sobota, 30 września 2017

Bo fantazja jest od "Tego". "To" Andresa Muschiettiego

To była ostatnia projekcja tego filmu. Jesienna słota i chłód, zmrok. Nieduża sala kinowa w również niedużym, mało atrakcyjnym mieście gdzieś w Polsce. 

Na To szedłem chętnie, bez obciążającej zazwyczaj podczas seansów znajomości książki. I choć remaki na ogół sprawiają mi ból, w tym przypadku wiedziałem, mając w pamięci miniserial z 1990 roku, że nowa wersja nie może być gorsza. 



Już od pierwszych minut moją uwagę skupiała... praca kamery. Rewelacyjna praca kamery. I świetne zdjęcia. Im dalej w las, tym mniej koncentrowałem się na na technikaliach. Z każdą minutą mocniej dało się odczuć atmosferę lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, typowo Kingowską (powieściowo) czy Spielbergowską. Nowe dzieło twórcy Mamy to kino przygodowe z elementami horroru, bo chyba jeszcze nie dojrzały horror, co w żadnym wypadku nie jest wadą. Owszem, momentami krew zalewa cały ekran, w sposób nasuwający skojarzenia z Lśnieniem, ale  są to wyjątki potwierdzające niekrwawą naturę   obrazu.
Tak czy siak, film wciąga i po prostu bardzo dobrze się go ogląda. 





Przygody "frajerów" udało się twórcom bardzo zręcznie upchnąć w nieco ponad dwugodzinny ruch celuloidu (czy tego się jeszcze używa?). Należy pamiętać, że książka ma tysiąc sto stron.

Początkowo z pobłażaniem kiwałem głową, poznając kolejnych, oczywiście skrajnie od siebie różnych, posiadających bardzo charakterystyczne wady czy problemy bohaterów, ale ta odrobina naiwności nie zaszkodziła filmowi. Owszem, można zarzucić scenarzystom, iż zbyt mało miejsca poświęcili psychologicznej rozbudowie postaci, ale gdzieżby znaleźć na to miejsce i czas? Bardziej wymagającemu widzowi wystarczyć musiały ich problemy z zupełnie obojętnymi, skrajnie nadopiekuńczymi lub wręcz niebezpiecznymi rodzicami. Bo nie tylko z nienazwanym złem mieszkającym w starej studni (oraz młodocianych głowach) przyszło im walczyć. Na próbę wystawiana zostaje, niejednokrotnie zresztą, ich przyjaźń. Dodatkowo mierzyć się muszą z czymś w rodzaju szkolnego gangu z, chyba nazbyt, psychopatycznym Henrym Bowersem. 

W filmie dzieje się naprawdę wiele na każdej płaszczyźnie: w nocy i za dnia, w domach i poza nimi, między dziećmi, między dziećmi a dorosłymi, między dziećmi a powracającym do miasteczka co dwadzieścia siedem lat złem. Twórcy sprawiają, że z zapartym tchem śledzimy zarówno starcia z monstrami, jak i walkę na kamienie z rasistowskimi dręczycielami. Nie ma nudy. Ale czy film jest przerażający? Na miłośnikach horrorów zapewne nie zrobi wielkiego wrażenia, jednak obserwacja reakcji dziesięcioosobowej widowni, w tym mojej towarzyszki, która czytała powieść i nie powstrzymywała się przed informowaniem mnie na bieżąco o różnicach między książką a filmem, pozwala mi stwierdzić, że niepokojąca atmosfera i kilka naprawdę rozsądnie umieszczonych jump scare'ów robiły swoje i powodowały niekontrolowane podskoki na kinowych krzesełkach. 





Bardzo mocnym punktem obrazu Muschiettiego jest aktorstwo. Każdy z nieletnich aktorów zagrał swoją rolę znakomicie. Dzieci tchnęły życie w dość sztampowe przecież role i sprawiły, że oglądało się je z niekrytą przyjemnością, zarówno przeuroczą i śliczną Beverly (Sophia Lillis), jak i pulchnego  i mądrego Bena (Jeremy Ray Taylor) czy odważnego, ale zbyt poważnego jak na swój wiek Billa (Jaeden Lieberher). 
Twórcy starali się w filmie oddać atmosferę sprzed kilkudziesięciu lat, jednak młodych aktorów, na potrzeby widzów, musieli w pewnych sferach znacznie uwspółcześnić. Dlatego też dzieciaki są znacznie bardziej świadome (swoich lęków, ról społecznych, budzącej się w nich seksualności), bardziej brutalne i pyskate niż byli ich odpowiednicy w podobnych filmach sprzed kilku dekad. Niektóre, co mocniejsze teksty gotów byłem zapisywać w notatniku. Wielu punchline'ów nie powstydziliby się najlepsi uliczni raperzy. Mimo to bohaterowie w pamięci pozostali mi nie jako mistrzowie szermierki słownej, a jako szlachetni rycerze wyobraźni. 

Co do wspomnianej wyżej, trącącej myszką atmosfery – owszem, reżyser pozwala nam się w niej zanurzyć, racząc nas widokiem BMXów, walkmanów, "drewnianych"quasi kombi, plakatów z New Kids On The Block czy kin zapraszających na projekcję Koszmaru z ulicy Wiązów, ale podchodzi do tematu zdrowo i nie próbuje ze swojego filmu zrobić czegoś, co udaje dawne produkcje. To nie tania imitacja czy niepotrzebny anachronizm. To tyle, ile trzeba, niezbędne, wierne oryginałowi i po prostu przyjazne estetycznie minimum. 

No i wisienka na torcie. Pennywise – najlepszy klaun-morderca, jakiego miałem okazję oglądać. Oczywiście to inny rodzaj klauna niż kapitan Spaulding, a już zupełnie inny niż równie niebezpieczne co żałośnie śmieszne kreatury z Krwiożerczych klaunów z kosmosu. Pennywise to dziwna i ujmująca zarazem hybryda tragikomicznego potwora trącącego pedofilią o głosie równie fascynującym co przyprawiającym o dreszcze. 
Bill Skarsgård zdaje się być stworzony do swojej roli. Charakterystyczne rysy twarzy oraz wielkie, niespokojne oczy sprawiają, że w odgrywanej przez niego postaci widzimy nie tylko pierwotne zło świadome swojego głodu i rozkoszy płynącej z jego zaspokajania, ale i przestraszoną, pełną młodzieńczej witalności i obaw, bo zdającą sobie sprawę ze swojej "śmiertelności" (o ile to fortunne określenie) istotę. Nie, nie grozi mi koulrofobia. Jestem po prostu nowym Pennywisem zauroczony i wiem, że wielu widzom będzie się on śnił po nocach. Wybrano zdrową równowagę między efektami komputerowymi a żywym, genialnie ucharakteryzowanym aktorem. 





Twórcom filmu udała się sztuka niezwykle trudna.  A właściwie kilka sztuk. 
Po pierwsze: umiejętnie rozłożyli akcenty gatunkowe, zręcznie lawirując między kinem przygodowym, kinem grozy i niepokoju a dramatem, wplatając między nie liczne elementy typowo komediowe. 
Po drugie: sprawili, iż ponaddwugodzinny film od początku do końca ogląda się z zaciekawieniem i zapartym tchem. 
Po trzecie: z powodzeniem odświeżyli wyeksploatowaną przecież w kinie grozy, niemal na równi z Drakulą, wilkołakiem czy inną mumią, postać klauna. 
Po czwarte: udało im się chyba zadowolić zarówno fanów powieści, jak i dyletantów mojego pokroju, którzy książki nie czytali. Stworzyli najlepszy w ostatnich latach film na podstawie twórczości Stevena Kinga, co po kiepskich lub przeciętnych ekranizacjach takich jak Dobrane małżeństwo (2014), Carrie (2013) czy Komórka (2016) ma wielkie znaczenie. 
Oby nie spoczęli na laurach i po sukcesie pierwszej części zaserwowali nam obraz równie interesujący, bogaty w znaczenia i wielowątkowy. Miejmy nadzieję, że pozwolą nam odwiedzić Derren szybciej niż po dwudziestu siedmiu latach. A dokładnie tyle czasu upłynęło między miniserialem z 1990 a najnowszą ekranizacją. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz