środa, 14 grudnia 2016

Pierwsza miłość, ostatnie posługi


Królestwo! Królestwo! Królestwo za czas na książki!

Ostatnimi czasy z książkami mam stosunki rzadkie i przerywane. Owszem, flirtuję regularnie z wieloma, ale kończy się zwykle na randce, dwóch, o głębszych relacjach nie wspominając.

- McEwana znasz?
- Nie, pierwsze słyszę.
- Lżejsza wersja Bukowskiego. Spodoba ci się.

Hasło "Bukowski" budzi moją czujność. Na chwilę. Za parę godzin moją czujność budzić będzie alarm w telefonie i kawa z mlekiem, z dużą ilością mleka, żeby szybciej można ją było wypić. 

Po kilku dniach, kiedy po powrocie z pracy ze zdumieniem zauważyłem, że oto mam tak zwany "czas wolny", postanowiłem dać szansę niejakiemu McEwanowi. Zdmuchnąłem kurz z kindle'a, chwyciłem butelkę mojego ulubionego aktualnie Oyster Bay Sauvignon Blanc i udałem się do łazienki, gdzie już czekała na mnie wanna pełna gorącej wody. Skończyłem czytać, kiedy na dnie butelki nie została już nawet kropla, woda w wannie zrobiła się nieznośnie zimna, a walenie w drzwi łazienki nie mogło być już dłużej ignorowane. 

Czynność tę powtórzyłem nazajutrz. 
McEwan pozostawił mnie z uczuciem niedosytu. 
Bardzo miłego niedosytu.

Po przeczytaniu zbioru opowiadań Pierwsza miłość, ostatnie posługi wiem, że chcę więcej.

Zawsze ciekawi mnie to, co inni myślą o książkach, które właśnie pochłonąłem. Wujku Google, powiedz przecie... Większość opinii na temat tego zbioru była zgodna z moją, niemniej rozczarowały mnie one. Jak to jest, że już nawet recenzje książkowe, czy teksty "okołorecenzyjne", przypominają te tanie quasi-artykuły rodem z WP, pełne tandetnych, szablonowych haseł? Spójrzcie choćby na początkowy fragment tekstu z "Wyborczej" (2009):

 "Pierwsza miłość, ostatnie posługi" to zbiór ośmiu dojrzałych, mocnych opowiadań. Za kanwę każdego służył kapitalny pomysł, wszystkie trzymają w niebywałym napięciu. Od pierwszych zdań widać talent McEwana do kreślenia wiarygodnych, niejednoznacznych bohaterów."

"Szkolne" to i nijakie. 

Zgadzam się, opowiadania McEwana są naprawdę dobre, pokochałem je, jak kocha się czasem najzwyklejszą, używaną codziennie rzecz, ale czy "kapitalny pomysł" to dobre określenie konceptu, jakim posłużył się pisarz? Wszak nie on pierwszy pisał "o tych rzeczach" w taki sposób. "Niebywałe napięcie"? Ja odczuwałem raczej "niepokojący spokój", żadne "napięcie" mnie nie nękało, może dlatego, że jako człowiek stąpający twardo po ziemi, który niejedno nie tylko czytał, ale i widział czy przeżył, zdaję sobie sprawę z tego, że życie dzieje się głównie blisko podłoża. 

Ale dość. Innych recenzentów zostawiam już w spokoju. 

Zbiór, o którym piszę, zawiera osiem opowiadań. TYLKO osiem. Kto się zaczyta, będzie wiedział, co mam na myśli. Jedno przechodzi w drugie bez zgrzytów, dysonansów. Płyną jak (brudna) rzeka, która jest częstym elementem świata przedstawionego. 

McEwan zbiorem owym debiutował, a był to rok 1975. Na tamte czasy musiała to być rzecz dość kontrowersyjna. Z moich obserwacji wynika, że obecnie również budzi skrajne emocje. Z pisarzami wielkiej klasy tak już jest. Albo się ich kocha, albo nienawidzi. 

Czy McEwan przypomina mi Bukowskiego? Podobieństwa są, owszem, ale streścić je można chyba jedynie dużymi ogólnikami. Że kolokwializmy, wulgaryzmy wręcz, że o seksie i bebechach, że raczej bez pościgów, wybuchów i gwiazd. 

Pan "Makabra", jak go (niesłusznie według mnie) niektórzy nazywają, tymi ośmioma opowiadaniami zdobył moje uznanie, przebił się do czołówki moich ulubionych autorów, zajął miejsce obok wspomnianego Bukowskiego, Hłaski, Zoli, Marka Nowakowskiego. 

Mógłbym teraz powtarzać za innymi, na siłę streszczać opowiadania, że o dojrzewaniu, że o odkrywaniu seksualności, że o dewiacjach, utracie niewinności, o drzemiących w ludziach żądzach, o potworach przyczajonych w każdym z nas. Ale czyż nie można w ten sposób streścić co drugiej książki co trzeciego autora? Owszem, prawda to, ale tyle warta co stwierdzenie, że pada, podczas gdy pada. Od kilku godzin. 

W wielu recenzjach, które wygrzebałem z internetowego śmietnika, zabrakło mi jednego, jakże ważnego spostrzeżenia. Te opowiadania są o nas. O wszystkich, bez wyjątku. Może wielu z was urażę tym stwierdzeniem, ale oczywiście mam to gdzieś. McEwan obnaża człowieka, ukazuje go w pełnej krasie. Oprowadza nas nie tylko po "świecie oficjalnym", ale pokazuje też "ciemną stronę księżyca". I, co najistotniejsze, nie ocenia. Wszelkie tkwiące w bohaterach (w nas), powszechnie uznawane za dewiacyjne, pierwiastki, są dla niego czymś zupełnie oczywistym.

Opowiadania McEwana są pisane prostym, zbliżonym do mówionego, czy też "myślanego", języka. Wątpliwe, że znajdą w nich pożywkę miłośnicy tyleż wzniosłych, co miałkich "złotych myśli" do wklejenia na facebookową tablicę. 

Moja sympatia do McEwana wynika z jeszcze jednego faktu. To (pozytywnie) dziwne uczucie, kiedy raz po raz zauważałem, że bywałem w tych samych miejscach co bohaterowie jego opowiadań. Kilkadziesiąt lat później, ale jednak. 

Nie lubię tego momentu, lecz wypadałoby wyrazić swoje zdanie jeszcze na ten temat. Ulubione opowiadanie. Wszystkie! A tak na poważnie... wszystkie. Może łatwiej byłoby napisać, które przemówiło do mnie najmniej. Chyba Stereometria, ze względu na elementy fantastyczne. Ostatni dzień lata i Motyle to te, które najbardziej utkwiły w mojej pamięci, jeżeli już musiałbym wybrać  ulubione ("ulubione" to bardzo chybione określenie). 

Nie zostaje mi nic innego, niż zacząć przymierzać się do powieści McEwana. I do ekranizacji jego twórczości, czego, jako miłośnik dziesiątej muzy, nie mogę pominąć. 

Dziękuję, Ula, za podsunięcie mi pod nos Pierwszej miłości...!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz