produkcje popcornowe i obnaża absurdy, tym samym czyniąc absurdalnym własny film. 

Cole w niektórych scenach przypomina Kevina (Samego w domu). Bohaterowie cytują Ojca chrzestnego, inni, jak Max (Robbie Amell), ni z tego, ni z owego pojawiają się bez koszulki, jawnie drwiąc z Jacoba z serii Zmierzch.

Postaci, jak na pastiszową pulpę przystało, napisane są po łebkach – nie posiadają bogatego życia wewnętrznego, ale są do przesady charakterystyczne. Szczególnie członkowie satanistycznej sekty. Mamy w niej między innymi cycatą blond cheerleaderkę, azjatkę, czarnoskórego zboczeńca sypiącego (marnymi) żartami jak z rękawa i wspomnianego wcześniej gościa bez koszulki o aparycji amerykańskiego marines lub futbolisty. Gra aktorska, co jest miłym zaskoczeniem, na naprawdę przyzwoitym poziomie. 

Opiekunka to przerysowana, specyficzna historia pełna krwi i tanich żartów, lekko okraszona mdłym morałem, dostarczająca mnóstwo rozrywki miłośnikom niepoważnych horrorów i pulpy. Film idealny na piątkowy wieczór, tyleż dynamiczny, co niewymagający, nie angażujący do pracy zmęczonych ciężkim tygodniem szarych komórek. 
Polecam tym, którzy nie mają kija w tyłku i nie traktują życia kina przesadnie poważnie. 



 Kranik się zepsuł



 Nie tylko polscy gimnazjaliści grają w słoneczko




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz