poniedziałek, 12 czerwca 2017

Erotyka to dziś za mało. "Dziennik nimfomanki" Valérie Tasso

Okładka wygląda tak, jakby została zrobiona w Paint. 

Tę książkę przeczytałem zupełnie przypadkiem. Wybrałem ją losowo spośród wielu na czytniku. Do połowy nie wiedziałem nawet, jaki ma tytuł i kto jest autorem. 

Autorką.

Jest nią Valérie Tasso, wykształcona Francuzka przed trzydziestką, która postanowiła opublikować swoje przeżycia w postaci dziennika. 

Książka nie porywała treścią ani nie zaskakiwała wyszukanym językiem. To idealne czytadło na dworcowe poczekalnie i podróże pociągiem. Czytadło od czasu do czasu okraszane naprawdę "ludzkimi" spostrzeżeniami. Dziennik pani Tasso był dla mojego zmęczonego tygodniem pracy umysłu lepszym przyjacielem niż niedokończone dzieła Kafki albo Finneganów Tren

Właśnie za prostotę języka i... "ludzką" myśl polubiłem tę książkę. Dziwią mnie i jednocześnie nie dziwią już wcale komentarze pod różnego rodzaju recenzjami i streszczeniami dziennika. Otóż książka rozczarowuje, bo relatywnie mało w niej opisów perwersyjnych aktów seksualnych. Że niewiele przemocy i wykorzystywania seksualnego. Ludzie kochani, chcecie dobrej zabawy w łóżku, to zaproponujcie ją swojemu partnerowi. Albo znajdźcie sobie takiego. Żaden problem. Wszyscy marzą o odrobinie perwersji, większość wstydzi się swoich marzeń albo jest uwięziona w klatce społecznej poprawności. Absurd. 

Mnie dziennik urzekł właśnie tym, iż autorka nie skupiała się na jak najdokładniejszym opisaniu aktu seksualnego bądź "innych czynności seksualnych", a postawiła na lakoniczność i prostotę, skupiając się bardziej na oddaniu stanu umysłu, uczuć, emocji towarzyszących nowym sytuacjom. Chwała jej za to. Osiemdziesiąt procent z nas, gdyby tylko się odważyło, mogłoby napisać śmielsze i bardziej wymyślne sceny seksu. Za to niewielu już potrafiłoby odbyć podróż wgłąb siebie i podzielić się z czytelnikami czymś jeszcze bardziej intymnym niż seks – kawałkiem swojej duszy. 

Na marginesie, teraz już jestem pewny, jaką książkę napisać, żeby hajs się zgadzał. Stay tuned!

Val na początku nieco mnie irytowała. Zaczynałem spodziewać się opowieści zbudowanej na wyliczaniu kolejnych seksualnych podbojów. Ale każda kolejna "przygoda" wpływała na bohaterkę, zmieniała jej zdanie na pewne tematy. Zmieniała się ona w dojrzałą kobietę, doświadczoną przez los, ale wciąż wiedzącą, czego chce. I taka Valérie zaczęła mi się podobać. Tylko takiej Valérie mogłem później żałować, kiedy nagle życie wymknęło jej się z rąk i przestała być panią sytuacji. 

To, co urzekło mnie w Dzienniku Nimfomanki to sposób, w jaki autorka patrzy na mężczyzn. W każdym potrafi odnaleźć piękno, w dodatku nie jest to definicja piękna z okładek drogich czasopism o modzie. Oto Rafa, "MÓJ ulubiony JEJ kochanek":

Kiedy otwieram drzwi swojego pokoju, widzę go w koszuli w białe i czarne kwadraty, podróbce firmy Faconnalble. Pragnę zmienić się w malutki żeton do gry, żeby przemierzyć cały jego tors i plecy. Natychmiast inspiruje mnie do gry z regułami, które można łamać, jedne bardziej od drugich.  

Rafael jest piękny jak bożek. Ma czarne, długie i aksamitne włosy, które ściągnął gumką w kucyk, i nie przestaje zakładać za uszy zbuntowanych kosmyków, kiedy mówi. Jego skóra ma oliwkową barwę, która mogłaby wzbudzić zazdrość w każdej czterdziestoletniej kobiecie spędzającej czas na słońcu plaż połowy świata. 

Dla Rafy nie ma znaczenia kolor skóry. Dla mnie też nie. Dopuszczam nawet myśl, że wprost przeciwnie, pociąga mnie jego indiański rodowód. Jego zęby wyglądają jak zrobione z kości słoniowej i natychmiast czuję się tak, jakbym brała udział w safari i natknęła się na afrykańskiego słonia. 

Prawda, że ładne? 

Oczywiście momentami Tasso zapędza się w swoich porównaniach i zdradza konstrukcję narracji. Zbyt egzaltowany opis kochanka może być, owszem, wynikiem zauroczenia lub zakochania, ale sprytny czytelnik dostrzeże w nim prosty chwyt. To odwleczony w czasie hiperkontrast. Idealizowanie obiektu tylko po to, żeby późniejsze zderzenie z prawdą o nim bolało mocniej, było bardziej szokujące. 

Tak oto kolejna miłość Val to nie bożek, jak Rafael, ale już jeden jedyny Bóg. 
Nie ukrywam, że bardzo rozczarowany byłem tak naiwnym obnażeniem struktury opowieści i niedoróbek warsztatu pisarskiego przez panią Tasso. 

Valérie jako "łowczyni" czy już jako prostytutka przedstawia czytelnikowi cały zastęp mężczyzn. Pięknych i pociągających, inteligentnych i interesujących, brzydkich, ale "z tym czymś", czułych,  dziwaków, obleśnych, okrutnych, wyrachowanych. Najgorsi są ci, którzy się maskują. Z pozoru szarmanccy, dobrze ułożeni, namiętni i majętni, prowadzą podwójne życia i mają prawie puste serca. Prawie, gdyż znaleźć w nich można nienawiść. 

Val ma przyjaciółkę, Sonię, która (oczywiście) jest jej zupełnym przeciwieństwem. Sonia nie uznaje seksu bez miłości, nie jest typem agresywnej poszukiwaczki wrażeń, to osoba raczej skromna i nieśmiała, która nie wierzy w odnalezienie miłości swojego życia w dyskotece. Sonia budzi moją sympatię. Jej podejście do miłości i seksu jest mi dużo bliższe niż podejście Valérie, które mimo wszystko rozumiem. Sonia przez swoje poglądy ma życie mniej ciekawe niż jej przyjaciółka, a rozczarowań płcią przeciwną przeżywa tyle samo. Jaki z tego wniosek? Szczęście samo cię znajdzie, czy szukasz, czy nie. Nieszczęście również. 

Tasso w ciekawy sposób eksponuje nie tylko postaci męskie, ale i kobiety. Świetną okazją do zaprezentowania pełnej gamy kobiecych modeli jest dom publiczny, do którego trafia bohaterka. 

Właściwie byłem niemal pewien, iż z momentem podjęcia przez Val pracy prostytutki, umrze fabuła. Bo właściwie o czym pisać? Okazuje się, że było o czym. Nie tylko o wszystkich odcieniach przyjemności lub nieprzyjemności, ale też o komplikujących się relacjach z klientami, o równie skomplikowanych relacjach z "koleżankami po fachu" czy o... skomplikowanych relacjach z "szefostwem". Brzmi banalnie, ale sami zdziwicie się, ile z tych "skomplikowanych relacji" da się wycisnąć rozrywki, emocji i refleksji. 

Dziennik nimfomanki arcydziełem literatury nie jest, ale po przeczytaniu książki nie miałem poczucia straconego czasu. Przeciwnie. Lektura przypomniała mi, że to, co w cichy sposób potępiam – seks dla sportu, zmienianie partnerów jak zmienianie bielizny – może być jedynie innym sposobem na poszukiwanie tego, czego chce każdy. Miłości.
Jeżeli chcesz takich i innych "przypomnień" doprawionych lekką erotyką, podanych przystępnym, prostym językiem, przeczytaj Dziennik nimfomanki. Jeśli żyjesz na tym świecie mniej więcej tyle, ile bohaterka, używasz mózgu i ciała oraz wychodzisz czasem z domu, to ta książka będzie ci służyła jedynie do "przypomnień" i rozrywki, bo całą resztę znasz. 

Nie dosłownie "znasz".

Chyba, że zdarzyło ci się pracować w burdelu, dziewczyno.

Tudzież chłopaku.








Żadna praca nie hańbi, mawiają. 







   







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz