wtorek, 30 stycznia 2018

Przygotuj chusteczki. "Devilman Crybaby"

Obejrzałem na wdechu. 

Może nie jestem wielkim miłośnikiem i znawcą mangi/anime. Może niewiele pamiętam ze starej serii z Devilmanem, bodaj z lat siedemdziesiątych, ani z tej z lat dziewięćdziesiątych. I nie oglądałem mniej niż przeciętnego ponoć filmu z 2004 roku. 

Tak jak zdecydowana większość widzów. 

Nie stoi to na przeszkodzie w odbiorze dzieła. Tak, DZIEŁA. 

Dziesięć dwudziestokilkuminutowych odcinków wchłonąłem jednym ciągiem. Jestem urzeczony.

Wspaniałą stroną wizualną, dużo mroczniejszą niż tą znaną choćby z The Birth. Może nie tak nastrojową, a już na pewno nie tak "poetycką", ale jednak zachwycającą. Sceny erotyczne, momentami nawet porno, przeplatają się z elementami czystego, brutalnego gore, by następnie uraczyć widza ciepłym, urzekającym kolorami krajobrazem lub metaforyczną wizją z pogranicza snu i jawy. Zielona krew nie przeszkadza zupełnie.

Muzyką. Różnorodną, dopasowaną, nieoczywistą. Choć, trzeba przyznać, momenty z freestylem japońskich raperów bywają przydługie i denerwujące. Ścieżka dźwiękowa do Devilman Crybaby to istny wyciskacz łez. Jest opowieścią samą w sobie, mogącą żyć zupełnie samodzielnie. 



Historią. Devilman Crybaby sprawi, że będziesz śmiać się i płakać na przemian, w przerwach od uczucia irracjonalnego niepokoju, kiedy to zaczniesz porównywać fabułę tego anime do wydarzeń na świecie, teorii spiskowych, tekstu Biblii. Devilman pokazuje, jak słabi i ślepi są ludzie w obliczu zagrożenia, jak łatwo manipulować nimi i napuszczać na siebie. Okazuje się, że demon może mieć więcej serca i odwagi niż prawdziwy człowiek, a prawdziwy człowiek więcej okrucieństwa i bezwzględności niż demon. 
Może to nadinterpretacja, może zbyt dużo naoglądałem się i naczytałem o NWO, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nowy Devilman to bardzo trafny, acz mocno niedosłowny, komentarz (czy później – przepowiednia) do obecnej sytuacji polityczno-kulturowej na świecie. 

Anime Netflixu to produkcja bardzo współczesna, a zatem dynamiczna, wręcz migawkowa, nie tylko na poziomie wizualnym, ale i fabularnym, przez co nie zawsze udaje nam się nadążyć za historią. Równorzędnych postaci jest sporo, dlatego też nie każda została nakreślona z należytą starannością. Jednak główni bohaterowie: Akira/Devilman, Ryo, Miki i Miko mają więcej niż zadowalające uposażenie osobowościowe. 

Devilman nie pozostawia widza bez refleksji i głęboko zapada w pamięć. To opowieść, która krzyczy, żeby nie zapominać o istocie człowieczeństwa, że nie należy dokonywać pochopnych ocen, że nawet demon ma marzenia i chce kochać. W tym przypadku słowa pewnego prezesa są zaskakująco trafione. Dzięki temu anime już nie będziesz taki pewien, "że białe jest białe, a czarne jest czarne". 

Po Cowboy Bebop, który jest bezkonkurencyjny, chyba mój ulubiony serial anime. 









niedziela, 14 stycznia 2018

"The End of the F***ing World"

UWAGA! Niebezpiecznie wysoki poziom euforii.

Nie lubię seriali. Chyba nie mam do nich cierpliwości. Obejrzałem ich w życiu, od początku do końca, kilka. W tym te, które nie za bardzo się liczą: Miodowe lata i Świat według Kiepskich

Ostatni serial, jaki robił na mnie wrażenie, to Dr House. Poza tym lubiłem Z Archiwum X

The End of the F***ing World przyciągnął mnie tytułem, który odzwierciedlał mój nastrój danego dnia i nadawał się na nagłówek recenzji bez dodawania czegokolwiek. 

Każdy z ośmiu odcinków pierwszego (miejmy nadzieję jedynego) sezonu trwa około dwudziestu minut. Idealnie. Właściwie można by sobie darować szatkowanie i z serialu zrobić film. 

Z początku mamy do czynienia z typową czarną komedią opowiadającą o losach zbuntowanej, dziwnej nastolatki i jeszcze dziwniejszego chłopaka, psychopaty mającego obsesję na temat zabijania zwierząt, która przeradza się w chęć zabicia "czegoś większego". Los chce, że na drodze Jamesa staje właśnie Alyssa...

Splot dziwnych okoliczności sprawia, że młodzi ludzie uciekają od swoich zdekompletowanych i odchylonych od normy (co właściwie jest normą) rodzin i zbliżają do siebie. 

Serial powoli prowadzi nas przez przeżycia bohaterów od przeszłości do chwili obecnej, cierpliwie tłumaczy, dlaczego James nie jest zdolny do odczuwania i wykazuje się ponadprzeciętną obojętnością na wszystko, co go spotyka i dlaczego Alyssa tak bardzo potrzebuje osoby, przy której mogłaby być sobą. 

Akcja serialu ubrana jest w urokliwą estetykę kina drogi. 

Chłopak i dziewczyna uciekają już nie tylko od swoich demonów, od słabości i rodzin. Uciekają również przed policją, ścieżkę naznaczając (niemal zawsze przypadkowo) krwią i występkiem. Z czasem widz zdaje sobie sprawę, że to nie z bohaterami jest coś nie tak. Ich ucieczka to próba zgubienia gdzieś za sobą świata, który ich oszukuje i chęć znalezienia spokoju i akceptacji. 

Ukłony dla scenarzystów, którzy nie rozwlekają poszczególnych epizodów. Sprawnie przechodzą do konkretów, nie zapominając przy tym o "ozdobach". A trzeba przyznać, iż niektóre kadry to istne dzieła sztuki. Dzieła, w które wkomponowuje się świetnie dobrana muzyka. Naprawdę – soundtrack do The End of the F***ing World jest znakomitym i przede wszystkim głęboko przemyślanym wyborem, trafnie ilustrującym w dosłowny lub kontrapunktowy sposób to, co dzieje się na ekranie.  

Alex Lawther i Jessica Barden wcielili się w serialowych bohaterów w taki sposób, że naprawdę w nich uwierzyłem. Autentycznie, bez zadęcia, z odpowiednim wyważeniem emocjonalnym – bez przesadnej melancholii czy zbyt komediowo. Wielkie brawa dla tych młodych ludzi, którzy grając Jamesa i Alyssę, odświeżyli chyba filmowy mit Bonnie i Clyde'a, oczywiście pomijając co bardziej drastyczne przestępstwa starszej z par. 

Kolejne epizody ukazują znaczącą ewolucję postaci, nie tylko z osobna, ale przede wszystkim jako pary ufających sobie młodych ludzi. Bo po ukończeniu podróży do ojca dziewczyny, która to podróż jest jedną z osi serialu, okazuje się, że jedynie sobie mogą ufać. 

The End of the F***ing World to po prostu piękny serial o przeżywaniu życia po swojemu, o przełamywaniu słabości i walce ramię w ramię z tym "pierdolonym" światem pełnym sztuczności i niezrozumienia. 

A zakończenie... Cóż, to po prostu końcowa faza efektu motyla. 

Po takich seansach jakoś cieplej się robi na sercu. Jakaś zaduma ogarnia człowieka. Sama z siebie. Bo to jeden z tych seriali, które nie myślą za widza. Tam się po prostu dzieje, a to, co ty o tym sądzisz, to twoja prywatna sprawa. I to jeszcze jeden powód, dla których musisz zapoznać się z tą produkcją Netflixu – ona nie traktuje cię jak idioty. Pozwala przeżywać podróż bohaterów (w wielorakim sensie podróżowania), ocenę zostawiając tobie. 




















Nerd zabija. "Opiekunka"

Cole (Judah Lewis) to dwunastolatek, typowy nerd z potencjałem na zostanie życiową fajtłapą do końca swych dni. Prześladowany przez szkolnych kolegów, nie traktowany poważnie przez rodziców, jako jedyny z rówieśników ma jeszcze opiekunkę. I, o dziwo, jest to najlepsze, co w trudnej codzienności spotyka tego małoletniego fana kina i komiksu. Bee (Samara Weaving), bo tak ma na imię dziewczyna, to ideał: swobodna, piękna i seksowna, odważna, z gracją i znawstwem porusza się w nerdowskim mikrokosmosie. Ale ideały nie istnieją. I Cole przekona się o tym na własnej skórze. 

Opiekunka to produkcja niepoważna, nie mająca nic wspólnego z kinem ambitnym. To "słodki" film, komedia obyczajowa w lekkich oparach absurdu, która nieoczekiwanie przeobraża się w mieszankę voyerystycznego slashera z tworem rodriguezowo-tarantinowskim. Jak zżynać, to dobrze i od najlepszych. McG (Joseph McGinty Nichol) objawił się w tym przypadku jako mistrz naśladownictwa. 

Twórca Aniołków Charliego (sic!) wyreżyserował film typowo rozrywkowy, pełen nawiązań do historii kina, niewymagających żartów z popkultury i jeszcze niższych lotów żartów sytuacyjnych. Wyśmiewa amerykańskie produkcje popcornowe i obnaża absurdy, tym samym czyniąc absurdalnym własny film. 

Cole w niektórych scenach przypomina Kevina (Samego w domu). Bohaterowie cytują Ojca chrzestnego, inni, jak Max (Robbie Amell), ni z tego, ni z owego pojawiają się bez koszulki, jawnie drwiąc z Jacoba z serii Zmierzch.

Postaci, jak na pastiszową pulpę przystało, napisane są po łebkach – nie posiadają bogatego życia wewnętrznego, ale są do przesady charakterystyczne. Szczególnie członkowie satanistycznej sekty. Mamy w niej między innymi cycatą blond cheerleaderkę, azjatkę, czarnoskórego zboczeńca sypiącego (marnymi) żartami jak z rękawa i wspomnianego wcześniej gościa bez koszulki o aparycji amerykańskiego marines lub futbolisty. Gra aktorska, co jest miłym zaskoczeniem, na naprawdę przyzwoitym poziomie. 

Opiekunka to przerysowana, specyficzna historia pełna krwi i tanich żartów, lekko okraszona mdłym morałem, dostarczająca mnóstwo rozrywki miłośnikom niepoważnych horrorów i pulpy. Film idealny na piątkowy wieczór, tyleż dynamiczny, co niewymagający, nie angażujący do pracy zmęczonych ciężkim tygodniem szarych komórek. 
Polecam tym, którzy nie mają kija w tyłku i nie traktują życia kina przesadnie poważnie. 



 Kranik się zepsuł



 Nie tylko polscy gimnazjaliści grają w słoneczko