poniedziałek, 29 maja 2017

Dość już tych Bogów, dajcie mi człowieka! "Obcy: Przymierze"



Zwlekałem ponad dwa tygodnie, zanim zdecydowałem się napisać kilka zdań o najnowszym filmie Ridleya Scotta. Nie chodzi nawet o to, że musiałem ten film przetrawić, przepracować w sobie. Najprościej rzecz ujmując – nie miałem pojęcia, co o nim napisać. Może został skonsumowany zbyt łapczywie? 

Po bardzo średnim Prometeuszu, karle (sic!) z przerośniętym, romantycznym ego, oczekiwałem porządnego rąbnięcia. Pierwszą część dylogii uznałem za pompatyczną uwerturę do wspaniałego spektaklu, jakim miało być Przymierze. Okazał się to być wstęp nie tyle do opery, co do operetki poprzetykanej cechami opera seria. 

Może coś mi umknęło? Może nie jestem w stanie połączyć wszystkich wątków z powstałych do tej pory filmów o Obcym, przez co mój odbiór Przymierza jest upośledzony? – zastanawiałem się. Żeby być jak najbardziej sprawiedliwym w ocenie najnowszego obrazu Scotta, powróciłem do wszystkich części nienaturalnie rozrośniętej sagi, nawet do szczytu kinowej tandety, czyli starć Obcego z Predatorami. [Ksenomorf to organizm perfekcyjny. Doskonały tak bardzo, że nawet Paul Anderson i bracia Strause nie zdołali go zabić.] Film jest całkowicie zależny nie tylko od poprzedniego obrazu, ale i od wszystkich części. Nie ma siły oderwać się od zasłużonych braci. 

Przymierze to film nakręcony z rozmachem. Efekt wielkich ambicji Ridleya Scotta. Naszpikowany cytatami muzyczno – słownymi wyjętymi z całej historii kultury i sztuki, poprzetykany aluzjami do poprzednich części, podany w apetycznej formie, w której efekty specjalne są tyleż spektakularne, co nie przesadzone, a lokacje przytłaczają pięknem, czymś znajomym i obcym zarazem. Jednocześnie jest w nich coś ascetycznego. Scott trzymał na wodzy efekciarstwo i prawie mu się udało. Obok tego dania postawił w połowie pełny kieliszek wiary i, co nie takie oczywiste we współczesnym kinie rozrywkowym, daje widzowi wybór: łyknąć bajki o Inżynierach, Bogach i innych Stwórcach Stwórców, lub patrzeć trzeźwo na ten "ładnie zrobiony" horror science-fiction. Dużo tego. Tak dużo, że twórcy filmu nie zostawili miejsca dla samego Obcego. W dodatku podczas seansu ciągle odnosiłem wrażenie, że najnowsze dzieło Scotta stoi w niebezpiecznie niestabilnym rozkroku między Ósmym pasażerem "Nostromo" a Prometeuszem, będąc prequelem tego pierwszego i sequelem drugiego. 

Ósmy pasażer "Nostromo" wielkim filmem jest i basta. Niezaprzeczalny element kanonu filmowego horroru i science-fiction. Wzór dla wielu innych produkcji. Punkt odniesienia dla nowszych dzieł, z którym to owe dzieła zwykle nie wytrzymują konkurencji. Wśród nich jest Przymierze. Oczywiście są to dwa różne rodzaje filmowego rzemiosła. Najnowsze dziecko Scotta to blockbuster z gatunku tych "z przesłaniem" (choć właściwie niemal każdy współczesny blockbuster ma takowe przesłanie wszczepione fabrycznie), zaś Ósmy pasażer to mroczny, niemal gotycki horror, którego urokiem jest zawoalowanie grozy, wtopienie przerażającego potwora w ciemność. Mógł to być, i pewnie był, blockbuster przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, różnił się jednak od dzisiejszych oryginalnością i odkrywczością.




Załoga "Przymierza" nie dorównuje do przesady charakterystycznym i twardym najemnikom, którym towarzyszy Ripley podczas misji ratunkowej na LV – 426. Żołnierzy chce się oglądać, odkrywać zależności między nimi, śledzić ciągle powtarzające się, charakterystyczne odruchy. Obcy – decydujące starcie to koncert gry aktorskiej, nie tylko Sigourney Weaver, która sprawia, że Ripley w porównaniu z pierwszą częścią ewoluuje z heroiny z przymusu w wojowniczkę z krwi i kości, która przenosi matczyne uczucia z kota na znalezioną w opuszczonym kompleksie dziewczynkę. Lance Henriksen w roli androida Bishopa jest bardziej niż przekonujący a Bill Paxton w roli szeregowego Hudsona wyśmienity. James Cameron pokazał widzowi nie tylko inną Ellen Ripley. Przemodelował nieco samego Obcego, wyciągnął za uszy z mroku i z tajemniczego stwora, demona kosmosu, jakim był w pierwszej odsłonie serii, uczynił drapieżne zwierzę stadne żyjące w strukturze hierarchicznej. W Przymierzu na uwagę zasługują dwie postaci. Katherine Waterston gra całkiem nieźle, dobrze wygląda w lokacjach przygotowanych przez scenografów i uchwyconych przez Dariusza Wolskiego, ale jej postaci najzwyczajniej w świecie brakuje charakteru. Na pewno nie jest to druga Ellen Ripley, choć fizjonomią nieco ją przypomina. Michael Fassbender w podwójnej roli Davida/Waltera odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Nie stanowiło dla niego problemu oddanie dwóch różnych "charakterów" androidów. Czarował widza, sprawiając, że "ten zły", z całym swoim uporem, pasją i przekonaniem, a przy tym z miłością do nauki i sztuki, fundował mu mały syndrom sztokholmski, zaś grając "tego dobrego", dawał wiarę w dobrych ludzi z plastiku i kabli. Wszechobecne odniesienia do historii kultury, w tym także religii, mogą przytłaczać, ale nawet z nimi Fassbender sobie poradził i pocałunek Judasza w jego wykonaniu nie jest tak bardzo komiczny, za jaki mógłby uchodzić. 





Przymierzu chyba najbliżej ideowo do obrazu Finchera. Obcy 3 nieśmiało w warstwie słowno – symbolicznej i całkiem bez respektu w warstwie wizualnej mówi o ludzkości jako rasie, na której deterministyczna pętla zaciska się coraz mocniej. Zmierzch jest blisko. Walczcie, jeśli chcecie, ale to i tak nie ma sensu – zdaje się mówić film. Podobne wrażenie odniosłem na seansie Przymierza – komunikat niemal ten sam, ubrany jednak dla niepoznaki w typowe nowohollywoodzkie szatki, że niby nie ma ratunku ale akcja musi być. No i typowe dla hollywoodczyzny zachowania bohaterów, którzy mogliby bardziej starać się o zachowanie gatunku ludzkiego. Oglądamy natomiast coś na kształt uciekającej przez (oczywiście) las (oczywiście) blondynki, która (oczywiście) potyka się o powietrze i idzie pod nóż slasherowego mordercy. Wejdź tam, choć nie powinieneś, naraź wszystkich, choć nie musiałeś i zdychajcie w straszliwych konwulsjach, choć mogliście tego uniknąć. Scott pozbawił swoich bohaterów wielu punktów IQ. 
Podobieństw między Przymierzem a Obcym 3 jest więcej, między innymi masa religijnych odniesień. Nawet ksenomorf stał się w filmie Finchera alegorią biblijnej bestii. 
Obserwujemy kolejną przemianę Ripley – tym razem jest to kobieta doświadczona, zawiedziona, nie mająca nic do stracenia, ale która też nie zgubiła nic ze swojej zaciętości i waleczności. Wręcz przeciwnie, ma teraz jeszcze więcej siły, żeby walczyć z "firmą" i potworem. Na jej tle bohaterowie Przymierza to dzieci w galerii sztuki – wszystko je ciekawi, ale jest na tyle nieznane, że nie wiadomo, jak się do tego zabrać. Lepiej więc biegać i skakać, i próbować przykleić lizaka do twarzy Mona Lisy. Nie ma akcji? Jest akcja!




Umówmy się – po Obcym 3 seria powinna się skończyć. Tymczasem hajs musi się zgadzać i postanowiono zrobić kolejną herbatę z tej samej torebki. Urok Jeuneta sprawił, że dało się to wypić, ale, mówiąc delikatnie, nie była to twoja najlepsza herbatka u sąsiadów. Co ciekawe – Jeunet i tak wyciągnął z bohaterów (tu mam na myśli Obcego i Ripley) więcej niż Scott w swoim najnowszym dziele. Nawet jeśli niektóre pomysły ocierały się o absurd. Sklonowana Ellen Ripley, mająca w sobie tyle samo człowieka, co ksenomorfa (kwas w żyłach to jeszcze pikuś). Winona Ryder jako android. Naukowcy "firmy" poczynający sobie w eksperymentowaniu na ludzkim ciele (głównie ciele Ripley) swobodniej niż naukowcy III Rzeszy. A to nie wszystko. Załoga gościnnego statku z cennym dla naukowców ładunkiem jest jeszcze barwniejsza niż ta z drugiej części. Nawet karzeł na wózku inwalidzkim to prawdziwy twardziel. 
I kiedy tak przyglądam się temu wszystkiemu, stwierdzam, że nawet Przebudzenie jest ciekawsze od Przymierza, choć przez większość fanów serii jest ono uważane za najgorszy film o Obcym, coś na kształt Schumacherowskiego Batmana






 Synuś Ripley. Czyż nie uroczy?


Z kolei Prometeusz przypomina Batmana Nolanowskiego. Odnowienie serii, przedefiniowanie jej, włożenie w nową estetykę. Różnica jest taka, że Nolan uratował Batmana. Scott Obcego po prostu zrobił jeszcze raz, wypełniając luki czasowe. Próba wtłoczenia go w nową estetykę wyszła mu nieco gorzej. Prometeusz to, oczywiście, film ciekawy, efektowny, ale jego atuty bledną, kiedy weźmiemy pod uwagę, iż to pierwsza część nowej dylogii. 






Po Prometeuszu, Przymierze nie zaskakuje widza niczym nowym. Film ogląda się dobrze z puszką (trzema) danielsa z colą zakupioną przy wejściu do sal kina VUE. Rozrywka, rozrywka, z domieszką memento mori. A teraz do sedna. Przez cały tekst próbowałem udowodnić, że postać Obcego, mimo że na różne sposoby przerabiana, modelowana na nowo, zachowywała coś z pierwotnej postaci: niepokój, nieprzewidywalność, niezgłębione możliwości organizmu perfekcyjnego. Nowy film Scotta to dowód na to, że Obcy zgubił się gdzieś po drodze, utknął pomiędzy ikoną kina grozy a marketingowym produktem. Widzimy jego różne postaci, mamy do czynienia z sylwetką finalną w pełnej krasie, ale tym razem ksenomorf to (może trochę przesadzam) dwugłowy rekin (z filmopodobnego tworu z 2012) czy inne mocno przegięte monstrum z hollywoodzkiego uniwersum, tudzież z hollywoodzkich suburbiów. Stosunek androida do ksenomorfa nadaje potworowi jako takiego znaczenia, a przecież powinno być na odwrót. Obcy w filmie Scotta to produkt placement. 

Przymierze to film przyjemny dla oka. Pod tym względem nie ustępuje poprzednikom. Reszta to blaga. Tandeta z przebłyskami niewykorzystanego geniuszu, której nie ratują truizmy w stylu "Skoro ty stworzyłeś mnie, kto stworzył ciebie?". Czy choćby hasło "Miłość czy odpowiedzialność?", wałkowane przez braci androidów. 

Najnowsze dzieło Scotta może być rozczarowaniem nie tylko dla fanów "właściwej" sagi, ale i dla tych, którym z jakiegoś powodu spodobał się Prometeusz. Ksenomorf (czy jak kto woli neomorf) został olany, wypadałoby więc nieco jaśniej nakreślić historię Inżynierów. Wypadałoby, jednak Scott albo o tym zapomniał, albo, zadufany w sobie i pełen wiary w swój koncept (niczym zafiksowany na punkcie "wypełniania misji" android uwolniony spod opieki swojego ojca), stwierdził, iż nikt nie będzie mu mówił, co wypada zrobić, a co nie. Nie jest beznadziejnie, jest po prostu nijak. Facet w kapeluszu i babeczka z gwoździem na szyi starają się przypominać charakterystycznych bohaterów z poprzednich (przedprometejskich) odsłon. Właściwie wszystko stara się nam to przypominać. Cały film jest skonstruowany tak, jakby składał się z odnowionego Ósmego pasażera "Nostromo", przerywanego wyjątkami z Prometeusza

Jeśli chcesz blockbustera-horroru napompowanego filozoficzno-religijnymi wstawkami, powinieneś obejrzeć Przymierze. Jeśli jesteś zapatrzony w Ellen Ripley i pierwsze dwie części Obcego – obejrzyj ten film, żeby przekonać się, jak bardzo można spieprzyć "Frankensteina". Jeżeli nawet trzecia i czwarta część klasycznej serii przypadła ci do gustu – zobacz Przymierze. Nawet one były lepsze od nowego filmu Scotta. Podobał ci się Prometeusz lub chociaż zdołałeś go przełknąć? Idź na Przymierze. Krzykniesz tak jak ja, za Gombrowiczem: "Dość już tych Bogów, dajcie mi człowieka!" Albo chociaż porządnego ksenomorfa. 















2 komentarze: