poniedziałek, 13 listopada 2017

Marzenia się nie spełniają. "Serce to samotny myśliwy" Carson McCullers

To jedna z najsmutniejszych książek, jakie czytałem. Trzy razy. 

Tytuł sugeruje, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju harlequina. Nic bardziej mylnego. To powieść wielowątkowa, sprawnie napisana i dojrzała, zaskakująco dojrzała, biorąc pod uwagę to, iż McCullers opublikowała ją, mając niewiele ponad dwadzieścia lat. 

Nie należy spodziewać się w tym przypadku wartkiej akcji czy zaskakujących jej zwrotów. Czas powieści płynie spokojnie, co podkreśla sytuację, w jakiej osadziła McCarson swoich bohaterów. Żyją oni monotonnie, bez perspektyw na zmiany, a upływ czasu odmierzają im godziny pracy i niespełnione tęsknoty. Małe i duże tragedie są tylko wybojami na jedynej drodze. 

Singer, głuchoniemy, wokół którego gromadzą się inne najważniejsze postaci powieści, staje się ofiarą wygłodniałych, osamotnionych serc. "Osamotnionych" nie w klasycznym znaczeniu tego słowa. Samotność myśliwych wynika jedynie z egoizmu i niewiele ma wspólnego z potrzebą bliskości drugiego człowieka. Ich wyobcowanie jest raczej efektem niezrozumienia. Każdy z nich, prócz samego Singera, toczy własną wojnę ze światem, potajemną lub oficjalną, zawsze jednak nie rozwiązaną albo przegraną. 

Biff Brannon codziennie obserwuje gości swojego lokalu. Jest człowiekiem mądrym i dobrym (niejednokrotnie serwuje potrzebującym posiłki i alkohol za darmo), ale trawi go od środka samotność, poczucie niesprawiedliwości i coś jeszcze, czego nie umie nazwać, a co spowodowane jest małżeństwem, które go rozczarowuje. Widzi chorą nadopiekuńczość Lucile w stosunku do małej Baby, a następnie tragedię obu. 

Jake Blount sam do końca nie wie, czego chce. Może równości? Ale mówiąc o równości, wygłasza zdania sprzeczne z jej ideami. Wolności? Sprawiedliwości? Sam jednak postępuje niesprawiedliwie. Wiecznie pijany i niespokojny, rozpaczliwie poszukuje tych, którzy zrozumieją coś, czego on sam do końca nie pojmuje. Wszystko czego potrzebuje, odnajduje w Singerze. Dlatego, że Singer nie mówi i jest chyba aż nazbyt dobrze wychowany. 
Blount jest tak natchniony, że sprawia wrażenie opętanego. Jego mowa przypomina monologi... Mickiewiczowskiego Konrada. 

– Nie wiesz, że nie wolno wprowadzać czarnych do lokali przeznaczonych dla białych? – zapytał ktoś. 

Biff obserwował to z daleka. Blount był wściekły i widać było teraz, jak strasznie się spił. 

– I ja jestem po części czarny! – wykrzyknął wyzywającym tonem.

Biff przyglądał mu się uważnie; obecni na sali milczeli. Grube nozdrza Blounta i białka oczu, którymi toczył, pozwalały w pewnym stopniu przypuszczać, że mówi prawdę. 

– Jestem Murzynem i Włochem, i Cyganem, i Chińczykiem. Wszystkim po trochu.

Rozległ się śmiech.

– I Holendrem, i Turkiem, i Japończykiem, i Amerykaninem. – Obszedł chwiejnym krokiem stół, przy którym głuchoniemy pił swoje piwo. Blount mówił głośno, chrapliwym głosem. – Jestem ten, który wie. Jestem obcy w obcym kraju. 

Mick pragnie być kompozytorką, ale świat i jego mieszkańcy od dnia urodzin zdają się sprzysięgać przeciwko niej. Dziewczyna marzy o fortepianie, lecz jej rodzina jest zbyt uboga, by sprawić jej taki prezent. Mick nie posiada nawet radia, dlatego ukochanej muzyki klasycznej słuchać musi z ulicy, ukrywając się pod oknami domów w bogatszych dzielnicach miasta. Kiedy Singer kupuje radio, w oczach Mick urasta on do kogoś w rodzaju bóstwa. Bohaterka jeszcze mocniej upewnia się w przekonaniu, że głuchoniemy rozumie wszystkie jej potrzeby, i że łączy ich wyjątkowa więź. Mick nie przestaje marzyć o dyrygowaniu własną orkiestrą, ale coraz większe kłopoty (nie tylko) finansowe rodziny oraz trochę przedwczesne wkroczenie w dorosłość powoli zabijają w niej pasję. 

Szepnęła głośno: – Przebacz mi, Boże, bo nie wiem, co czynię.– Dlaczego o tym pomyślała? Każdy w naszych czasach wie, że nie ma właściwie żadnego Boga. Kiedy myślała o tym, jak Go sobie wyobrażała, widziała tylko pana Singera spowitego w długie, białe prześcieradło. Bóg milczał – może dlatego jej się to przypomniało.

