poniedziałek, 20 listopada 2017

Piwniczna (z)groza. Podsumowanie przedłużonego Halloween #1

Choć interesuję się wszystkimi niemal dziedzinami  szeroko pojętych kultury i sztuki, nie da się ukryć, iż groza w literaturze i filmie jest mi szczególnie bliska. Co zresztą odzwierciedla się w tekstach, jakie publikuję. Mój głód wiedzy na ten temat jest tak wielki i nieokiełznany, że w ramach  bardzo przedłużonego, bo prawie miesięcznego Halloween, obejrzałem dziesiątki przedziwnych obrazów. Niektóre filmy odświeżyłem, inne widziałem po raz pierwszy. System oglądania był prosty i zwał się "chybił trafił". Jak zakład w Lotto. Natknąłem się na produkcje, które poraziły mnie swoją głupotą. Inne mile zaskoczyły. Większość z nich nakręcono w latach siedemdziesiątych, do końcówki osiemdziesiątych, czyli w moim ulubionym przedziale czasowym. 

Wiele z tych filmów to dzieła o wątpliwej wartości artystycznej, ale do dziś mogą dostarczyć masę rozrywki. 

Produkcje z tamtych lat mają to do siebie, że  starzeją się raczej brzydko. Z rzadka zaskakują fabularnym poplątaniem czy niebanalnymi pomysłami na postraszenie widza, częściej natomiast, zebrane do kupy, fundują nam jarmark tandety i wtórności. Uwielbiam jarmarki!

Filmy, które oglądałem, same niemal dzieliły się na zbiory i podzbiory i prosiły o porównanie oraz komentarz, niekoniecznie inteligentny. Nie mogłem im tego odmówić. 

Pierwszy zbiór, jaki zauważyłem, to horrory, w których główną rolę pełni piwnica. Oczywiście, że piwnica. Dla filmu grozy to miejsce tak oczywiste jak ciemny las lub odcięte od świata miasteczko. 

UWAGA! ZDRADZAM TREŚĆ JAK FIGO BARCELONĘ. 

The Beast in the Cellar, 1970

Zdecydowanie najgorszy horror w tym zestawieniu, i nie można zrzucić winy na słabą kopię z jaką miałem nieprzyjemność obcować. 

Dawno nie oglądałem filmu tak bez sensu przegadanego i nudnego, z rzadka tylko przerywanego scenami ataku tytułowej bestii, które określić mogę najprościej jako "koszmar (nie tylko) epileptyka". Natarcia potwora widzimy jego oczami. I należy mu współczuć, że biedaczysko tak odbiera rzeczywistość. Kamera unika dosłowności i konkretów. Twórcy poszli na łatwiznę i postawili na chaotyczne jej ruchy i dziesięć cięć na sekundę. 

Fabuła pokrótce przedstawia się w następujący sposób: dwie podstarzałe siostry od trzydziestu lat trzymają w piwnicy brata; ten ucieka i zaczyna grasować w okolicy, siejąc śmierć i epilepsję.

Film jest koszmarny pod każdym względem. Aktorstwo stoi na poziomie Raczków Elbląskich. Scenariusz jest dziurawy jak rzeszoto, a z dziur tych wieje nuda, o jakiej wam się jeszcze nie śniło. Pointa filmu właściwie nie istnieje. Czy nikt nie zauważył, że to nie może się udać? 

Jeżeli jesteście fanami monster movies, nie sugerujcie się "bestią" w tytule. Jest nią bowiem biedny, starszy mężczyzna, który, nie ma co się dziwić, lekko ześwirował po spędzeniu połowy życia w piwnicy i, kierowany morderczym obłąkaniem, zabija młodych i silnych ludzi (na przykład żołnierzy) swymi paznokietkami nie wiedzącymi, co to manicure. 



 Ciemność, ciemność widzę.
 Czy nie uważają panie, że powinniśmy czym prędzej spieprzyć z planu filmowego?

The Evil, 1978

Nastrojowy film grozy dla koneserów gatunku. W jednej z ról głównych Richard Crenna (Rambo). 

Bohaterowie remontują nowo zakupiony dom, dom stary, opuszczony, o którym krążą niesławne legendy. W porządkach przeszkadza im oczywiście eskalacja nieczystych sił eliminująca kolejne postaci na coraz to bardziej wyszukane sposoby. Reszta zaś stara się: a) wydostać z nawiedzonego domostwa b) rozwiązać zagadkę nawiedzonego domostwa c) zdobyć Nagrodę Darwina. 

Serce, umysł i odbyt tętniącego złem gmachu znajdują się oczywiście w piwnicy. A z piwnicy można zejść do podziemi, gdzie swoją siedzibę ma sam Szatan. 

Znośny film z ambicjami. Trochę naukowości, trochę uduchowienia, urywki serialu Śmierć na 1000 sposobów plus sceny jakby żywcem wyjęte z telewizyjnego show Tadeusza Drozdy, czyli bohaterowie próbują wybić szyby akurat w tym oknie, w którym  są kraty albo nurkują podczas trzęsienia ziemi niczym gladiatorzy El Classico. 

Bardzo dobra, momentami naprawdę makabryczna rozrywka. Polecam!








The Boogens, 1981

Dzieło niemal dorównujące The Beast in the Cellar.

Gdzieś na prowincji (wiadomo) jest nieczynna (wiadomo) kopalnia, którą pewna firma chce na nowo uruchomić. Do miasteczka przybywają dwie kobiety z pudlem, aby spotkać się ze swoimi samcami na (wiadomo). I właściwie to by było na tyle. 

Jeżeli chodzi o aktorstwo, najlepszą rolę zagrał pies, co nie znaczy, iż nie była ona irytująca. Reszta bohaterów tkwi w fabule jak widły w gnoju. 

The Boogens zawodzi jako monster movie – przez większość czasu w roli bestii występują wymachujące macki. Niekiedy świat przedstawiony w filmie oglądamy oczami potwora, ale poza perspektywą niczego to nie zmienia. Końcówka tego wątpliwej jakości dziełka to za mało, żeby cieszyć się z zobaczenia potwora w niemal pełnej okazałości. Nie ma wybuchu napięcia, gdyż napięcie owo nie narastało. 

Twórcy starają się wmówić widzowi, iż przedstawiają mu horror, a używają do tego wyjątkowo tanich środków – odludzie, niebezpieczny dom z niebiezpieczną piwnicą, podziemia, kilkoro bohaterów, żeby było kogo "odstrzelić" w czasie trwania obrazu, no i gumowe monstrum, które w założeniu miało być wisienką na torcie, jest zaś muchą w herbacie. Z pokrzywy. 

Przepraszam, że się powtarzam. 
Naprawdę ciężko napisać o The Boogens cokolwiek konstruktywnego, a jeszcze trudniej coś miłego.
Plakat. Plakat naprawdę daje radę. 


 Robaczek.
 Proszę po(sz)czekać, muszę się wczuć w rolę.

 Gdybym tylko wiedziała, że ten film jest tak zły, wybrałabym rolę w reklamie 
granulatu nawozowego.
 To my już sobie pójdziemy.


Dom przy cmentarzu, 1981

Horror Lucio Fulciego to jeden z najciekawszych filmów tego gatunku, z jakimi miałem do czynienia. A na pewno jeden z lepszych "piwnicznych" obrazów w tym zestawieniu. 

Znajdziemy tu wszystko, co trzeba. Dom przy cmentarzu jest idealną mieszanką horroru/gore z kryminałem i dramatem, niewątpliwie inspirowaną dziełami takimi jak Lśnienie czy Horror Amityville

Norman Boyle wraz z żoną i synem przeprowadza się do starego domostwa w New Whitby, aby kontynuować prace Dra Petersona, który zaszlachtował kochankę, a następnie popełnił samobójstwo. Dodajmy, że zdarzenie miało miejsce w nowym domu państwa Boyle'ów. Ich syn, Bob, ma kontakt z dziewczynką imieniem Mae. Jedynie on może ją widzieć i słyszeć. Mae ostrzega Boba przed złem mieszkającym w Rezydencji Dębu. Wkrótce po przeprowadzce mieszkańcy stają się świadkami niewytłumaczalnych rzeczy. Nieźle skonstruowana fabuła pozwala odczuwać widzowi wciąż narastające napięcie, które potęgują dłużyzny, tak zwane "momenty ciszy przed burzą". Zło czające się w piwnicy Rezydencji Dębu poczyna sobie coraz śmielej. Wkrótce rodzina Boyle'ów pozna sekret przerażającego doktora Freudsteina... 

Jako filmoznawca muszę przyznać, iż film Fulciego to chałtura (świadczy o tym przede wszystkim scena wyjaśniająca przyczyny wyjazdu do New Whitby – nienaturalność rozmowy) przeładowana ciężkim nastrojem, ale jako miłośnik grozy B-klasowej stwierdzam, iż Dom przy cmentarzu to majstersztyk wśród filmów tego typu. 

W wersji, którą zdobyłem, denerwował mnie lektor wymawiający nazwisko strasznego doktora "Frojdstin". A to przecież takie oczywiste, że powinno ono brzmieć "Frojdsztajn"! 









To się nazywa mieć cięty język.

Tajemnicza piwnica, 1989


Horror raczej familijny, więc makabra ograniczona została do niezbędnego minimum. 

Willy przyjeżdża do swojego ojca, który z nową miłością i ich wspólnym dzieckiem zamieszkał na starej farmie. Wokół niej zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Okazuje się, że ziemia, na jakiej stoi dom, jest przeklęta przez Indian, którzy znienawidzili białego człowieka. Walkę z indiańskim potworem prowadzi Willy, z niewielką pomocą kilku ludzi wierzących jeszcze w legendy. Ojciec Willy'ego nie chce uwierzyć w opowiadania chłopca.

Film przeznaczony dla miłośników starych VHS-ów, horrorów nie do końca na serio i zasypiania na dłużyznach. 

Ta produkcja co najwyżej leżała obok monster movies. Dość pokraczny i niezbyt wiarygodny potwór pojawia się zbyt rzadko. Jednak pomysł, aby umieścić go w piwnicy domu jest całkiem niezły, tym lepszy, iż z piwnicy wydostaje się on na zewnątrz, na małe eskapady, kanałem prowadzącym do bagna. 



 Oto co robi ze szczurem chiński metanabol.
 A w piwnicy trzymam puszyste koteczki. 



Mieszkaniec podziemi, 1988

Czyli najlepszy z najgorszych. Film, którego głodowy budżet i wynikająca z tego niewyobrażalna masa kiczu są akceptowalne. A może nawet więcej – stworzony za ich "pomocą" świat ma swój gotycko-B-klasowy urok okraszony niepowtarzalną atmosferą lat osiemdziesiątych. Fanom tego typu produkcji nie trzeba więcej. 

Pokraczny, orkopodobny potwór z pentagramem wyrytym na klacie ma twarz nieskażoną inteligencją, ale pojawia się od początku, w dodatku bardzo często. Stworzony przez rysownika komiksów i przez niego unicestwiony, ożywa na nowo, kiedy to rysowniczka i fanka tragicznie zmarłego w pożarze mistrza historii obrazkowych postanawia kontynuować jego dzieło. Potwór początkowo ukazuje się tylko rysowany przez Whitney, z czasem jednak nabiera mocy, pojawia się, kiedy chce, tak jak same pojawiają się rysunki na pustych planszach, oraz zabija wedle własnego uznania. Nie zostawia śladów – swoje ofiary zjada co do kosteczki. 

Film wybitnym dziełem oczywiście nie jest, ale nie można go również jednoznacznie określić "złym", może dlatego, iż nieustannie puszcza do widza oko. Komiks to taka materia, w której może się zdarzyć wszystko. Z filmem jest podobnie. Połączmy teraz obie, weźmy parę dolców (dosłownie), przenieśmy się w lata osiemdziesiąte i nakręćmy film grozy. Wyjdzie nic innego jak Mieszkaniec podziemi

W filmie Buechlera nie brakuje krwi i wnętrzności,  przeróżnych scen uśmiercania bezbronnych wobec potwora ludzi, ale dzięki/przez niski budżet efekt jest umowny, niedosłowny, nie można brać widzianej makabry na poważnie. Za to właśnie lubimy tanie horrory – za dobrą rozrywkę, wyobraźnię i chęci.

Bo przecież nie za wyszukaną fabułę, wspaniałe zdjęcia, zaskakujące triki montażowe czy grę aktorską, czego absolutnie w Mieszkańcu podziemi nie uświadczymy. Prócz ostatniego. Główną bohaterkę nawet da się lubić. Pewnie duża w tym zasługa zajęcia, jakiego się ima. Który miłośnik komiksów i horrorów nie pokochałby całkiem urodziwej rysowniczki historyjek grozy? 










 Myszka.













poniedziałek, 13 listopada 2017

Marzenia się nie spełniają. "Serce to samotny myśliwy" Carson McCullers

To jedna z najsmutniejszych książek, jakie czytałem. Trzy razy. 

Tytuł sugeruje, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju harlequina. Nic bardziej mylnego. To powieść wielowątkowa, sprawnie napisana i dojrzała, zaskakująco dojrzała, biorąc pod uwagę to, iż McCullers opublikowała ją, mając niewiele ponad dwadzieścia lat. 

Nie należy spodziewać się w tym przypadku wartkiej akcji czy zaskakujących jej zwrotów. Czas powieści płynie spokojnie, co podkreśla sytuację, w jakiej osadziła McCarson swoich bohaterów. Żyją oni monotonnie, bez perspektyw na zmiany, a upływ czasu odmierzają im godziny pracy i niespełnione tęsknoty. Małe i duże tragedie są tylko wybojami na jedynej drodze. 

Singer, głuchoniemy, wokół którego gromadzą się inne najważniejsze postaci powieści, staje się ofiarą wygłodniałych, osamotnionych serc. "Osamotnionych" nie w klasycznym znaczeniu tego słowa. Samotność myśliwych wynika jedynie z egoizmu i niewiele ma wspólnego z potrzebą bliskości drugiego człowieka. Ich wyobcowanie jest raczej efektem niezrozumienia. Każdy z nich, prócz samego Singera, toczy własną wojnę ze światem, potajemną lub oficjalną, zawsze jednak nie rozwiązaną albo przegraną. 

Biff Brannon codziennie obserwuje gości swojego lokalu. Jest człowiekiem mądrym i dobrym (niejednokrotnie serwuje potrzebującym posiłki i alkohol za darmo), ale trawi go od środka samotność, poczucie niesprawiedliwości i coś jeszcze, czego nie umie nazwać, a co spowodowane jest małżeństwem, które go rozczarowuje. Widzi chorą nadopiekuńczość Lucile w stosunku do małej Baby, a następnie tragedię obu. 

Jake Blount sam do końca nie wie, czego chce. Może równości? Ale mówiąc o równości, wygłasza zdania sprzeczne z jej ideami. Wolności? Sprawiedliwości? Sam jednak postępuje niesprawiedliwie. Wiecznie pijany i niespokojny, rozpaczliwie poszukuje tych, którzy zrozumieją coś, czego on sam do końca nie pojmuje. Wszystko czego potrzebuje, odnajduje w Singerze. Dlatego, że Singer nie mówi i jest chyba aż nazbyt dobrze wychowany. 
Blount jest tak natchniony, że sprawia wrażenie opętanego. Jego mowa przypomina monologi... Mickiewiczowskiego Konrada. 

– Nie wiesz, że nie wolno wprowadzać czarnych do lokali przeznaczonych dla białych? – zapytał ktoś. 

Biff obserwował to z daleka. Blount był wściekły i widać było teraz, jak strasznie się spił. 

– I ja jestem po części czarny! – wykrzyknął wyzywającym tonem.

Biff przyglądał mu się uważnie; obecni na sali milczeli. Grube nozdrza Blounta i białka oczu, którymi toczył, pozwalały w pewnym stopniu przypuszczać, że mówi prawdę. 

– Jestem Murzynem i Włochem, i Cyganem, i Chińczykiem. Wszystkim po trochu.

Rozległ się śmiech.

– I Holendrem, i Turkiem, i Japończykiem, i Amerykaninem. – Obszedł chwiejnym krokiem stół, przy którym głuchoniemy pił swoje piwo. Blount mówił głośno, chrapliwym głosem. – Jestem ten, który wie. Jestem obcy w obcym kraju. 

Mick pragnie być kompozytorką, ale świat i jego mieszkańcy od dnia urodzin zdają się sprzysięgać przeciwko niej. Dziewczyna marzy o fortepianie, lecz jej rodzina jest zbyt uboga, by sprawić jej taki prezent. Mick nie posiada nawet radia, dlatego ukochanej muzyki klasycznej słuchać musi z ulicy, ukrywając się pod oknami domów w bogatszych dzielnicach miasta. Kiedy Singer kupuje radio, w oczach Mick urasta on do kogoś w rodzaju bóstwa. Bohaterka jeszcze mocniej upewnia się w przekonaniu, że głuchoniemy rozumie wszystkie jej potrzeby, i że łączy ich wyjątkowa więź. Mick nie przestaje marzyć o dyrygowaniu własną orkiestrą, ale coraz większe kłopoty (nie tylko) finansowe rodziny oraz trochę przedwczesne wkroczenie w dorosłość powoli zabijają w niej pasję. 

Szepnęła głośno: – Przebacz mi, Boże, bo nie wiem, co czynię.– Dlaczego o tym pomyślała? Każdy w naszych czasach wie, że nie ma właściwie żadnego Boga. Kiedy myślała o tym, jak Go sobie wyobrażała, widziała tylko pana Singera spowitego w długie, białe prześcieradło. Bóg milczał – może dlatego jej się to przypomniało.

Doktor Benedict Mady Copeland to zamknięty w sobie, raczej szorstki w obyciu tytan pracy z misją... no właśnie, z jaką misją? Pragnie on wolności dla swojej rasy? Zrównania z białymi? A może bezwzględnych rządów czarnych? Nie potrafi pogodzić się, iż jego dzieci przestały kroczyć ścieżką, jaką je prowadził i wybrały żywot "typowego przedstawiciela rasy murzyńskiej". Miast bezustannie kształcić się, szlifować charakter i wymagać sprawiedliwości, te, tak jak większość znanych doktorowi czarnych, żyją biednie, nie chcąc wiedzieć zbyt wiele, podporządkowując się panującym zasadom i marząc jedynie o spokojnym życiu bez trosk. Zapewne kocha swoją córkę, Portię, nie chce jednak nawet spróbować zrozumieć, że każdy ma prawo prowadzić żywot wedle własnego uznania, że każdy ma prawo do własnych poglądów, i że każdy ma prawo czuć strach. Copeland zdaje się nie widzieć, że osiągnął w życiu bardzo wiele – dozgonną wdzięczność i szacunek pacjentów oraz ich bliskich. 

Miał też swoje pojęcie o tym, jak powinien wyglądać dom. Żadnych ozdób, kolorowych kalendarzy, koronkowych poduszek, fatałaszków – wszystko w domu powinno być ciemne, skromne i służyć pracy i konkretnym celom.
[...] – Chcę powiedzieć, że przekazałem tobie, Hamiltonowi i Karolowi Marksowi wszystko, co sam wiedziałem, że pokładałem w was moje zaufanie i nadzieje. A otrzymuję za to jedynie obojętność, tępe niezrozumienie i lenistwo. Nie pozostało nic z tego, co w was zaszczepiłem. 

Niekiedy można odnieść wrażenie, że powieść McCullers przeładowana jest "treścią istotną" czy, może trafniej rzecz ujmując, opisem ważkich kwestii społecznych. Należy jednak pamiętać o czasie, w jakim dzieło powstało. Problem biedy wśród czarnych i białych robotników, segregacja rasowa, konflikty wewnętrzne i widmo hitlerowskiej agresji przenikały się, a zwykłe, codzienne troski nie znikały przecież w cieniu spraw wielkiej wagi historycznej.

Sceny nienawiści na tle rasowym są nie mniej przejmujące niż patetyczne przemowy prostych czarnoskórych, z których jedni marzą o byciu białymi, inni zaś o zdominowaniu ich. 

– Wiele razy przy orce albo przy innej jakiej pracy – mówił wolno dziadek – tak sobie rozmyślałem nad tymi czasami, kiedy Jezus zejdzie znów na ziemię. Bo tak zawsze tego pragnąłem, że wydawało mi się, iż muszę tych dni dożyć. Rozmyślałem o tym wiele razy i tak to sobie uplanowałem: Stanę przed Jezusem ze wszystkimi moimi dziećmi, wnukami, krewniakami i kumami i powiem Mu: "Jezu Chryste, oto my, biedni Murzyni". A On położy swoją świętą rękę na naszych głowach i od razu staniemy się biali jak bawełna. Taki plan i takie myśli wiele, wiele razy snułem w sercu. 

Czarni w powieści McCullers gorąco wierzą w to, że Bóg oraz jego aniołowie są biali. Co więcej, kilkoro z nich doświadczyło interwencji sił boskich, a w ich relacjach postaci, z którymi przyszło im się spotkać, były właśnie białe. 

Problemy tamtych czasów splecione są problemami uniwersalnymi, wciąż, mimo upływu lat, niezmiennymi. Marzenia, osamotnienie i pieniądz, który pozwala spełnić pierwsze i zlikwidować drugie – o tym głównie pisze McCullers, ale nie w sposób jednoznaczny. Pewne fragmenty świadczą o tym, że autorka szydzi ze swoich postaci i ich tęsknot. Szczególnie w momencie, kiedy poznajemy szokujące stanowisko Singera. 

Każdy z bohaterów rości sobie prawo do towarzystwa Singera. Każdy z nich uważa, że jego relacja z głuchoniemym jest zupełnie wyjątkowa. Odwiedzający Singera ludzie to postaci tragiczne nie tylko za sprawą tego, co ich w życiu spotkało, ale i przez ich fałszywe mniemania, zamknięcie na drugiego, niezdolność do utrzymania zdrowych relacji z kimś innym, niż głuchoniemy. Bohaterowie uwielbiają Singera, dlatego że – o zgrozo – przez jego niepełnosprawność bardzo łatwo go odczłowieczyć. W pogoni za swoimi pragnieniami zapominają o człowieku, często również tym tkwiącym w nich samych. 

Siła Singera jest tak wielka, że już nawet ludzie prawie zupełnie mu obcy uważają go za swoją bratnią duszę lub "większego" czy "lepszego" brata. Trzeba przyznać, że jest to nawet zabawne, a pogodnych momentów w powieści McCullers jest jak na lekarstwo.

Teraz krążyły o nim liczne i bardzo różne pogłoski. Żydzi mówili, że to Żyd. Kupcy z głównej ulicy twierdzili, że otrzymał duży spadek i jest człowiekiem bardzo bogatym. W jednym z zastraszonych związków włókniarzy szeptano, że głuchoniemy przybył z samego CIO. Samotny Turek, który przed laty przywędrował do miasta i wiódł wraz z rodziną smętny żywot w mieszkaniu za sklepikiem z bielizną, przekonywał z uporem swoją żonę, że głuchoniemy jest Turkiem. Twierdził, że rozumie on, gdy mówi się do niego po turecku. Kiedy to udowadniał, zapalał się, zapominał o musztrowaniu swoich dzieci, stawał się aktywny i pełen nowych planów. Pewien stary farmer utrzymywał, że głuchoniemy pochodzi z jego rodzinnych stron, a ojciec głuchoniemego miał najpiękniejsze zbiory tytoniu w całym okręgu. Takie to plotki krążyły o Singerze. 
[...] Pewna stara Murzynka opowiadała ludziom, że on wie, w jaki sposób wracają na ziemię duchy zmarłych. [...] Każdy wyobrażał sobie głuchoniemego takim, jakim chciał go widzieć. 

Ostatnie powyższe zdanie oddaje cichą tragedię Singera. Zapatrzeni w siebie i swoje pragnienia "przyjaciele" głuchoniemego zupełnie zapomnieli (lub nie chcieli tego przyjąć do wiadomości), iż jest on jedynie człowiekiem i, mimo odmienności, ma takie same potrzeby i pragnienia jak oni. Jak się później okazuje, Singer akceptuje, ale nie koniecznie rozumie swoich gości, a jego jedno jedyne marzenie jest tyleż zaskakujące, co proste – jako chyba jedyny bohater powieści chce on po prostu obecności człowieka, w dodatku niezbyt doskonałego, co i tak jest określeniem delikatnym. Singer nie goni za ideą, pieniędzmi, sławą czy władzą. Jest gotów bez reszty poświęcić się przyjacielowi. 

Nie jestem przekonany, czy McCullers postąpiła odpowiednio, ciągnąc historię jeszcze po  tragicznym incydencie z Singerem. Nie mogłem pozbyć się uczucia "przesytu", ale dobrze prowadzona narracja pozwoliła jakoś dotrwać do końca powieści.

Niewątpliwie nie jest to książka napisana ku pokrzepieniu serc, dlatego nie polecam debiutu  McCullers jako czytadła w ramach walki z depresją. Serce to samotny myśliwy jest naprawdę ciężkim kawałem literatury traktującym chyba nawet nie tyle o skrajnej samotności, co o zupełnej bezradności wobec niej. 

Powieść, mimo ciężkostrawnej treści, urzeka, jak wspomniałem wcześniej, wprawną narracją oraz niepowtarzalnym nastrojem, który wciąga, rekompensując braki "fajerwerków". Jeżeli chcecie prawdziwych sensacji, nie rezygnując jednak z przyciężkawych treści, polecam biografię McCullers, która leczyła się na wszystko (z alkoholizmem włącznie), miała zapędy homoseksualne, nawiązała dość bliskie stosunki z Tenesseem Williamsem, podejmowała próby samobójcze a jej mąż, z którym zresztą rozwodziła się i schodziła, nie ustępował jej w alkoholizowaniu się, a w dodatku wykazywał się sporą fantazją jeśli chodzi o planowanie wspólnego samobójstwa za pomocą sznura. Mało? Zapewniam, że biografia jednej z najważniejszych amerykańskich powieściopisarek dostarczy wam więcej "smaczków". 

Polskich wydań debiutu McCullers było sporo, ale ich okładki, delikatnie mówiąc, pozostawiają wiele do życzenia i na wespół z tytułem składają  czytelnikowi fałszywą obietnicę romansu, tworu "Lolitopodobnego". Moim ulubionym wydaniem jest to "Czytelnika" z 1964 (pierwsze zdjęcie). 


 Wydawnictwo Albatros, 2008
 Wydawnictwo Sic!, 2006
 Wydawnictwo Albatros, 2016
 Wydawnictwo Muza S. A., 1997
Wydawnictwo Czytelnik, 1975

Przyznaję bez bicia, iż filmu (1968), ze strachu, nie oglądałem. Książka okazała się być na tyle ujmująca, iż najzwyczajniej w świecie boję się sięgnąć po jej ekranizację. Jednak jako kinomaniak z krwi i kości, w niedalekiej przyszłości zamierzam zmierzyć się z tym ogólnie poważanym dziełem. 

Podsumowując: pierwszą powieść McCullers polecam odpornym psychicznie outsiderom, którzy piękną prostotę języka i czarno-biały nastrój cenią bardziej niż efektowne scenki pod publikę.