poniedziałek, 29 maja 2017

Dość już tych Bogów, dajcie mi człowieka! "Obcy: Przymierze"



Zwlekałem ponad dwa tygodnie, zanim zdecydowałem się napisać kilka zdań o najnowszym filmie Ridleya Scotta. Nie chodzi nawet o to, że musiałem ten film przetrawić, przepracować w sobie. Najprościej rzecz ujmując – nie miałem pojęcia, co o nim napisać. Może został skonsumowany zbyt łapczywie? 

Po bardzo średnim Prometeuszu, karle (sic!) z przerośniętym, romantycznym ego, oczekiwałem porządnego rąbnięcia. Pierwszą część dylogii uznałem za pompatyczną uwerturę do wspaniałego spektaklu, jakim miało być Przymierze. Okazał się to być wstęp nie tyle do opery, co do operetki poprzetykanej cechami opera seria. 

Może coś mi umknęło? Może nie jestem w stanie połączyć wszystkich wątków z powstałych do tej pory filmów o Obcym, przez co mój odbiór Przymierza jest upośledzony? – zastanawiałem się. Żeby być jak najbardziej sprawiedliwym w ocenie najnowszego obrazu Scotta, powróciłem do wszystkich części nienaturalnie rozrośniętej sagi, nawet do szczytu kinowej tandety, czyli starć Obcego z Predatorami. [Ksenomorf to organizm perfekcyjny. Doskonały tak bardzo, że nawet Paul Anderson i bracia Strause nie zdołali go zabić.] Film jest całkowicie zależny nie tylko od poprzedniego obrazu, ale i od wszystkich części. Nie ma siły oderwać się od zasłużonych braci. 

Przymierze to film nakręcony z rozmachem. Efekt wielkich ambicji Ridleya Scotta. Naszpikowany cytatami muzyczno – słownymi wyjętymi z całej historii kultury i sztuki, poprzetykany aluzjami do poprzednich części, podany w apetycznej formie, w której efekty specjalne są tyleż spektakularne, co nie przesadzone, a lokacje przytłaczają pięknem, czymś znajomym i obcym zarazem. Jednocześnie jest w nich coś ascetycznego. Scott trzymał na wodzy efekciarstwo i prawie mu się udało. Obok tego dania postawił w połowie pełny kieliszek wiary i, co nie takie oczywiste we współczesnym kinie rozrywkowym, daje widzowi wybór: łyknąć bajki o Inżynierach, Bogach i innych Stwórcach Stwórców, lub patrzeć trzeźwo na ten "ładnie zrobiony" horror science-fiction. Dużo tego. Tak dużo, że twórcy filmu nie zostawili miejsca dla samego Obcego. W dodatku podczas seansu ciągle odnosiłem wrażenie, że najnowsze dzieło Scotta stoi w niebezpiecznie niestabilnym rozkroku między Ósmym pasażerem "Nostromo" a Prometeuszem, będąc prequelem tego pierwszego i sequelem drugiego. 

Ósmy pasażer "Nostromo" wielkim filmem jest i basta. Niezaprzeczalny element kanonu filmowego horroru i science-fiction. Wzór dla wielu innych produkcji. Punkt odniesienia dla nowszych dzieł, z którym to owe dzieła zwykle nie wytrzymują konkurencji. Wśród nich jest Przymierze. Oczywiście są to dwa różne rodzaje filmowego rzemiosła. Najnowsze dziecko Scotta to blockbuster z gatunku tych "z przesłaniem" (choć właściwie niemal każdy współczesny blockbuster ma takowe przesłanie wszczepione fabrycznie), zaś Ósmy pasażer to mroczny, niemal gotycki horror, którego urokiem jest zawoalowanie grozy, wtopienie przerażającego potwora w ciemność. Mógł to być, i pewnie był, blockbuster przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, różnił się jednak od dzisiejszych oryginalnością i odkrywczością.




Załoga "Przymierza" nie dorównuje do przesady charakterystycznym i twardym najemnikom, którym towarzyszy Ripley podczas misji ratunkowej na LV – 426. Żołnierzy chce się oglądać, odkrywać zależności między nimi, śledzić ciągle powtarzające się, charakterystyczne odruchy. Obcy – decydujące starcie to koncert gry aktorskiej, nie tylko Sigourney Weaver, która sprawia, że Ripley w porównaniu z pierwszą częścią ewoluuje z heroiny z przymusu w wojowniczkę z krwi i kości, która przenosi matczyne uczucia z kota na znalezioną w opuszczonym kompleksie dziewczynkę. Lance Henriksen w roli androida Bishopa jest bardziej niż przekonujący a Bill Paxton w roli szeregowego Hudsona wyśmienity. James Cameron pokazał widzowi nie tylko inną Ellen Ripley. Przemodelował nieco samego Obcego, wyciągnął za uszy z mroku i z tajemniczego stwora, demona kosmosu, jakim był w pierwszej odsłonie serii, uczynił drapieżne zwierzę stadne żyjące w strukturze hierarchicznej. W Przymierzu na uwagę zasługują dwie postaci. Katherine Waterston gra całkiem nieźle, dobrze wygląda w lokacjach przygotowanych przez scenografów i uchwyconych przez Dariusza Wolskiego, ale jej postaci najzwyczajniej w świecie brakuje charakteru. Na pewno nie jest to druga Ellen Ripley, choć fizjonomią nieco ją przypomina. Michael Fassbender w podwójnej roli Davida/Waltera odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Nie stanowiło dla niego problemu oddanie dwóch różnych "charakterów" androidów. Czarował widza, sprawiając, że "ten zły", z całym swoim uporem, pasją i przekonaniem, a przy tym z miłością do nauki i sztuki, fundował mu mały syndrom sztokholmski, zaś grając "tego dobrego", dawał wiarę w dobrych ludzi z plastiku i kabli. Wszechobecne odniesienia do historii kultury, w tym także religii, mogą przytłaczać, ale nawet z nimi Fassbender sobie poradził i pocałunek Judasza w jego wykonaniu nie jest tak bardzo komiczny, za jaki mógłby uchodzić. 





Przymierzu chyba najbliżej ideowo do obrazu Finchera. Obcy 3 nieśmiało w warstwie słowno – symbolicznej i całkiem bez respektu w warstwie wizualnej mówi o ludzkości jako rasie, na której deterministyczna pętla zaciska się coraz mocniej. Zmierzch jest blisko. Walczcie, jeśli chcecie, ale to i tak nie ma sensu – zdaje się mówić film. Podobne wrażenie odniosłem na seansie Przymierza – komunikat niemal ten sam, ubrany jednak dla niepoznaki w typowe nowohollywoodzkie szatki, że niby nie ma ratunku ale akcja musi być. No i typowe dla hollywoodczyzny zachowania bohaterów, którzy mogliby bardziej starać się o zachowanie gatunku ludzkiego. Oglądamy natomiast coś na kształt uciekającej przez (oczywiście) las (oczywiście) blondynki, która (oczywiście) potyka się o powietrze i idzie pod nóż slasherowego mordercy. Wejdź tam, choć nie powinieneś, naraź wszystkich, choć nie musiałeś i zdychajcie w straszliwych konwulsjach, choć mogliście tego uniknąć. Scott pozbawił swoich bohaterów wielu punktów IQ. 
Podobieństw między Przymierzem a Obcym 3 jest więcej, między innymi masa religijnych odniesień. Nawet ksenomorf stał się w filmie Finchera alegorią biblijnej bestii. 
Obserwujemy kolejną przemianę Ripley – tym razem jest to kobieta doświadczona, zawiedziona, nie mająca nic do stracenia, ale która też nie zgubiła nic ze swojej zaciętości i waleczności. Wręcz przeciwnie, ma teraz jeszcze więcej siły, żeby walczyć z "firmą" i potworem. Na jej tle bohaterowie Przymierza to dzieci w galerii sztuki – wszystko je ciekawi, ale jest na tyle nieznane, że nie wiadomo, jak się do tego zabrać. Lepiej więc biegać i skakać, i próbować przykleić lizaka do twarzy Mona Lisy. Nie ma akcji? Jest akcja!




Umówmy się – po Obcym 3 seria powinna się skończyć. Tymczasem hajs musi się zgadzać i postanowiono zrobić kolejną herbatę z tej samej torebki. Urok Jeuneta sprawił, że dało się to wypić, ale, mówiąc delikatnie, nie była to twoja najlepsza herbatka u sąsiadów. Co ciekawe – Jeunet i tak wyciągnął z bohaterów (tu mam na myśli Obcego i Ripley) więcej niż Scott w swoim najnowszym dziele. Nawet jeśli niektóre pomysły ocierały się o absurd. Sklonowana Ellen Ripley, mająca w sobie tyle samo człowieka, co ksenomorfa (kwas w żyłach to jeszcze pikuś). Winona Ryder jako android. Naukowcy "firmy" poczynający sobie w eksperymentowaniu na ludzkim ciele (głównie ciele Ripley) swobodniej niż naukowcy III Rzeszy. A to nie wszystko. Załoga gościnnego statku z cennym dla naukowców ładunkiem jest jeszcze barwniejsza niż ta z drugiej części. Nawet karzeł na wózku inwalidzkim to prawdziwy twardziel. 
I kiedy tak przyglądam się temu wszystkiemu, stwierdzam, że nawet Przebudzenie jest ciekawsze od Przymierza, choć przez większość fanów serii jest ono uważane za najgorszy film o Obcym, coś na kształt Schumacherowskiego Batmana






 Synuś Ripley. Czyż nie uroczy?


Z kolei Prometeusz przypomina Batmana Nolanowskiego. Odnowienie serii, przedefiniowanie jej, włożenie w nową estetykę. Różnica jest taka, że Nolan uratował Batmana. Scott Obcego po prostu zrobił jeszcze raz, wypełniając luki czasowe. Próba wtłoczenia go w nową estetykę wyszła mu nieco gorzej. Prometeusz to, oczywiście, film ciekawy, efektowny, ale jego atuty bledną, kiedy weźmiemy pod uwagę, iż to pierwsza część nowej dylogii. 






Po Prometeuszu, Przymierze nie zaskakuje widza niczym nowym. Film ogląda się dobrze z puszką (trzema) danielsa z colą zakupioną przy wejściu do sal kina VUE. Rozrywka, rozrywka, z domieszką memento mori. A teraz do sedna. Przez cały tekst próbowałem udowodnić, że postać Obcego, mimo że na różne sposoby przerabiana, modelowana na nowo, zachowywała coś z pierwotnej postaci: niepokój, nieprzewidywalność, niezgłębione możliwości organizmu perfekcyjnego. Nowy film Scotta to dowód na to, że Obcy zgubił się gdzieś po drodze, utknął pomiędzy ikoną kina grozy a marketingowym produktem. Widzimy jego różne postaci, mamy do czynienia z sylwetką finalną w pełnej krasie, ale tym razem ksenomorf to (może trochę przesadzam) dwugłowy rekin (z filmopodobnego tworu z 2012) czy inne mocno przegięte monstrum z hollywoodzkiego uniwersum, tudzież z hollywoodzkich suburbiów. Stosunek androida do ksenomorfa nadaje potworowi jako takiego znaczenia, a przecież powinno być na odwrót. Obcy w filmie Scotta to produkt placement. 

Przymierze to film przyjemny dla oka. Pod tym względem nie ustępuje poprzednikom. Reszta to blaga. Tandeta z przebłyskami niewykorzystanego geniuszu, której nie ratują truizmy w stylu "Skoro ty stworzyłeś mnie, kto stworzył ciebie?". Czy choćby hasło "Miłość czy odpowiedzialność?", wałkowane przez braci androidów. 

Najnowsze dzieło Scotta może być rozczarowaniem nie tylko dla fanów "właściwej" sagi, ale i dla tych, którym z jakiegoś powodu spodobał się Prometeusz. Ksenomorf (czy jak kto woli neomorf) został olany, wypadałoby więc nieco jaśniej nakreślić historię Inżynierów. Wypadałoby, jednak Scott albo o tym zapomniał, albo, zadufany w sobie i pełen wiary w swój koncept (niczym zafiksowany na punkcie "wypełniania misji" android uwolniony spod opieki swojego ojca), stwierdził, iż nikt nie będzie mu mówił, co wypada zrobić, a co nie. Nie jest beznadziejnie, jest po prostu nijak. Facet w kapeluszu i babeczka z gwoździem na szyi starają się przypominać charakterystycznych bohaterów z poprzednich (przedprometejskich) odsłon. Właściwie wszystko stara się nam to przypominać. Cały film jest skonstruowany tak, jakby składał się z odnowionego Ósmego pasażera "Nostromo", przerywanego wyjątkami z Prometeusza

Jeśli chcesz blockbustera-horroru napompowanego filozoficzno-religijnymi wstawkami, powinieneś obejrzeć Przymierze. Jeśli jesteś zapatrzony w Ellen Ripley i pierwsze dwie części Obcego – obejrzyj ten film, żeby przekonać się, jak bardzo można spieprzyć "Frankensteina". Jeżeli nawet trzecia i czwarta część klasycznej serii przypadła ci do gustu – zobacz Przymierze. Nawet one były lepsze od nowego filmu Scotta. Podobał ci się Prometeusz lub chociaż zdołałeś go przełknąć? Idź na Przymierze. Krzykniesz tak jak ja, za Gombrowiczem: "Dość już tych Bogów, dajcie mi człowieka!" Albo chociaż porządnego ksenomorfa. 















wtorek, 23 maja 2017

Niezależna Nie poleca #1: Królikiem po mordzie, czyli "Bunny the Killer Thing", "Gummo", "The Bunny Game" i "The Bunnyman Massacre".



Święta Wielkanocne już dawno za nami. Uznałem, że to dobry moment, żeby podzielić się moimi wrażeniami na temat kilku filmów, które, na moje nieszczęście, obejrzałem w tamtym czasie.

Jak wiadomo, Niezależny robi wszystko na opak lub kiedy indziej niż wszyscy. Wieczerzę wigilijną spożywa w McDonald's, majówkę spędza na siłowni, a poniedziałki traktuje niczym piątki i upija się winem jak nieboskie stworzenie. Nie inaczej Niezależny postanowił celebrować "przerwę wielkanocną", która, oprócz wewnętrznej kontemplacji i różnorakich prób ascezy, nijak się miała do tradycyjnych śniadań, święconek, jajek, dyngusów, bazi i baranków. 

Było bardziej hardcore'owo, niż przewidywałem. Moją traumę postanowiłem przekuć w coś pożytecznego. Tak oto powstała pierwsza część cyklu "Niezależna Nie poleca", który to cykl ma na celu ratowanie waszych umysłów, chronienie psychiki przed najbardziej gównianymi wytworami kulturowymi człowieka. O mnie się nie martwcie. Ja już jestem stracony. 

Wszystkie cztery filmy łączy to, że są bez sensu, epatują przemocą i tematem przewodnim jest królik lub zając (jeden pies).

Kolejność filmów przypadkowa. Wszystkie są tak samo bezwartościowe. 

Bunny the Killer Thing (2015)

Czyli, jak słusznie ten film określił jeden z użytkowników Filmwebu: "Fińska masakra króliczym kutasem". 

Od początku rzuca się w oczy, że to produkcja amatorska. Amatorska, ale nakręcona z iście ułańską fantazją. 

Przyzwyczajeni jesteśmy, że najdziwniejsze filmy robią Niemcy i Japończycy. Nigdy nie podejrzewałbym, że dorównają im słynący z  opanowania, taktowności i skromności Finowie. 

Otóż w wyniku eksperymentu (wiemy o nim "aż" tyle, że polega on na wstrzyknięciu jakiejś substancji do organizmu) porwany człowiek przeobraża się w ogromnego, krwiożerczego królika. I żeby uwypuklić jedną z najbardziej charakterystycznych cech zwierzątka, hybryda ta młóci co popadnie, wymachuje fujarą jak dzidą, namierza ofiarę i znowu młóci. Właściwie to cała fabuła tegoż arcydzieła. 

No ale kogóż stwór "młóci"? 

Twórcy filmu postanowili pojechać klasyką, dlatego w momencie, gdy długouchy (i długofiuty) potwór wymyka się z laboratorium, którym jest szopa, tudzież garaż, w okolicy (czyli w lesie i rozsianych po nim domkach) pojawia się grupa młodych ludzi, którym w głowie jedynie zabawa, czytaj: alkohol i seks. Jak się zapewne domyślacie, pełna chuci hybryda po kolei zalicza eliminuje naszych rozrywkowych bohaterów. Żeby życie miało smaczek, raz dziewczyna, raz chłopaczek. Ale na takiej różnorodności się nie kończy. 

Scenarzyści wspięli się na wyżyny swej kreatywności i zafundowali nam istny kalejdoskop postaci. Mamy typowych gości-ruchaczy, gwiazdę muzyki z opryszczką na twarzy, zakochaną lesbijkę próbującą zgwałcić koleżankę heteryczkę na śpiocha, młodzieniaszka starającego się zaliczyć po raz pierwszy, rasistę zaprzyjaźniającego się z czarnoskórym, który to czarnoskóry okazuje się być gejem... Mało? Ogromna parówa potwora w co trzecim ujęciu, całowanie po rzyganku, bluzgi w co drugim zdaniu i zupełny brak powodu, dla którego to wszystko się dzieje, powinny zadowolić najwybredniejszych. A to wszystko okraszone pojawiającymi się w naprawdę dziwnych momentach widokami rodem z National Geographic. 

Po tym filmie wyrażenie "chuj ci w oko" nabrało dla mnie zupełnie nowego znaczenia. Bardziej dosłownego. 





Bez cycków to nie film.




Czyż nie jest uroczy?

Gummo [Skrawki] (1997)

To już film z innej beczki, zrobiony zupełnie "na serio", opowiadający o biednych dziecioczkach i ich małych wielkich problemach. Coś jak produkcje pani Rosłaniec, tyle że jeszcze bardziej oderwany od rzeczywistości i jeszcze bardziej absurdalny. Ja rozumiem, że dzieci są dziwne i okrutne, sam znałem takie, które lubiły sobie od czasu do czasu zamiast piłki kopnąć kotka albo zrobić z żaby balonik, ale...

Xenia w stanie Ohio. Krajobraz niemal postapokaliptyczny. Miasto po klęsce żywiołowej nie odrodziło się. Pozostaje martwe. Domy przypominają śmietniska, w najlepszym przypadku graciarnie. Mieszkańcy miasta nigdy nie pogodzili się ze stratą dobytku i ze śmiercią swoich bliskich. Sami w pewnym sensie stali się trupami. Dzieci pozostawiane są same sobie, nie ma nikogo, kto by je kontrolował. Dlatego zbijają koty (rywalizują nawet między sobą w tej dyscyplinie sportu), wąchają klej, uprawiają seks z dziewczynką w zespołem Downa i takie tam. Szczenięce lata i tyle. 

A teraz całkiem poważnie. Zdaję sobie sprawę, że filmy Korine'a są właśnie takie: dosadne, ponure, przerysowane. Zdaję sobie też sprawę z tego, że jego obrazy są wielbione przez rzesze fanów. Co wami kieruje, fani?

Rozumiem przesłanie Gummo. Wiem, że ta wstrętna produkcja, przesadzona tak, że momentami naprawdę ciężko powstrzymać się przed wyłączeniem odtwarzacza (lub jego zarzyganiem), to bolesna, poetycka metafora. 

Tania poetycka metafora. Dlatego bolesna. Szok w proszku. Zupka chińska wśród porządnych filmowych dań. Podczas oglądania Gummo raz za razem odnosiłem wrażenie, że jest to film zrobiony na odpieprz. "Ale to właśnie styl tego reżysera! W tym tkwi jego geniusz!" – wyobrażam sobie głosy oburzenia. Korine poszedł na łatwiznę i zlepił bezsensowną przemoc z odrobiną erotyki, a kukłami w swoim przedstawieniu uczynił dzieci, bo tak najprościej, bo dzieci przecież takie niewinne i nieświadome, kochane i milutkie, więc to będzie szok, że te one wcale takie nie są. 

Jedno z nich włóczy się po mieście pół nago z króliczymi uszami na głowie. Co miał na myśli poeta? Poeta pewnie sam nie wie. Ale to nawet zabawne czytać na forach gorące dyskusje na temat "symboliki dziecka-królika" w Gummo. Wędrujemy od Alicji w Krainie Czarów po "chrześcijanizm" (sic!). Uważam, że szukanie  ukrytych sensów w tej postaci jest tak samo zbędne jak rozpisywanie się na temat tego filmu, w którym akcja zmierza donikąd. 

Ups...

Chłopiec-królik jest moją ulubioną postacią. Bo nic nie mówi. Chyba. No i ta scena w basenie... To jest życie!





 Rozrywka, rozrywka!





 Królik upolował kotecka.


 "Gdy siedzę sobie w kiblu, spuszczone gacie mam, zamykam wtedy swoje oczy, obmyślam nowy plan..."


 Nie jadłem i nie kąpałem się kilka dni po tym, co zobaczyłem.

 A ty co robisz, żeby sterczały ci sutki?


Może by tak przyprawić sobie uszy...?

The Bunny Game (2010)

Jeżeli chcecie się dowiedzieć, jak nie montować filmu, koniecznie zobaczcie The Bunny Game. Istny koszmar. Niemożliwie długie ujęcia nie wnoszące do filmu zupełnie nic przeplatane są serią sekundowych, może nawet półsekundowych kadrów rodem z psychodelicznego teledysku mającego za zadanie zabić każdego epileptyka. 

Film, prócz licznych wad, ma jedną zaletę. Jest czarno-biały. A ja lubię czarny. I czarno-białe filmy. 

W przeciwieństwie do Gummo, The Bunny Game posiada skrawki (he, he) fabuły. Prostytutka Bunny poszukuje kolejnego klienta. Twórcy filmu na każdym kroku przypominają widzowi, jak bardzo przesrane ma główna bohaterka. Że klienci obleśni i brutalni, że mało płacą, że trzeba ćpać, żeby udźwignąć ciężar tej marnej egzystencji. Ostatni klient wykorzystuje stan nieważkości Bunny i nie dość, że używa sobie z nią jak ze zwłokami, to jeszcze na koniec kradnie jej wszystkie pieniądze. Ale oto na ratunek przychodzi (przyjeżdża?) następny amator seksu za pieniądze – równie dziwny i obleśny jak reszta, kierowca ciężarówki. 

Teraz dopiero Bunny ma przesrane. 

Właściwie nie wiadomo, o co temu filmowi chodzi. Jest dużo darcia mordy, nostalgicznych ujęć samotnego kierowcy, znowu trochę darcia mordy, kadry atakują nas jak serie z karabinu na ślepaki, bo, oprócz efekciarstwa, taki sposób podania (skrawków, he, he) fabuły nie ma sensu. 

Mężczyzna torturuje kobietę. Wiąże, knebluje (to akurat świetny pomysł), goli jej włosy, prowadza na łańcuchu przebraną za królika. Ale gwałcicielem nie jest, a przynajmniej nic nam tego nie sugeruje. Obraz przedstawiany jest jako horror, ja jednak sklasyfikowałbym go jako tragedię. Ewentualnie brutalny dramat psychologiczny. Bo, tak naprawdę, nie mamy do czynienia z flakami i krwią, a tortury, jakich jesteśmy świadkami, mają na celu poniżenie i złamanie ofiary. 

Bez wątpienia jeden z najgorszych filmów jakie w życiu widziałem. 

Główną rolę zagrała Rodleen Getsic, artystka rockowa, której  doświadczenia były inspiracją do nakręcenia tego antydzieła. Niektórzy to mają klawe życie...

Film zakazany w Wielkiej Brytanii.


 YouTube'owy challenge we wstrzymywaniu oddechu.






 Uśmiechnij się, bo wyglądasz, jakbyś tu była za karę!

 Ze mną się nie napijesz?!






Po prostu kicz.

The Bunnyman Massacre (2014)

Czas na deser.

Tu królik jest absolutnie dominującą postacią, popychającą akcję swoją niezawodną piłą łańcuchową. 

Film rozpoczyna się dość spokojnie, od zmasakrowania dzieci jadących szkolnym autobusem.

The Bunnyman Massacre to naprawdę szalone, pełnokrwiste gore zawierające prześmiewcze odniesienia do filmowych klasyków. 

Jeśli chodzi o pochlebstwa, to by było na tyle. 

Obraz jest po prostu głupi. Może w założeniu miał to być pastisz, ale jaki sens ma trawestowanie dla samej trawestacji? A szkoda, bo był potencjał.

Fabułę można streścić następująco: gość przebrany za królika łazi po okolicy i na przeróżne sposoby unicestwia kręcące się po lasach i wzniesieniach dupencje. Nie wiadomo, skąd tyle "towaru" bierze się na tym odludziu, na którym królik ma swoją norkę. Jest to coś w rodzaju rancza połączonego z hostelem i sklepem. Sklep ów prowadzi typowy oblech, mądrzejszy towarzysz zabaw króliczka. 
Właściwie to by było na tyle. 

Ofiary wyrafinowanych morderców pozbawione są mózgów. Oprawcy puszczają je wolno, a te, zamiast uciekać jak najdalej przed siebie, w gęsty las, gdzie mogłyby się ukryć, próbują szukać schronienia... na ranczu, wśród wraków samochodów i rupieci, które zwyrole znają jak własną kieszeń. 

W okolicy pojawia się policjant. Pod koniec filmu dochodzi do konfrontacji między nim a właścicielem sklepu. Stróż prawa, którego IQ oscyluje między 5 a 10, ma mordercę na muszce, celuje mu w plecy, jednak zamiast kazać mu rzucić broń, pozwala, by ten obrócił się z nią. Następnie chłopcy urządzają sobie pojedynek rewolwerowców. Finału pojedynku możecie się domyślić.

W tym samym czasie w aucie policjanta czekają dwie główne bohaterki, którym jakimś cudem udało się przeżyć kolejne spotkanie z oprawcami. Jedna z nich ma nawet broń. Z nikąd zjawia się królik, wyciąga z samochodu dziewczynę i zabija ją kilka minut. Niunia z bronią, nie wiedzieć dlaczego, nie strzela. Ma czas na ewentualną ucieczkę, ale tego również nie robi. Wysiada z samochodu i celuje do psychopaty. Ten się zbliża. A ona się cofa. I cofa. I cofa. Wreszcie strzela sobie w łeb. 

Mało głupoty? Film pełen jest absurdalnych zachowań, i nie mam na myśli tylko zachowania ofiar, zupełnie pozbawionych instynktu samozachowawczego. 

Podobnie jak w Bunny the Killer Thing, co jakiś czas twórcy filmu serwują nam smakowite obrazki natury. Tutaj bez cienia ironii – ujęcia są naprawdę piękne. Tylko... co z tego? 

Pamiętajcie,  żeby omijać te filmy szerokim łukiem. Chyba że macie nierówno pod sufitem i chcecie się psychicznie samookaleczyć. A jeśli w głowie wam króliczki, to lepiej niech to będą króliczki Playboya.







 Trzy gwiazdki Michelin.


 Który prawdziwy?

 Przy stole można się zasiedzieć...



 "Pokaż swoją twarz, pokaż ile w sobie masz!"

 Bohaterka podejmuje heroiczną walkę z napastnikiem...

 Nie dopuszcza do tego, by morderca zrobił jej krzywdę.

"Iść, ciągle iść w stronę słońca..."