niedziela, 27 marca 2016

Świąteczna papka

O Świętach Wielkanocnych w nieco innym, mniej radosnym, ale jak najbardziej refleksyjnym tonie. I krótko, gdyż za moment idę spotkać się z przyjaciółmi, bo między innymi na spędzaniu czasu z najbliższymi polegają święta, nie tylko te. 

Mnie to mnie powinno już dziwić. Właściwie nie dziwi, lecz... rozczarowuje? Szokuje? 

Święta i wszelkie sprawy "religijne" już dawno wciągnięto w sferę profanum. Zaduszki to już bardziej Halloween. Boże Narodzenie to żarcie, lampki i prezenty. 

Nie powinien mnie też dziwić pęd do rywalizacji. Kto ma lepiej oświetlony dom i lepszą choinkę. Kto kupi droższy prezent na Komunię Świętą. Właściwie mnie to nie dziwi, lecz... tak, rozczarowuje i szokuje. 

Kilka dni temu, podczas oglądania telewizji (zjawisko niezwykle rzadkie), natknąłem się na świąteczną reklamę pewnego supermarketu. A, chrzanić to. Nie "pewnego". Chodzi o E.Leclerc. 
Przetarłem oczy ze zdumienia, kiedy zobaczyłem chłopczyka, który mówił, dość zadziornie zresztą: "I co? Kto ma najlepszy koszyk?".

[Reklama do obejrzenia TUTAJ]

Czego są dzisiaj uczone dzieci? Że nawet Wielkanoc to czas wyścigu i rywalizacji? Że są gorsze i lepsze "koszyczki"? Że Święta Wielkiej Nocy polegają na tuningowaniu swoich "koszyczków", a nie na radowaniu się zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa, który umarł na krzyżu, żeby odkupić nasze grzechy? 

Mógłbym w tym miejscu napisać kilkunastostronicowy esej, ale miało być krótko. Zresztą, macie swój rozum i domyślacie się, do czego zmierzam. 

Życzę Wam rodzinnych, ciepłych i spokojnych Świąt. Po prostu.

Pamiętajcie o ich istocie i nie dajcie się wciągnąć w skrajny konsumpcjonizm!

Pozdrawiam,

Niezależna Krytyka! :)



poniedziałek, 14 marca 2016

Mad Max - Maksimum kiczu, maksimum rozrywki

Jak zwykle nie wiem od czego zacząć, zacznę więc od początku.

Albo nie. Zacznę od tego.

Panie Miller, nie znam nastolatków z taką energią, z taką wyobraźnią, z taką pasją! Jeżeli dożyję siedemdziesiątki, to chcę być George'em Millerem i robić filmy za 150 milionów dolarów!

JEST ZADĘCIE

Ale chwilowe.
Po kilku przesadnie patetycznych zdaniach typu "Zabijamy za benzynę.", czy hasłach w stylu "Wodne wojny", pomyślałem sobie...: Tak, to jest Max, ale nie wiem, czy akurat takiego Maxa chcę. 

Na szczęście pan Miller ma niesamowite wyczucie i nie każe nam długo słuchać podobnego pieprzenia, choć przyznać trzeba, że pieprzenie to ma sens i "Wodne wojny" to wcale nie taka fikcja. Wszak dziś już mamy spory deficyt wody pitnej. A i o paliwo toczone są wojny, w których giną niewinni ludzie. W pewnych rejonach świata "Człowieczeństwo ograniczone jest do jednego instynktu: przetrwania.".

WSZYSTKO, CO NAJLEPSZE

Pościgi, sceny walki, popisy kaskaderskie, porody. Tak, porody. 

Akcja filmu zanurzona jest w świetnej muzyce (poniżej link, póki co działający). Do tego dostajemy klasyczny, dyskretny humor znany z poprzednich części Mad Maxa oraz wcale nie dyskretną, walącą po oczach, ogłuszającą, potężną dawkę groteski i absurdu. Składniki na Mad Maxa się zgadzają. Ale czasy są inne. Technika komputerowa robi swoje (aż trudno uwierzyć, że zaledwie około 20% efektów specjalnych w filmie to zasługa komputerów!), kaskaderka też poszła do przodu, a i wymagająca widownia nie chce mieć czasu na ziewanie. Kostiumy, sceny walki, efektowne kraksy... Mega! Mógłbym rozpływać się nad Na drodze gniewu, ale nie samym rozpływaniem się Niezależna Krytyka żyje. 

Mad Max: Fury Road Soundtrack






TOM HARDY VS MEL GIBSON

Czy to porównanie ma sens? Nie ma. Jednak, kiedy słyszę "Mad Max", widzę właśnie Mela Gibsona. Nie twierdzę, że Tom Hardy źle zagrał Maxa, że do roli nie pasuje. Wręcz przeciwnie, Tom Hardy to jedyny słuszny wybór. Jednak jeśli w grę wchodzi sentyment i legenda filmu (czy też cyklu filmów) jako taka, serce szepcze: "Gdzie jest Mel?". Tak, piszę to JA, wielki fan Toma Hardy'ego. 

Mimo to Hardy radzi sobie i wygrywa film kilkoma typowymi dla "starego" Maxa kwestiami ("Wiesz, nadzieja to pomyłka."), humorem i zgrabnymi kopniakami rodem z filmów z Chuckiem Norrisem. I miną. Tak właśnie. Głupio zdziwioną miną niezdecydowanego człowieka. Miło się na to patrzy. 

Co ciekawe, rolę głównego bohatera w czwartej odsłonie Mad Maxa miał zagrać właśnie... Mel Gibson! Jednak były to jedynie plany snute w... 2003 roku. 









IMMORTAN JOE 

To jest gość! Połączenie Bane'a  z Lordem Vaderem, do tego trochę jakby żywcem wyjęty z głowy Roba Zombie (Dom 1000 trupów). Robi niesamowite wrażenie. Szaleniec i złoczyńca jakiego ten film potrzebował. W dodatku ściga Furiosę i Maxa, żeby odzyskać swój harem. Jakby tego było mało - dzieli i rządzi w miastopodobnym tworze, sterując armią żołnierzy za pomocą bajeczek o Valhalli i oszczędnie serwując wodę niedobitkom ludzkości. Klasa!
Na marginesie - scena "wydawania" wody przywiodła mi na myśl O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji Szulkina (karmienie ogłupionych mieszkańców schronu chlebem z celulozy, o ile dobrze pamiętam).
 [Przyjemniaczek.]





PORA NA SZYDERĘ

Bo Niezależna nie oszczędza nawet ulubieńców.

Mad Max to akurat kino, w którym wybacza się pewne niedociągnięcia. Ale wytknąć nie zaszkodzi. To, co najbardziej raziło mnie w oczy (i mózg):

- Dupeczki Immortana oczywiście w pełnym makijażu, mimo "delikatnie" niesprzyjających warunków geo-atmosferycznych.

- Ciężarówka o mocy 2000 koni mechanicznych rusza z takiego kopyta (uciekając przed pościgiem), że jeden z pachołów Immortana dogania ją na pieszo i wskakuje jak na wóz drabiniasty. Potem okazuje się, że ciężarówka ciągnęła za sobą "kokon paliwny", co znacznie ją spowalniało, no ale bez przesady...

- Jedna z ulubienic Immortana niemal wypada z ciężarówki, lecz chwyta się tych charakterystycznych dla amerykańskich krążowników szos "kominów" - rur wydechowych. Chwyta się ich i... i nic. Wisi sobie i wydaje się, że mogłaby tak bez końca. Nie parzą jej te kominy w śliczne rączki.

- Scena, kiedy bohaterowie oglądają nocne niebo. Widzą obiekt, który porusza się bardzo szybko. Ponoć to satelita, ale nie jestem pewien, czy twórcy filmów kiedykolwiek widzieli satelitę. Otóż, proszę państwa, satelita nie porusza się jak spadająca gwiazda albo F-16 na niskim pułapie. Spadające. 

- Niektóre kwestie postaci są do przewidzenia. Na przykład ta, kiedy Max odmawia towarzyszenia Furiosie i reszcie samiczek, mówiąc coś w stylu: "Idę własną ścieżką.".


OBEJRZAŁEM MAD MAXA. ŚWIADKUJ MI!

Bardzo, bardzo starałem się wchłonąć film i nie pamiętać o poprzednich częściach. No, nie udało mi się.
Na drodze gniewu to pewnie (obiektywnie) najlepsza część cyklu, ale ja mam słabość do Wojownika szos. To jest dla mnie esencja Mad Maxa, po, momentami nieporadnej i do bólu kiczowatej, pierwszej części i... po prostu do bólu kiczowatej części trzeciej - Pod Kopułą Gromu (Tina, jak oni cię odziali?!).
 [To ja w dzieciństwie. 

Żartuję. To ja aktualnie.]




Mógłbym w tym miejscu szydzić z pierwszej części (rażące dosłownością prawie-metafory, patetyczność) czy zachwycać się wspaniałym absurdem, który nie pozwala widzowi przerwać seansu. Mógłbym napisać pean na cześć Wojownika szos. Ale zamiast tego...

Świadkujcie mi! Obejrzałem film, w którym Hardy nie próbuje być Melem Gibsonem, i chwała mu za to. W którym Charlize Theron bez ręki jest bardziej kusząca niż nieskazitelne dziołchy z haremu Immortana. W którym w pościg za lachonami rusza się z mobilną sceną, na której gra się na gitarach plujących ogniem. Świadkujcie mi! Obejrzałem film, w którym nie ma czasu na oddech, a głębsze refleksje wysnuwasz pomiędzy kolejnymi wybuchami dziwnych pustynnych aut. Świadkujcie mi! Słuchałem dialogów takich jak:

- Jak cię nazywać?
- To nie ma znaczenia.
- Świetnie. Kiedy krzyknę: "Głupcze!", przyleź tu najszybciej, jak potrafisz. 

Albo:

- Ja jestem wagą sprawiedliwości! (Krzyczy to oślepiony szaleniec pędzący przez pustynię i strzelający na oślep z broni maszynowej.) Dyrygentem chóru śmierci!

Widziałem hollywoodzki film bez seksu, romansów, chyba nawet bez pocałunku (sic!) [poprawcie mnie, jeżeli się mylę].

Świadkujcie mi!

Naprawdę, rozerwałem się na Maxa!




 [Poprosiłbym ją o rękę.]






środa, 2 marca 2016

Magiczny długopis

To był kurewsko ciężki dzień. Od rana do piętnastej roznosiłem councilowskie gazety od drzwi do drzwi. Greenwich - góry i doliny, sto schodów do progu. Jakby tego było mało, ciągle padał deszcz. Byłem przemoczony do suchej nitki i łapała mnie choroba. Czułem przenikliwe dreszcze, w gardle drapało, nogi z każdą minutą jakieś takie coraz bardziej gumowe...

Bardzo się ucieszyłem na tak wyczekiwany "fajrant". Myślami już leżałem w wannie, zanurzony we wrzątku piłem wino i z zamkniętymi oczami słuchałem Coltrane'a. Ale czekała mnie jeszcze podróż metrem z dwiema przesiadkami i jazda pociągiem. 

Wiecie, pomału skrobię własne rzeczy. To znaczy aspiruję do bycia pisarzem, kimkolwiek pisarz jest. Właściwie to nietrudno zaobserwować, że pisarzem może być każdy. No, ale nie będę rozwijał tematu, bo mógłbym tak się żalić bez końca. Zatem wskakuję do metra na Kennington, czarna linia Northern. Czuję, jak lepi się do mnie mokre ubranie. Czuję, że śmierdzę miastem, zatrutym deszczem, potem. Zawsze staję z tyłu, na końcu wagonu. Najwygodniej. Nie trzeba przeciskać się, żeby wysiąść. Zerkam po twarzach. Pakistańczycy, kilkoro Anglików, Azjaci. Obok mnie staje grupa młodych Niemców. Mówią tak głośno, że mam ochotę wypchnąć ich z pociągu na najbliższym przystanku. Na szczęście na najbliższym wysiadają. Później wchodzi bezdomny z kubeczkiem i wygłasza do podróżnych swoją formułkę. Skurczybyk śmierdzi jak skunks. Klepię go po ramieniu, żeby nadstawił kubeczek. Wrzucam mu funta. Ludzie dziwnie patrzą, pewnie dlatego, że sam wyglądam jak bezdomny. A najdziwniej patrzy baba, na oko czterdzieści, która stoi naprzeciwko mnie. Krępa, przy sobie, blondynka. Dobrze ubrana. Mierzy moje buty. Są zmoczone i czuję, że lepiej je zdejmować w masce przeciwgazowej. Baba obserwuje, jak przez dziury w siateczkach na czubkach obu butów wyglądają skarpety. No, cholera, włożyłem takie pod kolor butów, granatowe, ale jak na złość na palcach miały rażąco żółte akcenty, które teraz uśmiechały się do baby. Baba uniosła wzrok i napotkała na moje spojrzenie. Speszyła się. Gapi się teraz, babsko, w okno. I ja patrzę w okno. Odbija się w nim zarośnięta twarz, Mokra, oklapła czapa. Pod oczami wory z węglem. Jasna kurwa, wyglądam jak menel. 

Otwieram plecak. Na podłogę wypada pusta butelka po wodzie. Śmietnisko, nie plecak. Wyjmuję szmatę, która kiedyś była zeszytem. Zawilgocona, pognieciona szmata, którą kocham nad życie. 

Mam czas na pisanie swoich rzeczy tylko w metrze. Praca wyczerpuje mnie do tego stopnia, że kiedy wracam do domu, mam ochotę już tylko spać i mieć wszystko głęboko tam, gdzie słońce nie dochodzi. Ale nie ma zmiłuj. Nawet singiel ma mnóstwo obowiązków domowych. Do tego ciągle robię rzeczy okołoliterackie. Swoją powieść piszę tylko w pociągu i to akurat wtedy, kiedy wiem, że nie ma w nim kanarów, oraz w metrze, rano i po południu. To będzie może półtorej strony dziennie. Góra dwie. 


Tego dnia miałem wyjątkową ochotę na pisanie, prawie tak wielką jak na kąpiel i wino. No to ciach, biorę ten zeszyt, chwytam długopis, zapisuję zdanie, drugie. Żre mi dziś - myślę sobie i uśmiecham się do siebie. Widzę, że baba obserwuje mnie z uwagą. Nagle pieprzony długopis przestaje pisać. Jestem autentycznie wkurwiony. Strzepuję gnoja, rozpisuję, a tu nic. Wkurwienie zmienia się w rozpacz. Jak zwykle wszystko przeciw mnie - myślę. Wagonem zarzuciło i długopis wypadł mi z ręki. Nie miałem zamiaru go podnosić. 

Chcę schować zeszyt. Patrzę, że baba grzebie w torebce. Potem bezmyślnie gapię się w podłogę i dumam nad bezsensem istnienia. Wtem blondyna dotyka mojego ramienia i wręcza mi długopis. Patrzy na mnie takim dobrym wzrokiem, że i dzisiejszy dzień, i wszystkie poprzednie chujowe dni odchodzą w zapomnienie. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Podziękowałem jej tylko. Chyba nie była Angielką, bo odpowiedziała mi tak, że prawie nie zrozumiałem.

Chciałem jej powiedzieć: "Jesteś wspaniała! Dla ciebie to durne pisadło za 80 pensów, dla mnie to słońce wyrwane zza ciężkich, deszczowych chmur, światełko w tunelu. Kobieto, nikt już dawno nie sprawił mi tyle radości tak niewielkim prezentem danym bez słów!". 

Ale nie powiedziałem jej nic. Po prostu zacząłem pisać, szybko i lekko, jakbym mnie ktoś do ładowarki podłączył. Zapomniałem nawet o bólu w kościach. 

Baba wysiada, baba, która stała się dla mnie obiektem uwielbienia. Chcę jej oddać długopis, ale ona pokazuje mi, że mogę go zatrzymać. Odchodzi. Długo odprowadzam ją wzrokiem. A potem piszę. Z uśmiechem. Z nowymi siłami. Z wiarą. 

Przesiadam się na London Bridge i piszę jak w transie do Euston. A potem wsiadam do pociągu i mam kolejne 20 minut na pisanie. Na pisanie magicznym długopisem. Do końca dnia myślę o tej kobiecie i o jej długopisie. I o tym jak wiele może znaczyć tak nieznaczący z pozoru gest. 


Dwa dni później. Wracam z pracy. Jest ciepło i słonecznie. A ja coraz bardziej chory. Mam zamiar jeszcze nazajutrz iść do pracy a potem zrobić sobie wolne, wyleczyć się. Szkoda, że nikt mi za chorobowe nie płaci... 

Piszę. Wiadomo. Od kiedy mam magiczny długopis, pisze mi się jakoś lżej. Nie wiem, jak sobie bez niego poradzę, kiedy się wypisze. Czuję na sobie wzrok kobiety, która siedzi na przeciwko mnie, ale nie odrywam oczu od kartki. Jestem w cugu, zdania mi się kleją. Przynajmniej teraz, kiedy piszę, tak mi się wydaje. Patrzę na nią dopiero, kiedy wstaje i wysiada. To kobieta od długopisu. Zdążyła jeszcze tylko uśmiechnąć się do mnie, zanim zniknęła w tłumie. Do następnego przystanku ze zdumieniem patrzyłem na długopis i obracałem go w palcach. Tak, to oznacza: PISZ! Choćby stronę dziennie, choćby mokry i przemęczony. Choćby darowanym długopisem.