wtorek, 23 maja 2017

Niezależna Nie poleca #1: Królikiem po mordzie, czyli "Bunny the Killer Thing", "Gummo", "The Bunny Game" i "The Bunnyman Massacre".



Święta Wielkanocne już dawno za nami. Uznałem, że to dobry moment, żeby podzielić się moimi wrażeniami na temat kilku filmów, które, na moje nieszczęście, obejrzałem w tamtym czasie.

Jak wiadomo, Niezależny robi wszystko na opak lub kiedy indziej niż wszyscy. Wieczerzę wigilijną spożywa w McDonald's, majówkę spędza na siłowni, a poniedziałki traktuje niczym piątki i upija się winem jak nieboskie stworzenie. Nie inaczej Niezależny postanowił celebrować "przerwę wielkanocną", która, oprócz wewnętrznej kontemplacji i różnorakich prób ascezy, nijak się miała do tradycyjnych śniadań, święconek, jajek, dyngusów, bazi i baranków. 

Było bardziej hardcore'owo, niż przewidywałem. Moją traumę postanowiłem przekuć w coś pożytecznego. Tak oto powstała pierwsza część cyklu "Niezależna Nie poleca", który to cykl ma na celu ratowanie waszych umysłów, chronienie psychiki przed najbardziej gównianymi wytworami kulturowymi człowieka. O mnie się nie martwcie. Ja już jestem stracony. 

Wszystkie cztery filmy łączy to, że są bez sensu, epatują przemocą i tematem przewodnim jest królik lub zając (jeden pies).

Kolejność filmów przypadkowa. Wszystkie są tak samo bezwartościowe. 

Bunny the Killer Thing (2015)

Czyli, jak słusznie ten film określił jeden z użytkowników Filmwebu: "Fińska masakra króliczym kutasem". 

Od początku rzuca się w oczy, że to produkcja amatorska. Amatorska, ale nakręcona z iście ułańską fantazją. 

Przyzwyczajeni jesteśmy, że najdziwniejsze filmy robią Niemcy i Japończycy. Nigdy nie podejrzewałbym, że dorównają im słynący z  opanowania, taktowności i skromności Finowie. 

Otóż w wyniku eksperymentu (wiemy o nim "aż" tyle, że polega on na wstrzyknięciu jakiejś substancji do organizmu) porwany człowiek przeobraża się w ogromnego, krwiożerczego królika. I żeby uwypuklić jedną z najbardziej charakterystycznych cech zwierzątka, hybryda ta młóci co popadnie, wymachuje fujarą jak dzidą, namierza ofiarę i znowu młóci. Właściwie to cała fabuła tegoż arcydzieła. 

No ale kogóż stwór "młóci"? 

Twórcy filmu postanowili pojechać klasyką, dlatego w momencie, gdy długouchy (i długofiuty) potwór wymyka się z laboratorium, którym jest szopa, tudzież garaż, w okolicy (czyli w lesie i rozsianych po nim domkach) pojawia się grupa młodych ludzi, którym w głowie jedynie zabawa, czytaj: alkohol i seks. Jak się zapewne domyślacie, pełna chuci hybryda po kolei zalicza eliminuje naszych rozrywkowych bohaterów. Żeby życie miało smaczek, raz dziewczyna, raz chłopaczek. Ale na takiej różnorodności się nie kończy. 

Scenarzyści wspięli się na wyżyny swej kreatywności i zafundowali nam istny kalejdoskop postaci. Mamy typowych gości-ruchaczy, gwiazdę muzyki z opryszczką na twarzy, zakochaną lesbijkę próbującą zgwałcić koleżankę heteryczkę na śpiocha, młodzieniaszka starającego się zaliczyć po raz pierwszy, rasistę zaprzyjaźniającego się z czarnoskórym, który to czarnoskóry okazuje się być gejem... Mało? Ogromna parówa potwora w co trzecim ujęciu, całowanie po rzyganku, bluzgi w co drugim zdaniu i zupełny brak powodu, dla którego to wszystko się dzieje, powinny zadowolić najwybredniejszych. A to wszystko okraszone pojawiającymi się w naprawdę dziwnych momentach widokami rodem z National Geographic. 

Po tym filmie wyrażenie "chuj ci w oko" nabrało dla mnie zupełnie nowego znaczenia. Bardziej dosłownego. 





Bez cycków to nie film.




Czyż nie jest uroczy?

Gummo [Skrawki] (1997)

To już film z innej beczki, zrobiony zupełnie "na serio", opowiadający o biednych dziecioczkach i ich małych wielkich problemach. Coś jak produkcje pani Rosłaniec, tyle że jeszcze bardziej oderwany od rzeczywistości i jeszcze bardziej absurdalny. Ja rozumiem, że dzieci są dziwne i okrutne, sam znałem takie, które lubiły sobie od czasu do czasu zamiast piłki kopnąć kotka albo zrobić z żaby balonik, ale...

Xenia w stanie Ohio. Krajobraz niemal postapokaliptyczny. Miasto po klęsce żywiołowej nie odrodziło się. Pozostaje martwe. Domy przypominają śmietniska, w najlepszym przypadku graciarnie. Mieszkańcy miasta nigdy nie pogodzili się ze stratą dobytku i ze śmiercią swoich bliskich. Sami w pewnym sensie stali się trupami. Dzieci pozostawiane są same sobie, nie ma nikogo, kto by je kontrolował. Dlatego zbijają koty (rywalizują nawet między sobą w tej dyscyplinie sportu), wąchają klej, uprawiają seks z dziewczynką w zespołem Downa i takie tam. Szczenięce lata i tyle. 

A teraz całkiem poważnie. Zdaję sobie sprawę, że filmy Korine'a są właśnie takie: dosadne, ponure, przerysowane. Zdaję sobie też sprawę z tego, że jego obrazy są wielbione przez rzesze fanów. Co wami kieruje, fani?

Rozumiem przesłanie Gummo. Wiem, że ta wstrętna produkcja, przesadzona tak, że momentami naprawdę ciężko powstrzymać się przed wyłączeniem odtwarzacza (lub jego zarzyganiem), to bolesna, poetycka metafora. 

Tania poetycka metafora. Dlatego bolesna. Szok w proszku. Zupka chińska wśród porządnych filmowych dań. Podczas oglądania Gummo raz za razem odnosiłem wrażenie, że jest to film zrobiony na odpieprz. "Ale to właśnie styl tego reżysera! W tym tkwi jego geniusz!" – wyobrażam sobie głosy oburzenia. Korine poszedł na łatwiznę i zlepił bezsensowną przemoc z odrobiną erotyki, a kukłami w swoim przedstawieniu uczynił dzieci, bo tak najprościej, bo dzieci przecież takie niewinne i nieświadome, kochane i milutkie, więc to będzie szok, że te one wcale takie nie są. 

Jedno z nich włóczy się po mieście pół nago z króliczymi uszami na głowie. Co miał na myśli poeta? Poeta pewnie sam nie wie. Ale to nawet zabawne czytać na forach gorące dyskusje na temat "symboliki dziecka-królika" w Gummo. Wędrujemy od Alicji w Krainie Czarów po "chrześcijanizm" (sic!). Uważam, że szukanie  ukrytych sensów w tej postaci jest tak samo zbędne jak rozpisywanie się na temat tego filmu, w którym akcja zmierza donikąd. 

Ups...

Chłopiec-królik jest moją ulubioną postacią. Bo nic nie mówi. Chyba. No i ta scena w basenie... To jest życie!





 Rozrywka, rozrywka!





 Królik upolował kotecka.


 "Gdy siedzę sobie w kiblu, spuszczone gacie mam, zamykam wtedy swoje oczy, obmyślam nowy plan..."


 Nie jadłem i nie kąpałem się kilka dni po tym, co zobaczyłem.

 A ty co robisz, żeby sterczały ci sutki?


Może by tak przyprawić sobie uszy...?

The Bunny Game (2010)

Jeżeli chcecie się dowiedzieć, jak nie montować filmu, koniecznie zobaczcie The Bunny Game. Istny koszmar. Niemożliwie długie ujęcia nie wnoszące do filmu zupełnie nic przeplatane są serią sekundowych, może nawet półsekundowych kadrów rodem z psychodelicznego teledysku mającego za zadanie zabić każdego epileptyka. 

Film, prócz licznych wad, ma jedną zaletę. Jest czarno-biały. A ja lubię czarny. I czarno-białe filmy. 

W przeciwieństwie do Gummo, The Bunny Game posiada skrawki (he, he) fabuły. Prostytutka Bunny poszukuje kolejnego klienta. Twórcy filmu na każdym kroku przypominają widzowi, jak bardzo przesrane ma główna bohaterka. Że klienci obleśni i brutalni, że mało płacą, że trzeba ćpać, żeby udźwignąć ciężar tej marnej egzystencji. Ostatni klient wykorzystuje stan nieważkości Bunny i nie dość, że używa sobie z nią jak ze zwłokami, to jeszcze na koniec kradnie jej wszystkie pieniądze. Ale oto na ratunek przychodzi (przyjeżdża?) następny amator seksu za pieniądze – równie dziwny i obleśny jak reszta, kierowca ciężarówki. 

Teraz dopiero Bunny ma przesrane. 

Właściwie nie wiadomo, o co temu filmowi chodzi. Jest dużo darcia mordy, nostalgicznych ujęć samotnego kierowcy, znowu trochę darcia mordy, kadry atakują nas jak serie z karabinu na ślepaki, bo, oprócz efekciarstwa, taki sposób podania (skrawków, he, he) fabuły nie ma sensu. 

Mężczyzna torturuje kobietę. Wiąże, knebluje (to akurat świetny pomysł), goli jej włosy, prowadza na łańcuchu przebraną za królika. Ale gwałcicielem nie jest, a przynajmniej nic nam tego nie sugeruje. Obraz przedstawiany jest jako horror, ja jednak sklasyfikowałbym go jako tragedię. Ewentualnie brutalny dramat psychologiczny. Bo, tak naprawdę, nie mamy do czynienia z flakami i krwią, a tortury, jakich jesteśmy świadkami, mają na celu poniżenie i złamanie ofiary. 

Bez wątpienia jeden z najgorszych filmów jakie w życiu widziałem. 

Główną rolę zagrała Rodleen Getsic, artystka rockowa, której  doświadczenia były inspiracją do nakręcenia tego antydzieła. Niektórzy to mają klawe życie...

Film zakazany w Wielkiej Brytanii.


 YouTube'owy challenge we wstrzymywaniu oddechu.






 Uśmiechnij się, bo wyglądasz, jakbyś tu była za karę!

 Ze mną się nie napijesz?!






Po prostu kicz.

The Bunnyman Massacre (2014)

Czas na deser.

Tu królik jest absolutnie dominującą postacią, popychającą akcję swoją niezawodną piłą łańcuchową. 

Film rozpoczyna się dość spokojnie, od zmasakrowania dzieci jadących szkolnym autobusem.

The Bunnyman Massacre to naprawdę szalone, pełnokrwiste gore zawierające prześmiewcze odniesienia do filmowych klasyków. 

Jeśli chodzi o pochlebstwa, to by było na tyle. 

Obraz jest po prostu głupi. Może w założeniu miał to być pastisz, ale jaki sens ma trawestowanie dla samej trawestacji? A szkoda, bo był potencjał.

Fabułę można streścić następująco: gość przebrany za królika łazi po okolicy i na przeróżne sposoby unicestwia kręcące się po lasach i wzniesieniach dupencje. Nie wiadomo, skąd tyle "towaru" bierze się na tym odludziu, na którym królik ma swoją norkę. Jest to coś w rodzaju rancza połączonego z hostelem i sklepem. Sklep ów prowadzi typowy oblech, mądrzejszy towarzysz zabaw króliczka. 
Właściwie to by było na tyle. 

Ofiary wyrafinowanych morderców pozbawione są mózgów. Oprawcy puszczają je wolno, a te, zamiast uciekać jak najdalej przed siebie, w gęsty las, gdzie mogłyby się ukryć, próbują szukać schronienia... na ranczu, wśród wraków samochodów i rupieci, które zwyrole znają jak własną kieszeń. 

W okolicy pojawia się policjant. Pod koniec filmu dochodzi do konfrontacji między nim a właścicielem sklepu. Stróż prawa, którego IQ oscyluje między 5 a 10, ma mordercę na muszce, celuje mu w plecy, jednak zamiast kazać mu rzucić broń, pozwala, by ten obrócił się z nią. Następnie chłopcy urządzają sobie pojedynek rewolwerowców. Finału pojedynku możecie się domyślić.

W tym samym czasie w aucie policjanta czekają dwie główne bohaterki, którym jakimś cudem udało się przeżyć kolejne spotkanie z oprawcami. Jedna z nich ma nawet broń. Z nikąd zjawia się królik, wyciąga z samochodu dziewczynę i zabija ją kilka minut. Niunia z bronią, nie wiedzieć dlaczego, nie strzela. Ma czas na ewentualną ucieczkę, ale tego również nie robi. Wysiada z samochodu i celuje do psychopaty. Ten się zbliża. A ona się cofa. I cofa. I cofa. Wreszcie strzela sobie w łeb. 

Mało głupoty? Film pełen jest absurdalnych zachowań, i nie mam na myśli tylko zachowania ofiar, zupełnie pozbawionych instynktu samozachowawczego. 

Podobnie jak w Bunny the Killer Thing, co jakiś czas twórcy filmu serwują nam smakowite obrazki natury. Tutaj bez cienia ironii – ujęcia są naprawdę piękne. Tylko... co z tego? 

Pamiętajcie,  żeby omijać te filmy szerokim łukiem. Chyba że macie nierówno pod sufitem i chcecie się psychicznie samookaleczyć. A jeśli w głowie wam króliczki, to lepiej niech to będą króliczki Playboya.







 Trzy gwiazdki Michelin.


 Który prawdziwy?

 Przy stole można się zasiedzieć...



 "Pokaż swoją twarz, pokaż ile w sobie masz!"

 Bohaterka podejmuje heroiczną walkę z napastnikiem...

 Nie dopuszcza do tego, by morderca zrobił jej krzywdę.

"Iść, ciągle iść w stronę słońca..."











1 komentarz:

  1. Ja poproszę o listę filmów, które koniecznie trzeba zobaczyć. Króliki na szczęście nigdy mnie nie interesowały.

    OdpowiedzUsuń