Doktor Benedict Mady Copeland to zamknięty w sobie, raczej szorstki w obyciu tytan pracy z misją... no właśnie, z jaką misją? Pragnie on wolności dla swojej rasy? Zrównania z białymi? A może bezwzględnych rządów czarnych? Nie potrafi pogodzić się, iż jego dzieci przestały kroczyć ścieżką, jaką je prowadził i wybrały żywot "typowego przedstawiciela rasy murzyńskiej". Miast bezustannie kształcić się, szlifować charakter i wymagać sprawiedliwości, te, tak jak większość znanych doktorowi czarnych, żyją biednie, nie chcąc wiedzieć zbyt wiele, podporządkowując się panującym zasadom i marząc jedynie o spokojnym życiu bez trosk. Zapewne kocha swoją córkę, Portię, nie chce jednak nawet spróbować zrozumieć, że każdy ma prawo prowadzić żywot wedle własnego uznania, że każdy ma prawo do własnych poglądów, i że każdy ma prawo czuć strach. Copeland zdaje się nie widzieć, że osiągnął w życiu bardzo wiele – dozgonną wdzięczność i szacunek pacjentów oraz ich bliskich. 

Miał też swoje pojęcie o tym, jak powinien wyglądać dom. Żadnych ozdób, kolorowych kalendarzy, koronkowych poduszek, fatałaszków – wszystko w domu powinno być ciemne, skromne i służyć pracy i konkretnym celom.
[...] – Chcę powiedzieć, że przekazałem tobie, Hamiltonowi i Karolowi Marksowi wszystko, co sam wiedziałem, że pokładałem w was moje zaufanie i nadzieje. A otrzymuję za to jedynie obojętność, tępe niezrozumienie i lenistwo. Nie pozostało nic z tego, co w was zaszczepiłem. 

Niekiedy można odnieść wrażenie, że powieść McCullers przeładowana jest "treścią istotną" czy, może trafniej rzecz ujmując, opisem ważkich kwestii społecznych. Należy jednak pamiętać o czasie, w jakim dzieło powstało. Problem biedy wśród czarnych i białych robotników, segregacja rasowa, konflikty wewnętrzne i widmo hitlerowskiej agresji przenikały się, a zwykłe, codzienne troski nie znikały przecież w cieniu spraw wielkiej wagi historycznej.

Sceny nienawiści na tle rasowym są nie mniej przejmujące niż patetyczne przemowy prostych czarnoskórych, z których jedni marzą o byciu białymi, inni zaś o zdominowaniu ich. 

– Wiele razy przy orce albo przy innej jakiej pracy – mówił wolno dziadek – tak sobie rozmyślałem nad tymi czasami, kiedy Jezus zejdzie znów na ziemię. Bo tak zawsze tego pragnąłem, że wydawało mi się, iż muszę tych dni dożyć. Rozmyślałem o tym wiele razy i tak to sobie uplanowałem: Stanę przed Jezusem ze wszystkimi moimi dziećmi, wnukami, krewniakami i kumami i powiem Mu: "Jezu Chryste, oto my, biedni Murzyni". A On położy swoją świętą rękę na naszych głowach i od razu staniemy się biali jak bawełna. Taki plan i takie myśli wiele, wiele razy snułem w sercu. 

Czarni w powieści McCullers gorąco wierzą w to, że Bóg oraz jego aniołowie są biali. Co więcej, kilkoro z nich doświadczyło interwencji sił boskich, a w ich relacjach postaci, z którymi przyszło im się spotkać, były właśnie białe. 

Problemy tamtych czasów splecione są problemami uniwersalnymi, wciąż, mimo upływu lat, niezmiennymi. Marzenia, osamotnienie i pieniądz, który pozwala spełnić pierwsze i zlikwidować drugie – o tym głównie pisze McCullers, ale nie w sposób jednoznaczny. Pewne fragmenty świadczą o tym, że autorka szydzi ze swoich postaci i ich tęsknot. Szczególnie w momencie, kiedy poznajemy szokujące stanowisko Singera. 

Każdy z bohaterów rości sobie prawo do towarzystwa Singera. Każdy z nich uważa, że jego relacja z głuchoniemym jest zupełnie wyjątkowa. Odwiedzający Singera ludzie to postaci tragiczne nie tylko za sprawą tego, co ich w życiu spotkało, ale i przez ich fałszywe mniemania, zamknięcie na drugiego, niezdolność do utrzymania zdrowych relacji z kimś innym, niż głuchoniemy. Bohaterowie uwielbiają Singera, dlatego że – o zgrozo – przez jego niepełnosprawność bardzo łatwo go odczłowieczyć. W pogoni za swoimi pragnieniami zapominają o człowieku, często również tym tkwiącym w nich samych. 

Siła Singera jest tak wielka, że już nawet ludzie prawie zupełnie mu obcy uważają go za swoją bratnią duszę lub "większego" czy "lepszego" brata. Trzeba przyznać, że jest to nawet zabawne, a pogodnych momentów w powieści McCullers jest jak na lekarstwo.

Teraz krążyły o nim liczne i bardzo różne pogłoski. Żydzi mówili, że to Żyd. Kupcy z głównej ulicy twierdzili, że otrzymał duży spadek i jest człowiekiem bardzo bogatym. W jednym z zastraszonych związków włókniarzy szeptano, że głuchoniemy przybył z samego CIO. Samotny Turek, który przed laty przywędrował do miasta i wiódł wraz z rodziną smętny żywot w mieszkaniu za sklepikiem z bielizną, przekonywał z uporem swoją żonę, że głuchoniemy jest Turkiem. Twierdził, że rozumie on, gdy mówi się do niego po turecku. Kiedy to udowadniał, zapalał się, zapominał o musztrowaniu swoich dzieci, stawał się aktywny i pełen nowych planów. Pewien stary farmer utrzymywał, że głuchoniemy pochodzi z jego rodzinnych stron, a ojciec głuchoniemego miał najpiękniejsze zbiory tytoniu w całym okręgu. Takie to plotki krążyły o Singerze. 
[...] Pewna stara Murzynka opowiadała ludziom, że on wie, w jaki sposób wracają na ziemię duchy zmarłych. [...] Każdy wyobrażał sobie głuchoniemego takim, jakim chciał go widzieć. 

Ostatnie powyższe zdanie oddaje cichą tragedię Singera. Zapatrzeni w siebie i swoje pragnienia "przyjaciele" głuchoniemego zupełnie zapomnieli (lub nie chcieli tego przyjąć do wiadomości), iż jest on jedynie człowiekiem i, mimo odmienności, ma takie same potrzeby i pragnienia jak oni. Jak się później okazuje, Singer akceptuje, ale nie koniecznie rozumie swoich gości, a jego jedno jedyne marzenie jest tyleż zaskakujące, co proste – jako chyba jedyny bohater powieści chce on po prostu obecności człowieka, w dodatku niezbyt doskonałego, co i tak jest określeniem delikatnym. Singer nie goni za ideą, pieniędzmi, sławą czy władzą. Jest gotów bez reszty poświęcić się przyjacielowi. 

Nie jestem przekonany, czy McCullers postąpiła odpowiednio, ciągnąc historię jeszcze po  tragicznym incydencie z Singerem. Nie mogłem pozbyć się uczucia "przesytu", ale dobrze prowadzona narracja pozwoliła jakoś dotrwać do końca powieści.

Niewątpliwie nie jest to książka napisana ku pokrzepieniu serc, dlatego nie polecam debiutu  McCullers jako czytadła w ramach walki z depresją. Serce to samotny myśliwy jest naprawdę ciężkim kawałem literatury traktującym chyba nawet nie tyle o skrajnej samotności, co o zupełnej bezradności wobec niej. 

Powieść, mimo ciężkostrawnej treści, urzeka, jak wspomniałem wcześniej, wprawną narracją oraz niepowtarzalnym nastrojem, który wciąga, rekompensując braki "fajerwerków". Jeżeli chcecie prawdziwych sensacji, nie rezygnując jednak z przyciężkawych treści, polecam biografię McCullers, która leczyła się na wszystko (z alkoholizmem włącznie), miała zapędy homoseksualne, nawiązała dość bliskie stosunki z Tenesseem Williamsem, podejmowała próby samobójcze a jej mąż, z którym zresztą rozwodziła się i schodziła, nie ustępował jej w alkoholizowaniu się, a w dodatku wykazywał się sporą fantazją jeśli chodzi o planowanie wspólnego samobójstwa za pomocą sznura. Mało? Zapewniam, że biografia jednej z najważniejszych amerykańskich powieściopisarek dostarczy wam więcej "smaczków". 

Polskich wydań debiutu McCullers było sporo, ale ich okładki, delikatnie mówiąc, pozostawiają wiele do życzenia i na wespół z tytułem składają  czytelnikowi fałszywą obietnicę romansu, tworu "Lolitopodobnego". Moim ulubionym wydaniem jest to "Czytelnika" z 1964 (pierwsze zdjęcie). 


 Wydawnictwo Albatros, 2008
 Wydawnictwo Sic!, 2006
 Wydawnictwo Albatros, 2016
 Wydawnictwo Muza S. A., 1997
Wydawnictwo Czytelnik, 1975

Przyznaję bez bicia, iż filmu (1968), ze strachu, nie oglądałem. Książka okazała się być na tyle ujmująca, iż najzwyczajniej w świecie boję się sięgnąć po jej ekranizację. Jednak jako kinomaniak z krwi i kości, w niedalekiej przyszłości zamierzam zmierzyć się z tym ogólnie poważanym dziełem. 

Podsumowując: pierwszą powieść McCullers polecam odpornym psychicznie outsiderom, którzy piękną prostotę języka i czarno-biały nastrój cenią bardziej niż efektowne scenki pod publikę.  









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz