sobota, 21 maja 2016

"Dziewczyna z pociągu"



Tytuł recenzji jest pozbawiony polotu.
Bo i książka przeciętna.

Właściwie to miałem nigdy nie pisać o tej powieści. Przeczytałem ją w zeszłym roku i nie czułem potrzeby recenzowania jej. Przeczytałem zresztą pod naciskiem. 

- Czytnij "Dziewuchę", to może być dobre! - Namawiano mnie. - Wszyscy to teraz czytają! Musisz wreszcie zrecenzować coś znanego!

No i skusiłem się, choć mój szósty zmysł ironicznego ignoranta wszystkiego co superpopularne podpowiadał mi, że powieść raczej nie zmieni mojego życia. 

Pamiętam, że jeszcze zanim wyjechałem z kraju, widziałem autobusy oblepione reklamami książki. Dziewczyna z pociągu była dosłownie wszędzie.

Książkę czytałem - a jakże - w pociągu, po kawałku, jadąc do pracy.

Nie uważam, że powieść pani Hawkins jest bardzo zła. Wiele rzeczy spodobało mi się w niej. "Lubię pociągi, co w tym złego? Pociągi są cudowne." - czytałem i przez chwilę czułem więź z główną bohaterką. No i Euston, stacja, na której niemal codziennie wysiadała Rachel. Moja ulubiona stacja kolejowa. I ja, tak jak bohaterka, wysiadałem tam codziennie rano i zmierzałem do pracy. Zawsze przy wjeździe na stację wyglądałem przez okno. Po prawej stronie leżała niebieska dziecięca kurtka. Zastanawiałem się nad tym, jaka jest historia tej kurtki. Snułem scenariusze. Została porzucona specjalnie, czy zgubiona? W jakich okolicznościach? Jak wyglądało dziecko, które ją nosiło? Było chłopcem czy dziewczynką. Czytając o Rachel, widziałem wiele analogii i uśmiechałem się do siebie w duchu. 

Pomysł na książkę jest świetny. Wyłożenie treści również. Historię poznajemy z trzech różnych punktów widzenia. Rachel, Anna i Megan nie tylko otwierają nam świat przedstawiony, odkrywają jego tajemnice, ale również pozwalają nam poznać ułamek psychiki kobiet o odmiennych (a jakże podobnych jednak) doświadczeniach, zrozumieć motywacje ich czynów. 

ALE

Nie odczuwałem wielkiej przyjemności z czytania. Ot, kolejny wypełniacz czasu. Czytywałem recenzje, które pod niebiosa wychwalały niesamowite napięcie w powieści, klimat (ależ mnie drażni to słowo! "atmosfera" może też brzmi trochę meteorologicznie, czy może nawet kosmicznie, ale w większości przypadków pasuje bardziej!), że niby coś o dreszczyku emocji, że znakomity thriller, kryminał czy co tam jeszcze. Serio? Trzy czwarte książki czytałem, wiedząc, KTO ZABIŁ, że zabił w ogóle, i ziewałem, jakbym miał zaraz połknąć cały wagon. Trzymała mnie tylko ciekawość, jak autorka z tego wybrnie, czy szykuje jakąś niespodziankę dla tych, którzy domyślili się wszystkiego zbyt szybko?

Nie tylko dla tak zwanej akcji czytam książki. Nie muszę siedzieć jak na minie, kiedy przewracam kolejną stronę. Nie należę do "pożeraczy sensacji" czy "wielbicieli hollywoodczyzny". Lubię natykać się na trafnie sformułowane myśli, a już zupełnie wielbię trafne i ładnie zapakowane w słowa. W Dziewczynie z pociągu nic takiego nie odnalazłem. Owszem, podkreśliłem kilka dobrych fragmentów, ale dupy nie urywają.

Nie ma większych męczarni, nic nie boli bardziej niż niewiedza. (Blisko do Coelho, co?)

Dopiero rok, może dwa lata temu uświadomiłam sobie, jaki to wstyd, kiedy ktoś się nad tobą lituje. 

Czasem czuję się tak źle, że muszę się napić, czasem tak źle, że nie mogę. 

Bardziej niż oś intrygi interesowały mnie te bardziej przyziemne, codzienne sprawy bohaterek. Ich problemy w związkach z mężczyznami, uzależnienia, lęki i obawy, zmaganie się z wyborami: pasja i kariera czy rodzina? Jednak żadna z postaci nie utkwiła mi w pamięci, do żadnej nie poczułem nic, ani sympatii, ani antypatii. No, może poza Rachel, którą przez chwilę zaczynałem lubić, a która później poczęła mnie irytować. Jęczybuła, klucha z depresją jak stąd do Mozambiku. Ja cię, Rachel, rozumiem, pewnie, ale to jest POWIEŚĆ, a nawet SUPERPOWIEŚĆ, bestseller i w ogóle! Mogłabyś pokazać trochę charakteru.

Pora kończyć. I tak piszę tę recenzję trochę na siłę, ale chciałem zsolidaryzować się z osobami, które nie pojmują "fenomenu" książki pani Hawkins. Ja pojmuję, lecz nie akceptuję. Znowu sprawdza się metoda: najpierw robimy z książki bestseller, a potem ona się tym bestsellerem stanie, jakakolwiek by nie była. Hajs, hajs, hajs. A skoro już przy pieniądzach jesteśmy - ciekaw jestem, ile zapłacono Kingowi za publiczne zachwyty nad Dziewczyną z pociągu? Nie mam nic do takich praktyk, jakkolwiek uważam, że jest to robienie czytelnika w bambuko. Co żeś, Kingu, znowu ćpał, żeś spać nie mógł? A jeżeli Kingowi naprawdę podobała się ta powieść? Nie, to niemożliwe, prawda? No, powiedzcie, że niemożliwe. Proszę... 

PS Ciągną fejm książki i produkują film na jej podstawie. Mam nadzieję, że będzie lepszy. I tak go nie obejrzę. Albo obejrzę dziesięć lat po premierze. Jak zwykle.