poniedziałek, 14 marca 2016

Mad Max - Maksimum kiczu, maksimum rozrywki

Jak zwykle nie wiem od czego zacząć, zacznę więc od początku.

Albo nie. Zacznę od tego.

Panie Miller, nie znam nastolatków z taką energią, z taką wyobraźnią, z taką pasją! Jeżeli dożyję siedemdziesiątki, to chcę być George'em Millerem i robić filmy za 150 milionów dolarów!

JEST ZADĘCIE

Ale chwilowe.
Po kilku przesadnie patetycznych zdaniach typu "Zabijamy za benzynę.", czy hasłach w stylu "Wodne wojny", pomyślałem sobie...: Tak, to jest Max, ale nie wiem, czy akurat takiego Maxa chcę. 

Na szczęście pan Miller ma niesamowite wyczucie i nie każe nam długo słuchać podobnego pieprzenia, choć przyznać trzeba, że pieprzenie to ma sens i "Wodne wojny" to wcale nie taka fikcja. Wszak dziś już mamy spory deficyt wody pitnej. A i o paliwo toczone są wojny, w których giną niewinni ludzie. W pewnych rejonach świata "Człowieczeństwo ograniczone jest do jednego instynktu: przetrwania.".

WSZYSTKO, CO NAJLEPSZE

Pościgi, sceny walki, popisy kaskaderskie, porody. Tak, porody. 

Akcja filmu zanurzona jest w świetnej muzyce (poniżej link, póki co działający). Do tego dostajemy klasyczny, dyskretny humor znany z poprzednich części Mad Maxa oraz wcale nie dyskretną, walącą po oczach, ogłuszającą, potężną dawkę groteski i absurdu. Składniki na Mad Maxa się zgadzają. Ale czasy są inne. Technika komputerowa robi swoje (aż trudno uwierzyć, że zaledwie około 20% efektów specjalnych w filmie to zasługa komputerów!), kaskaderka też poszła do przodu, a i wymagająca widownia nie chce mieć czasu na ziewanie. Kostiumy, sceny walki, efektowne kraksy... Mega! Mógłbym rozpływać się nad Na drodze gniewu, ale nie samym rozpływaniem się Niezależna Krytyka żyje. 

Mad Max: Fury Road Soundtrack






TOM HARDY VS MEL GIBSON

Czy to porównanie ma sens? Nie ma. Jednak, kiedy słyszę "Mad Max", widzę właśnie Mela Gibsona. Nie twierdzę, że Tom Hardy źle zagrał Maxa, że do roli nie pasuje. Wręcz przeciwnie, Tom Hardy to jedyny słuszny wybór. Jednak jeśli w grę wchodzi sentyment i legenda filmu (czy też cyklu filmów) jako taka, serce szepcze: "Gdzie jest Mel?". Tak, piszę to JA, wielki fan Toma Hardy'ego. 

Mimo to Hardy radzi sobie i wygrywa film kilkoma typowymi dla "starego" Maxa kwestiami ("Wiesz, nadzieja to pomyłka."), humorem i zgrabnymi kopniakami rodem z filmów z Chuckiem Norrisem. I miną. Tak właśnie. Głupio zdziwioną miną niezdecydowanego człowieka. Miło się na to patrzy. 

Co ciekawe, rolę głównego bohatera w czwartej odsłonie Mad Maxa miał zagrać właśnie... Mel Gibson! Jednak były to jedynie plany snute w... 2003 roku. 









IMMORTAN JOE 

To jest gość! Połączenie Bane'a  z Lordem Vaderem, do tego trochę jakby żywcem wyjęty z głowy Roba Zombie (Dom 1000 trupów). Robi niesamowite wrażenie. Szaleniec i złoczyńca jakiego ten film potrzebował. W dodatku ściga Furiosę i Maxa, żeby odzyskać swój harem. Jakby tego było mało - dzieli i rządzi w miastopodobnym tworze, sterując armią żołnierzy za pomocą bajeczek o Valhalli i oszczędnie serwując wodę niedobitkom ludzkości. Klasa!
Na marginesie - scena "wydawania" wody przywiodła mi na myśl O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji Szulkina (karmienie ogłupionych mieszkańców schronu chlebem z celulozy, o ile dobrze pamiętam).
 [Przyjemniaczek.]





PORA NA SZYDERĘ

Bo Niezależna nie oszczędza nawet ulubieńców.

Mad Max to akurat kino, w którym wybacza się pewne niedociągnięcia. Ale wytknąć nie zaszkodzi. To, co najbardziej raziło mnie w oczy (i mózg):

- Dupeczki Immortana oczywiście w pełnym makijażu, mimo "delikatnie" niesprzyjających warunków geo-atmosferycznych.

- Ciężarówka o mocy 2000 koni mechanicznych rusza z takiego kopyta (uciekając przed pościgiem), że jeden z pachołów Immortana dogania ją na pieszo i wskakuje jak na wóz drabiniasty. Potem okazuje się, że ciężarówka ciągnęła za sobą "kokon paliwny", co znacznie ją spowalniało, no ale bez przesady...

- Jedna z ulubienic Immortana niemal wypada z ciężarówki, lecz chwyta się tych charakterystycznych dla amerykańskich krążowników szos "kominów" - rur wydechowych. Chwyta się ich i... i nic. Wisi sobie i wydaje się, że mogłaby tak bez końca. Nie parzą jej te kominy w śliczne rączki.

- Scena, kiedy bohaterowie oglądają nocne niebo. Widzą obiekt, który porusza się bardzo szybko. Ponoć to satelita, ale nie jestem pewien, czy twórcy filmów kiedykolwiek widzieli satelitę. Otóż, proszę państwa, satelita nie porusza się jak spadająca gwiazda albo F-16 na niskim pułapie. Spadające. 

- Niektóre kwestie postaci są do przewidzenia. Na przykład ta, kiedy Max odmawia towarzyszenia Furiosie i reszcie samiczek, mówiąc coś w stylu: "Idę własną ścieżką.".


OBEJRZAŁEM MAD MAXA. ŚWIADKUJ MI!

Bardzo, bardzo starałem się wchłonąć film i nie pamiętać o poprzednich częściach. No, nie udało mi się.
Na drodze gniewu to pewnie (obiektywnie) najlepsza część cyklu, ale ja mam słabość do Wojownika szos. To jest dla mnie esencja Mad Maxa, po, momentami nieporadnej i do bólu kiczowatej, pierwszej części i... po prostu do bólu kiczowatej części trzeciej - Pod Kopułą Gromu (Tina, jak oni cię odziali?!).
 [To ja w dzieciństwie. 

Żartuję. To ja aktualnie.]




Mógłbym w tym miejscu szydzić z pierwszej części (rażące dosłownością prawie-metafory, patetyczność) czy zachwycać się wspaniałym absurdem, który nie pozwala widzowi przerwać seansu. Mógłbym napisać pean na cześć Wojownika szos. Ale zamiast tego...

Świadkujcie mi! Obejrzałem film, w którym Hardy nie próbuje być Melem Gibsonem, i chwała mu za to. W którym Charlize Theron bez ręki jest bardziej kusząca niż nieskazitelne dziołchy z haremu Immortana. W którym w pościg za lachonami rusza się z mobilną sceną, na której gra się na gitarach plujących ogniem. Świadkujcie mi! Obejrzałem film, w którym nie ma czasu na oddech, a głębsze refleksje wysnuwasz pomiędzy kolejnymi wybuchami dziwnych pustynnych aut. Świadkujcie mi! Słuchałem dialogów takich jak:

- Jak cię nazywać?
- To nie ma znaczenia.
- Świetnie. Kiedy krzyknę: "Głupcze!", przyleź tu najszybciej, jak potrafisz. 

Albo:

- Ja jestem wagą sprawiedliwości! (Krzyczy to oślepiony szaleniec pędzący przez pustynię i strzelający na oślep z broni maszynowej.) Dyrygentem chóru śmierci!

Widziałem hollywoodzki film bez seksu, romansów, chyba nawet bez pocałunku (sic!) [poprawcie mnie, jeżeli się mylę].

Świadkujcie mi!

Naprawdę, rozerwałem się na Maxa!




 [Poprosiłbym ją o rękę.]






1 komentarz: