środa, 27 grudnia 2017

Ostra wycinka. "Jumanji: Przygoda w dżungli"

Tytuł tej recenzji może wprowadzać w błąd. Sugeruje bowiem, że mam zamiar porównywać "stare" Jumanji z nowym. Nic z tych rzeczy. Oczywiście obok pewnych nawiązań nie sposób przejść obojętnie, ale nie chcę popadać w paranoję. To tak, jakby porównywać mustanga z 1967 z mustangiem z 1986. Owszem, można, ale co z tego wynika? 

Nauczyłem się nie oczekiwać niczego. 

Dlatego też nie byłem bardzo rozczarowany filmem.

Przygoda w dżungli nie jest kontynuacją obrazu z 1995. Jedyne co łączy oba filmy to "wciągająca" gra oraz Allan Parrish. Nie, nie oczekujcie, że zobaczycie go na ekranie. Jakoś zupełnie mimochodem, w samym środku filmu, pada jego nazwisko. Na tym koniec. 
Obraz Jake'a Kasdana nie próbuje oszukiwać widza, rozpylając mgiełkę atmosfery połowy lat dziewięćdziesiątych. Zupełnie uczciwie, od samego początku, przedstawia się jako typowa hollywoodzka masówka bazująca na sprawdzonym  pomyśle i wykorzystująca fejm tytułu. Widz ma się na najnowszym Jumanji dobrze bawić. I najlepiej, żeby był to widz, który nie pamięta dzieła Johnstona. 

Mamy 1996 rok. Młody chłopak nie chce zagrać w przypadkiem odnalezioną bodaj przez brata grę, gdyż woli gry wideo. Planszówka staje jednak na wysokości zadania i w skrzyneczce, gdzie kryć się miały pionki i kostki, pojawia się nagle... dyskietka (sic!). Niezłe przegięcie. Bohater oczywiście zostaje wessany do świata Jumanji, a my przenosimy się do współczesności. 

Fabuła filmu nie należy do skomplikowanych. Scenariusz został potraktowany po macoszemu, ale najważniejsze, że są wybuchy, że wizualnie jest całkiem w porządku, że akcja wartka, że trochę śmiszno, trochę straszno. Przygoda w dżungli to współczesny produkt filmowy dla przeciętnego, niewymagającego konsumenta. 

Widać to przede wszystkim w konstrukcji bohaterów. Postaci są do porzygu stereotypowe, zestawione (oczywiście!) na zasadzie przeciwieństw. Każda ma jeden, maksymalnie dwa atrybuty, które odróżniają ją od następnej. Mamy zatem życiową pierdołę-szkolnego mądralę, czarnoskórego sportowca, który z nauką raczej się mija, introwertyczną outsiderkę oraz typową Barbie, która bez tlenu przeżyje dłużej niż bez strzelenia sobie selfie. W pewnym momencie bohaterowie przechodzą transformację polegającą po prostu na odwróceniu ich cech fizycznych i elementów osobowości. Tak nas szanują dzisiejsi twórcy. 

Aktorstwo na poziomie. Na poziomie szkolnych jasełek. Przewodzi oczywiście Dwayne Johnson, którego gra polega na strzeleniu miny w miarę adekwatnej do sytuacji.  

Reżyser:
– Dwayne, a teraz jesteś zdziwiony!
(Dwayne robi wielkie oczy, otwiera usta i sapie)
– Dwayne, a teraz się boisz!
(Dwayne robi wielkie oczy, otwiera usta i sapie)
– Dwayne, jesteś zakochany!
(Dwayne robi wielkie oczy i otwiera usta. Potem sapie) 

Ja nic do gościa nie mam. Wirtuozem gry aktorskiej to on nie jest, ale jaki film, tacy aktorzy. Tu akurat wszystko pasuje.

Poziom humoru dostosowany do aktorstwa, ale z przebłyskami. Późną nocą, kiedy scenarzysta już twardo spał, jego dzieci dopisywały mu tekst. I chwała im za to. Żarty absolutnie nie angażują do pracy szarych komórek, ale momentami naprawdę nie mogłem powstrzymać się od chichotu. Duża w tym zasługa Kevina Harta (Fridge) – grana przez niego postać jest tak samo irytująca, co zabawna. I należy to traktować jako plus. 

Czarny charakter rozczarowuje. Posiada moc władania kreaturami z dżungli, ale wydaje się, że mógłby wykorzystać ją lepiej, by odzyskać oko jaguara i powstrzymać bohaterów przed zdjęciem klątwy ze świata Jumanji. Twórcy najwidoczniej stwierdzili, że dziwny i niepokojący wygląda Van Pelta jest ważniejszy niż jego inteligencja czy choćby szczątkowy rys psychologiczny. 

Przygoda w dżungli serwuje nam pościgi, sceny walk, niezłe widoki i dużo niechlujstwa. Nie tylko tego, o którym już wspomniałem (scenariusz, aktorstwo). Bywa że mordercze zwierzęta wyglądają naprawdę słabo, jak animacja ze starej gry. Zapewne w tym twórcy upatrywali szansę na obronę. Skoro film opowiada o dzieciakach uwięzionych w starej grze video, to niech bestie wyglądają... jak ze starej gry wideo.

Jumanji: Przygoda w dżungli to film pełen uproszczeń i nielogiczności ale czy może to być poważny zarzut, skoro mówimy o akcji dziejącej się wewnątrz gry video? 

Jeżeli, widzu, masz nadzieję na powtórkę ze "starego" Jumanji, odpuść sobie, szkoda twoich nerwów, sam sobie zafundujesz srogie biczowanie. Jeśli zaś chcesz się jedynie odstresować lub miło spędzić czas z rodziną, śmiało uderzaj do kina. 
Ja nawet nie ziewnąłem, bo i działo się, i było na kogo popatrzeć (śliczna Szkotka Karen Gillan), i uśmiałem się z paru prostych żartów czy chwytów fabularnych. Czasem zamiast ciężkawych monologów rodem z filmów Bergmana warto obejrzeć historię o człowieku, który wybucha po zjedzeniu ciasta. A obrazki takie okraszają nam twórcy frazesami, które jednak w świecie opiewającym wyjątkowość jednostki i każącym kochać własne, bez powodu przerośnięte ego, są bardzo ważne: liczy się to, kim jesteś, nie to, jak wyglądasz; ale kimkolwiek byś nie był, pamiętaj, że w grupie zdziałasz więcej (poza tym śmieszniej jest i ciekawiej ;). 

 Prosił ktoś o ognia?
 My precious!


 Czasem jedno życie to za mało

Żyj i pozwól umrzeć



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz