czwartek, 29 grudnia 2016

Tego kwiatu pół światu? "Róża" Agnieszki Opolskiej




Nie, na szczęście nie TEGO kwiatu.

A miałem obawy, bardzo uzasadnione. Co prawda krzywdę zrobiłem sobie sam, jednak pośredniczkami były autorki polskich książek, te piszące o „pulsujących cipkach” lub zbyt często przywołujące nazwę męskiego organu rozrodczego, w dodatku niepoprawnie nazwę tę odmieniające. No cóż, chujowa to była literatura. Dosłownie. Ale nawet abstrahując od jakości ostatnio czytanych powieści, uznałem, że muszę po prostu odpocząć od rzeczy pisanych przez kobiety. Tylko od Masłowskiej i McCullers nie muszę odpoczywać. Reszta won, za drzwi. Głowa mnie boli, zmęczony jestem. Ewentualnie Pogankę przeczytałbym jeszcze raz.

A tu nagle dostajesz, człowieku, możliwość czytania przedpremierowego. I możliwość przedpremierowego recenzowania. Nie sposób się oprzeć, szczególnie że to pierwsza taka okazja. W dodatku bardzo chciałem przekonać się, co napisała autorka Anny May, "Literackiego Debiutu Roku" 2015.

Najpierw Anna, teraz Róża… Coś podpowiadało mi, że książki te będą do siebie podobne…

Ale jeszcze o obawach i wątpliwościach. Przeczytajcie kilka pierwszych stron, a będziecie wiedzieć, o co mi chodzi. Nie, żeby mnie to zniesmaczyło, nic z tych rzeczy. Podniecające to też nie było. Ale nasuwało niewygodne skojarzenia z wspomnianą wyżej literaturą kopulacyjną. Jezu, jak ja przez to przebrnę? – myślałem.

Lecz niech was nie zwiedzie początek. Róża to nie porno. To nawet nie erotyka, choć pikantnych fragmentów znajdziecie w niej więcej.

Nie dałem się uprzedzeniom i nie żałuję.


Kto pierwszy nazwał kobietę różą, był poetą. Kto to powtórzył, był tylko komplemenciarzem. 


– Heinrich Heine

Po niezłym debiucie Anną May naprawdę byłem ciekaw, czy Opolska pójdzie za ciosem, czy może przedwcześnie zacznie odcinać kupony od debiutu.

Odcinanie kuponów to na pewno nie jest, ale czy Różą autorka wniosła do literatury nową jakość?

Na pewno dobrze poczują się w Róży ci, którym spodobał się styl debiutanckiej powieści autorki,
ALE
widać, że pisarka ciągle się uczy, doskonali warsztat, eksperymentuje, robi postępy.

Tematyka?
No cóż, jest to kolejna powieść cyklu (nie ostatnia zresztą, co zdradza informacja na końcu książki), nie należy się więc spodziewać nagłego zwrotu w kierunku fantastyki naukowej lub weird fiction. Opolska zostaje wierna temu, o czym lubi pisać najbardziej. Trzyma przy tym fason i drugą powieścią zgrabnie balansuje między „dziełem” a „produktem masowym”.

Annę May krytykowałem za zupełnie bezduszną, nie oddającą treści okładkę. Opolska wie, co robi, stawiając na własne wydawnictwo i pełną kontrolę nad książką. Widać to już właśnie po okładce, która po prostu może się podobać, w dodatku jest niebanalna. Przyciąga wzrok, ale nie próbuje wydłubać oka. I koresponduje z treścią. Gratulacje dla Anny Dąbrowskiej za projekt okładki i gratulacje dla Opolskiej za wybór Dąbrowskiej.

Pomysł z ilustracjami jest trafiony. Lubię zdrowo, z głową ilustrowaną powieść. Autorka urozmaica nam czytanie grafikami własnego autorstwa, które powstały w czasie jej pobytu w domu dla bezdomnych w Lille. 

Czcionka spora i zgrabna, nie męczy oczu.

Apel do autorki!

Autorka jakieś specjalne grafiki dołącza do pierwszych iluś tam (sprawdźcie na fanpage'u Opolskiej) egzemplarzy książki, apeluję więc o dosłanie mi jednej. Może kiedyś będzie to można z dużym zyskiem popchnąć na Allegro.

Nie jestem fanem „gratisów” dołączanych do książek. Uważam, że książka sama w sobie powinna być obiektem godnym uwagi i rozchwytywanym, o ile jest dobra. Ale zdaję sobie sprawę z tego, jak ciężko jest dziś zainteresować odbiorcę, jak trudno jest startującemu wydawnictwu przebić się ze swoją ofertą. Poza tym do książki nie jest dołączana skrzynka papierówek czy kobiałka kurek, tylko grafika, kawałek sztuki spod ręki autorki, a o sztuce między innymi opowiada Róża. Zatem wszystko stanowi sensowną całość. Nie jest to zgodne z moją ideą wydawania książek, ale akceptuję to. Znajcie łaskę Niezależnej Krytyki.

Mędrzec to ten, kto na drodze pełnej kolców wyhodować potrafi różę.


 Ryūnosuke Akutagawa

Nie jestem do końca przekonany, czy autorce udało się „wyhodować” Różę. Owszem, główna bohaterka to postać charakterystyczna, wielopłaszczyznowa, jak wszystkie żywe fikcje stworzone przez Opolską, co należy uznać za duży plus.

Jest coś mrocznego w Róży. A co za tym idzie w Róży. Trudno to jednoznacznie określić. Książka ta przypomina nieco twórczość Wesa Cravena. Trochę straszno, trochę śmiszno.

Ciężko było mi uwierzyć w motywację postępowania głównej bohaterki. Zresztą nie tylko jej. Naprawdę, niektóre modele zachowań nie są wiarygodne. Ale wystarczy, że przypomnę sobie Nową Falę, spojrzę w lustro i nagle wszystko staje się jak najbardziej normalne.

A na poważnie – natłok niecodziennych zdarzeń, dziwnych „zbiegów okoliczności” jest ZBYT. Za dużo. Za mocno. Już słyszę te głosy: „Ej, recenzent, weźże ty się puknij w czółko, toż to książka jest, fikcja, w książce musi być trochę inaczej niż w życiu, chcemy oderwania, rozrywki, uczuć, nieprawdopodobieństw!”. No, ja wam nie zabraniam chcieć. Mnie też to jakoś bardzo nie razi, nie sprawiło, że przestałem czytać. Po prostu doznaję uczucia przesytu, przerostu, o czym chyba wspomniałem również przy Annie May. 

No i problematyka: powieść Opolskiej jest wypchana tematami jak cygański worek. Może nieco bardziej uporządkowana.

Mimo tych kolców, polubiłem Różę. Pomiędzy kolejnymi nieprawdopodobieństwami snuje się autentyczność. Jestem przekonany, że każdy kto sięgnie po tę książkę, odnajdzie w niej coś bardzo sobie bliskiego.

Jest to powieść niesamowicie… (tu długo zastanawiał się, czy to odpowiednie słowo) ciepła. Tak, mimo unoszącego się nad kartkami mroku, niepokoju niczym z rasowych thrillerów, Róża jest po prostu ciepła i miło się ją czyta. Niekiedy ze wzruszeniem. Oczywiście wzruszenie mogę sobie tylko wyobrazić, bo mężczyźni nie ryczą, a już na pewno nie na książkach, a już na pewno, na pewno nie na książkach, w których główną bohaterką jest kobieta.

Z wiecznym PMS-em.

Jest w Róży coś, za co ją bardzo lubię. Odwaga, skromność, empatia, ukryty temperament, skłonność do poświęceń. I to ostatnie wzbudza mój szacunek, ale i pogardę. Czasem aż chciało się krzyknąć: „Kobieto, wracaj do domu, zostawiłaś mózg na szafce przy łóżku!”. Czasem chciało się ją złapać za chabety, wyszarpać i przemówić do rozumu. A na koniec i tak człowiek przygarnąłby takie nieszczęście, wygłaskał i zaopiekował się.

Nie wierzcie mi do końca. Róża to nie tylko taka sierotka Marysia. To też niezła kombinatorka, a sztuki przetrwania mógłby jej pozazdrościć sam Bear Grylls.

Theo kopnąłbym z półobrotu jak Chuck Norris. Nie będę zdradzał dlaczego. Przeczytacie sami. Wkurza mnie ten typ tym bardziej, że usłyszałem od jednej z czytelniczek „testowych”, iż to "wspaniały mężczyzna"… Co te baby we łbach mają, to się już nawet Panu Bogu spod kontroli wymknęło...

Mała Juliette jest najbardziej chyba charakterystyczną postacią. Wydaje mi się, że została wykreowana z największą dbałością o szczegóły. W ogóle u Opolskiej wszystko jest trochę na odwrót. Postaci drugoplanowe są „narysowane” właśnie tak jak mała Juliette. Mają swój naprawdę odrębny język, zwyczaje, są zaskakująco żywe. Bardziej nawet aniżeli postaci pierwszoplanowe. Ale wynika to z tego, że Opolska głównych bohaterów używa bardziej jako narzędzi. Autorka kładzie nacisk na „dzianie się”. Pozbawia swe postaci niektórych, mniej ważnych, cech, ale rekompensuje to im, wrzucając je w wir wydarzeń. Dostępują one zaszczytu „popychania akcji”, zadzierają głowę  i patrzą na swoją spiritus movens, demiurga (demiurżkę?) z piórem w dłoni, na jego zachęcający wzrok.

Lubię przyglądać się drugoplanowym postaciom, tak realnym a jednocześnie przefiltrowanym przez sepię, wetkniętym w starą fotografię. Eddie, Anne-Marie, Thérèse

Jedna Róża to piękno. Dziesięć róż to coś drogiego. Sto róż to nuda. Tysiąc róż, kapujesz?

  E. E. Schmitt 

Zawsze kiedy czytam, zastanawiam się, czy mogę tekst nazwać wyjątkowym. W jaki sposób różni się on od tysięcy innych tekstów, które przeczytałem? To samo pytanie zadałem sobie, gdy zamykałem Różę

Zazwyczaj staram się zaufać pierwszemu wrażeniu, a objawiło mi się ono pod postacią licznych przymiotników. Według nich Róża to powieść:

 CIEPŁA (wspominam o tym wyżej, nie będę więc tłumaczył)

 AUTENTYCZNA
Oczywiście niektóre zdarzenia (lub ich "zupełnie przypadkowy" splot, lub ich nieprawdopodobny natłok) nazwałbym "okołoautentycznymi", ale nie do końca o ten rodzaj autentyczności mi chodzi. To jest zamierzenie autorskie i tyle. Bardziej interesuje mnie autentyczność podskórna, może nawet ukryta w autorze przed samym autorem. Pokrętne? Przykład:

Czytałem jakiś czas temu książkę, w której jednym z bohaterów był młody skinhead. No i na pierwszy rzut oka niby wszystko gra. Skinhead wygląda jak skinhead, słucha muzyki dla skinheadów, nazywa rzeczy jak skinhead. Lekcje odrobione, kultura skinheadów została przez autorkę zgłębiona. I tyle. Nie przekonuje mnie to. Uważam, że to wielkie przewinienie pisać o tym, czego się nie zna, lub co zna się jedynie z filmów i książek, i to pobieżnie. Bystry czytelnik widzi takie rzeczy!

Wejdź w to! Przeżyj to! Opisz to!

Tak zdaje się działać Opolska. Kiedy czytam jej nową powieść, to wierzę w Lille takie, jakim jest na kartach książki. Kiedy bohaterowie mówią o sztuce, to wierzę, że znają się na niej, a co za tym idzie  że autorka co najmniej maczała palce w farbie. Niektóre postaci są tak realne, jakby twórczyni nakręciła je kiedyś, a teraz, za pomocą tajemniczej maszynki, przelała je na papier pod postacią liter. Serio, niemal czuje się ich (postaci) zapach. To jest autentyczność. To mi się podoba. 

 WZRUSZAJĄCA/PORUSZAJĄCA
O tym chyba już też wspomniałem, lecz warto to rozwinąć. 
To ryzykowne upychać w jedną powieść tak wiele złamanych charakterów. Ale to się wybacza, kiedy charaktery owe rzeczywiście coś mówią, trafiają do ciebie, uczą cię. Ale wiecie, co jest najważniejsze? To, że ty te żywe fikcje naprawdę rozumiesz, że czujesz, iż umiałbyś się, czytelniku i czytelniczko, dogadać z nimi. Po niektórych fragmentach cały dzień chodziłem podminowany, po innych zdawało mi się, że na nowo pokochałem ludzkość (przelotne uczucie). Ta powieść zostawia ślad w odbiorcy. To synonim wysokiej jakości. 

 PRZEGADANA
Nie lubię, kiedy tłumaczy mi się oczywistości lub nie zostawia mi się miejsca na używanie własnego mózgu. A momentami odnosiłem wrażenie, że powieść atakuje mnie i stara się ubezwłasnowolnić. Oczywiście nie lubimy tego, fuj, fuj, fuj, książko!

Zbyt dużo dopowiedzeń wplecionych w dialogi. 

Klemens miał na sobie tylko skórzaną uprząż i kolczatkę.
 Zimno tu  powiedział Klemens, drżąc, gdyż było mu zimno, ponieważ miał na sobie skórzaną uprząż i kolczatkę.

To, jasna sprawa, nie jest cytat z Róży, a jedynie przykład, w jaki sposób powieść Opolskiej próbuje robić z nas ułomków. 

I rzecz, która najbardziej mnie denerwuje: tłumaczenie postaci. Wszystko musi być wytłumaczone. 

Każdy bohater, który robi coś nie tak, dostaje od autorki usprawiedliwienie. Nie ma miejsca na to, żeby czytelnik sam ocenił lub nie oceniał jego zachowania. "– Theo postąpił źle. To skończony idiota i kretyn, dla niego moralność nie istnieje"  może stwierdzić któryś z bohaterów, ale zaraz narrator (albo sam Theo), snując opowieść o czasach dzieciństwa, wybiela zainteresowanego. I tak jest z każdym, dosłownie KAŻDYM, kto pojawia się w powieści. Autorka niczego nie zostawia bez komentarza. Równowaga w tym przypadku nie jest zdrowa. Dobrze jest mieć w powieści kogoś, kto jest zupełnym skurwysynem, dobrze jest mieć kogoś z drugiego bieguna. To prawdziwe, kiedy mamy do czynienia z postacią czyniącą i dobro, i zło. Ale jeśli w każdym z przypadków za bohaterów więcej mówi "adwokat", połączenie Don Kichota i Jezusa Chrystusa – to już nie jest fajne. 

Jeżeli autorka w prawdziwym życiu postępuje z ludźmi tak jak z bohaterami swojej powieści, to na kolana wszyscy z jej otoczenia i dziękować Bogu za zesłanie im anioła.

Na marginesie  autorka-anioł w takim przypadku musi mieć przekichane.

No, ale wróćmy do tematu. 

Nie-lu-bi-my-prze-ga-dy-wa-nia!
Lu-bi-my-my-śleć!
Ko-ntem-plo-wać!
Wy-bie-rać!

 DOBRZE SKONSTRUOWANA

Znaczy się – może wciągnąć. 

Widać, że autorka wie, jak posługiwać się fabułą, żeby zainteresować czytelnika. Wie, jak żonglować narracją, jak budować napięcie między bohaterami. Może jeszcze nie jest to mistrzostwo świata, ale kawał dobrej roboty. 

 PIĘKNA

Róża, jako opowieść o zagubionym człowieku, to po prostu piękna literatura. 

Doceniam to tym bardziej, że zalewają nas produkty książkopodobne, wytwory marketingu, które uczą tłumy, że interesująca powieść to taka, gdzie na co drugiej stronie bohaterowie się rżną a od ilości wulgaryzmów (używanych sztucznie i niepoprawnie) sam Bukowski dostałby mdłości.

Doceniam Różę. Za piękno. 

Inna sprawa, że trochę za mało jest w powieści... kwiecistych zdań? Lubię od czasu do czasu wyłuskać z książki naprawdę smakowity, piękny, błyskotliwy fragment. Nie jest to oczywiście mój priorytet, kiedy czytam. Od niektórych książek w ogóle tego nie oczekuję. Jednak w tym przypadku chciałbym tego więcej. 

Dlatego, że kiedy już poezja wkrada się między "zwykłe" zdania, jest to coś w rodzaju epifanii. Wierzcie mi, warto choćby tylko dla tych momentów sięgnąć po Różę

Przyjemność chce się powtarzać, chce się jej doświadczać jak najczęściej. Dlatego też uważam, że nie zaszkodziłoby przemycić w Róży odrobinę więcej poezji. 

 RÓŻNORODNA

Bo to proza, ale, jak wyżej wspomniałem, często bliska prozie poetyckiej.

Bo mnogość tematów, od sztuki, kryzysu życia małżeńskiego, odkrywania rodzinnych tajemnic, po choroby, śmierć, nieracjonalną miłość. 

Bo wiele perspektyw, wiele narracji, wiele głosów.

Bo tekst główny, bo maile, bo SMS-y, bo sny, bo wiersz (po Annie May, tu również kawałek Krisa Wardena). 

Autorka stara się. To nie jest pisanie tekstu na odpieprz, aby szybko go wydać. Opolska chce zadowolić każdego czytelnika, i to widać. 

PODSUMOWANIE

Związałem się z Różą. To ważne, może nawet najważniejsze, co książka może zrobić z czytelnikiem. Jestem świadomy, że nie jest to powieść idealna. Wiem, że Agnieszka Opolska ma w sobie jeszcze duże rezerwy. Tym bardziej z niecierpliwością czekam na kolejną książkę cyklu, ale, chyba bardziej, na coś zupełnie innego, oderwanego od serii. 

Nie zostaje mi nic więcej niż polecić wam tę książkę. Zapewnicie sobie wieczór (lub kilka) istnej huśtawki emocji. Czasem będzie wam ciężko przebrnąć stronę, czasem z zapartym tchem będziecie połykać kolejne. 

Jestem ciekaw, jak wy odbierzecie koncept osnucia głównych wątków powieści wokół treści Małego Księcia, bo mi wydawał się na początku dość tanim chwytem. Później uznałem, że to strzał w dziesiątkę i książka wiele by straciła, gdyby zrezygnować z tego pomysłu. 

Zamierzam dalej śledzić rozwój pisarstwa Agnieszki Opolskiej, gdyż intuicja podpowiada mi, że zdoła mnie ona jeszcze niejednym zaskoczyć. Nie tylko jako pisarka malująca, ale i jako malarka pisząca. 










7 komentarzy:

  1. co za niesamowita recenzja, już tak dawno nie czytałam tak cudnej :D jestem pod wielkiem wrażeniem :D
    a sama juz nie umiem sie doczekać kiedy przeczytać "Różę" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że mnie odwiedziłaś i przeczytałaś recenzję!

      Na "Różę" warto poczekać. Ja jestem bardzo zadowolony, że mogłem przeczytać tę książkę przed premierą. To nie był stracony czas.

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Apel został przyjęty, grafika w drodze:) Dziękuję za konstruktywną krytykę. Pozdrawiam serdecznie Agnieszka Opolska

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowita recenzja ☺ samej powieści nie mogę się doczekać a po tak dobrej recenzji wiem że będę Ty częstym gościem. Pozdrawiam w Nowym roku

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesamowita recenzja ☺ samej powieści nie mogę się doczekać a po tak dobrej recenzji wiem że będę Ty częstym gościem. Pozdrawiam w Nowym roku

    OdpowiedzUsuń
  5. Niesamowita recenzja ☺ samej powieści nie mogę się doczekać a po tak dobrej recenzji wiem że będę Ty częstym gościem. Pozdrawiam w Nowym roku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Zapraszam jak najczęściej! I polecam "Różę"!

      Również wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

      Usuń