poniedziałek, 20 listopada 2017

Piwniczna (z)groza. Podsumowanie przedłużonego Halloween #1

Choć interesuję się wszystkimi niemal dziedzinami  szeroko pojętych kultury i sztuki, nie da się ukryć, iż groza w literaturze i filmie jest mi szczególnie bliska. Co zresztą odzwierciedla się w tekstach, jakie publikuję. Mój głód wiedzy na ten temat jest tak wielki i nieokiełznany, że w ramach  bardzo przedłużonego, bo prawie miesięcznego Halloween, obejrzałem dziesiątki przedziwnych obrazów. Niektóre filmy odświeżyłem, inne widziałem po raz pierwszy. System oglądania był prosty i zwał się "chybił trafił". Jak zakład w Lotto. Natknąłem się na produkcje, które poraziły mnie swoją głupotą. Inne mile zaskoczyły. Większość z nich nakręcono w latach siedemdziesiątych, do końcówki osiemdziesiątych, czyli w moim ulubionym przedziale czasowym. 

Wiele z tych filmów to dzieła o wątpliwej wartości artystycznej, ale do dziś mogą dostarczyć masę rozrywki. 

Produkcje z tamtych lat mają to do siebie, że  starzeją się raczej brzydko. Z rzadka zaskakują fabularnym poplątaniem czy niebanalnymi pomysłami na postraszenie widza, częściej natomiast, zebrane do kupy, fundują nam jarmark tandety i wtórności. Uwielbiam jarmarki!

Filmy, które oglądałem, same niemal dzieliły się na zbiory i podzbiory i prosiły o porównanie oraz komentarz, niekoniecznie inteligentny. Nie mogłem im tego odmówić. 

Pierwszy zbiór, jaki zauważyłem, to horrory, w których główną rolę pełni piwnica. Oczywiście, że piwnica. Dla filmu grozy to miejsce tak oczywiste jak ciemny las lub odcięte od świata miasteczko. 

UWAGA! ZDRADZAM TREŚĆ JAK FIGO BARCELONĘ. 

The Beast in the Cellar, 1970

Zdecydowanie najgorszy horror w tym zestawieniu, i nie można zrzucić winy na słabą kopię z jaką miałem nieprzyjemność obcować. 

Dawno nie oglądałem filmu tak bez sensu przegadanego i nudnego, z rzadka tylko przerywanego scenami ataku tytułowej bestii, które określić mogę najprościej jako "koszmar (nie tylko) epileptyka". Natarcia potwora widzimy jego oczami. I należy mu współczuć, że biedaczysko tak odbiera rzeczywistość. Kamera unika dosłowności i konkretów. Twórcy poszli na łatwiznę i postawili na chaotyczne jej ruchy i dziesięć cięć na sekundę. 

Fabuła pokrótce przedstawia się w następujący sposób: dwie podstarzałe siostry od trzydziestu lat trzymają w piwnicy brata; ten ucieka i zaczyna grasować w okolicy, siejąc śmierć i epilepsję.

Film jest koszmarny pod każdym względem. Aktorstwo stoi na poziomie Raczków Elbląskich. Scenariusz jest dziurawy jak rzeszoto, a z dziur tych wieje nuda, o jakiej wam się jeszcze nie śniło. Pointa filmu właściwie nie istnieje. Czy nikt nie zauważył, że to nie może się udać? 

Jeżeli jesteście fanami monster movies, nie sugerujcie się "bestią" w tytule. Jest nią bowiem biedny, starszy mężczyzna, który, nie ma co się dziwić, lekko ześwirował po spędzeniu połowy życia w piwnicy i, kierowany morderczym obłąkaniem, zabija młodych i silnych ludzi (na przykład żołnierzy) swymi paznokietkami nie wiedzącymi, co to manicure. 



 Ciemność, ciemność widzę.
 Czy nie uważają panie, że powinniśmy czym prędzej spieprzyć z planu filmowego?

The Evil, 1978

Nastrojowy film grozy dla koneserów gatunku. W jednej z ról głównych Richard Crenna (Rambo). 

Bohaterowie remontują nowo zakupiony dom, dom stary, opuszczony, o którym krążą niesławne legendy. W porządkach przeszkadza im oczywiście eskalacja nieczystych sił eliminująca kolejne postaci na coraz to bardziej wyszukane sposoby. Reszta zaś stara się: a) wydostać z nawiedzonego domostwa b) rozwiązać zagadkę nawiedzonego domostwa c) zdobyć Nagrodę Darwina. 

Serce, umysł i odbyt tętniącego złem gmachu znajdują się oczywiście w piwnicy. A z piwnicy można zejść do podziemi, gdzie swoją siedzibę ma sam Szatan. 

Znośny film z ambicjami. Trochę naukowości, trochę uduchowienia, urywki serialu Śmierć na 1000 sposobów plus sceny jakby żywcem wyjęte z telewizyjnego show Tadeusza Drozdy, czyli bohaterowie próbują wybić szyby akurat w tym oknie, w którym  są kraty albo nurkują podczas trzęsienia ziemi niczym gladiatorzy El Classico. 

Bardzo dobra, momentami naprawdę makabryczna rozrywka. Polecam!








The Boogens, 1981

Dzieło niemal dorównujące The Beast in the Cellar.

Gdzieś na prowincji (wiadomo) jest nieczynna (wiadomo) kopalnia, którą pewna firma chce na nowo uruchomić. Do miasteczka przybywają dwie kobiety z pudlem, aby spotkać się ze swoimi samcami na (wiadomo). I właściwie to by było na tyle. 

Jeżeli chodzi o aktorstwo, najlepszą rolę zagrał pies, co nie znaczy, iż nie była ona irytująca. Reszta bohaterów tkwi w fabule jak widły w gnoju. 

The Boogens zawodzi jako monster movie – przez większość czasu w roli bestii występują wymachujące macki. Niekiedy świat przedstawiony w filmie oglądamy oczami potwora, ale poza perspektywą niczego to nie zmienia. Końcówka tego wątpliwej jakości dziełka to za mało, żeby cieszyć się z zobaczenia potwora w niemal pełnej okazałości. Nie ma wybuchu napięcia, gdyż napięcie owo nie narastało. 

Twórcy starają się wmówić widzowi, iż przedstawiają mu horror, a używają do tego wyjątkowo tanich środków – odludzie, niebezpieczny dom z niebiezpieczną piwnicą, podziemia, kilkoro bohaterów, żeby było kogo "odstrzelić" w czasie trwania obrazu, no i gumowe monstrum, które w założeniu miało być wisienką na torcie, jest zaś muchą w herbacie. Z pokrzywy. 

Przepraszam, że się powtarzam. 
Naprawdę ciężko napisać o The Boogens cokolwiek konstruktywnego, a jeszcze trudniej coś miłego.
Plakat. Plakat naprawdę daje radę. 


 Robaczek.
 Proszę po(sz)czekać, muszę się wczuć w rolę.

 Gdybym tylko wiedziała, że ten film jest tak zły, wybrałabym rolę w reklamie 
granulatu nawozowego.
 To my już sobie pójdziemy.


Dom przy cmentarzu, 1981

Horror Lucio Fulciego to jeden z najciekawszych filmów tego gatunku, z jakimi miałem do czynienia. A na pewno jeden z lepszych "piwnicznych" obrazów w tym zestawieniu. 

Znajdziemy tu wszystko, co trzeba. Dom przy cmentarzu jest idealną mieszanką horroru/gore z kryminałem i dramatem, niewątpliwie inspirowaną dziełami takimi jak Lśnienie czy Horror Amityville

Norman Boyle wraz z żoną i synem przeprowadza się do starego domostwa w New Whitby, aby kontynuować prace Dra Petersona, który zaszlachtował kochankę, a następnie popełnił samobójstwo. Dodajmy, że zdarzenie miało miejsce w nowym domu państwa Boyle'ów. Ich syn, Bob, ma kontakt z dziewczynką imieniem Mae. Jedynie on może ją widzieć i słyszeć. Mae ostrzega Boba przed złem mieszkającym w Rezydencji Dębu. Wkrótce po przeprowadzce mieszkańcy stają się świadkami niewytłumaczalnych rzeczy. Nieźle skonstruowana fabuła pozwala odczuwać widzowi wciąż narastające napięcie, które potęgują dłużyzny, tak zwane "momenty ciszy przed burzą". Zło czające się w piwnicy Rezydencji Dębu poczyna sobie coraz śmielej. Wkrótce rodzina Boyle'ów pozna sekret przerażającego doktora Freudsteina... 

Jako filmoznawca muszę przyznać, iż film Fulciego to chałtura (świadczy o tym przede wszystkim scena wyjaśniająca przyczyny wyjazdu do New Whitby – nienaturalność rozmowy) przeładowana ciężkim nastrojem, ale jako miłośnik grozy B-klasowej stwierdzam, iż Dom przy cmentarzu to majstersztyk wśród filmów tego typu. 

W wersji, którą zdobyłem, denerwował mnie lektor wymawiający nazwisko strasznego doktora "Frojdstin". A to przecież takie oczywiste, że powinno ono brzmieć "Frojdsztajn"! 









To się nazywa mieć cięty język.

Tajemnicza piwnica, 1989


Horror raczej familijny, więc makabra ograniczona została do niezbędnego minimum. 

Willy przyjeżdża do swojego ojca, który z nową miłością i ich wspólnym dzieckiem zamieszkał na starej farmie. Wokół niej zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Okazuje się, że ziemia, na jakiej stoi dom, jest przeklęta przez Indian, którzy znienawidzili białego człowieka. Walkę z indiańskim potworem prowadzi Willy, z niewielką pomocą kilku ludzi wierzących jeszcze w legendy. Ojciec Willy'ego nie chce uwierzyć w opowiadania chłopca.

Film przeznaczony dla miłośników starych VHS-ów, horrorów nie do końca na serio i zasypiania na dłużyznach. 

Ta produkcja co najwyżej leżała obok monster movies. Dość pokraczny i niezbyt wiarygodny potwór pojawia się zbyt rzadko. Jednak pomysł, aby umieścić go w piwnicy domu jest całkiem niezły, tym lepszy, iż z piwnicy wydostaje się on na zewnątrz, na małe eskapady, kanałem prowadzącym do bagna. 



 Oto co robi ze szczurem chiński metanabol.
 A w piwnicy trzymam puszyste koteczki. 



Mieszkaniec podziemi, 1988

Czyli najlepszy z najgorszych. Film, którego głodowy budżet i wynikająca z tego niewyobrażalna masa kiczu są akceptowalne. A może nawet więcej – stworzony za ich "pomocą" świat ma swój gotycko-B-klasowy urok okraszony niepowtarzalną atmosferą lat osiemdziesiątych. Fanom tego typu produkcji nie trzeba więcej. 

Pokraczny, orkopodobny potwór z pentagramem wyrytym na klacie ma twarz nieskażoną inteligencją, ale pojawia się od początku, w dodatku bardzo często. Stworzony przez rysownika komiksów i przez niego unicestwiony, ożywa na nowo, kiedy to rysowniczka i fanka tragicznie zmarłego w pożarze mistrza historii obrazkowych postanawia kontynuować jego dzieło. Potwór początkowo ukazuje się tylko rysowany przez Whitney, z czasem jednak nabiera mocy, pojawia się, kiedy chce, tak jak same pojawiają się rysunki na pustych planszach, oraz zabija wedle własnego uznania. Nie zostawia śladów – swoje ofiary zjada co do kosteczki. 

Film wybitnym dziełem oczywiście nie jest, ale nie można go również jednoznacznie określić "złym", może dlatego, iż nieustannie puszcza do widza oko. Komiks to taka materia, w której może się zdarzyć wszystko. Z filmem jest podobnie. Połączmy teraz obie, weźmy parę dolców (dosłownie), przenieśmy się w lata osiemdziesiąte i nakręćmy film grozy. Wyjdzie nic innego jak Mieszkaniec podziemi

W filmie Buechlera nie brakuje krwi i wnętrzności,  przeróżnych scen uśmiercania bezbronnych wobec potwora ludzi, ale dzięki/przez niski budżet efekt jest umowny, niedosłowny, nie można brać widzianej makabry na poważnie. Za to właśnie lubimy tanie horrory – za dobrą rozrywkę, wyobraźnię i chęci.

Bo przecież nie za wyszukaną fabułę, wspaniałe zdjęcia, zaskakujące triki montażowe czy grę aktorską, czego absolutnie w Mieszkańcu podziemi nie uświadczymy. Prócz ostatniego. Główną bohaterkę nawet da się lubić. Pewnie duża w tym zasługa zajęcia, jakiego się ima. Który miłośnik komiksów i horrorów nie pokochałby całkiem urodziwej rysowniczki historyjek grozy? 










 Myszka.













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz