piątek, 26 lutego 2016

"Zjawa". Oscar nie dla DiCaprio

Jak zwykle, kiedy media bombardują mnie czymś "super", "hiper" i "mega", staram się tego nie czytać/nie oglądać, dopóki nie opadnie kurz podniecenia, wrzask zachwytu czy miażdżącej krytyki, ogólna gorączka. Z obejrzeniem Zjawy ociągałem się długo. Z wyrażeniem swojego zdania na temat tego filmu również. Jutro minie tydzień od kiedy zapoznałem się z dziełem. Tydzień, od kiedy zacząłem wewnętrznie "rozprawiać się" z filmem, przeżywać go.
I wiecie co?
Zjawa to naprawdę niezły film. Momentami doskonały. Ale nikt mi nie wmówi, że Leo powinien dostać akurat za tę rolę Oscara.

CO JEST NIE TAK Z TYM LEONARDEM?

Niby nic. Ale ja nigdy nie przepadałem za DiCaprio. Owszem, doceniam umiejętności aktorskie, ponadprzeciętne zresztą, jednak po każdym większym filmie z jego udziałem stwierdzam, że czegoś mu brakuje. Czego? Nie mam pojęcia. To chyba kwestia smaku. 

A może filmy, w których gra, są znacznie lepsze niż on sam? Wiem, pokrętna to logika i mało logiczna, jednak mam wrażenie, że DiCaprio grywa zwykle w filmach na tyle dobrych, że jego obecność czy nieobecność w nich zmienia niewiele. 

Świetny Django wyobrażam sobie bez DiCaprio, za to bez Waltza, Foxxa czy zawsze genialnego i niezwykle charakterystycznego L. Jacksona - ni chu chu.
  

Incepcja? Jarałem się jak Londyn w 1666, ale bardziej niż DiCapriem fabułą filmu i kunsztem Nolana, którego zresztą uwielbiam za udane wskrzeszenie Batmana.

Titanic? Film, choć nie taki znowu stary, jest legendarny i nie ma co się rozpisywać na jego temat. Lubię atmosferę i rozmach, z jakim został nakręcony, jednak nie jestem wielkim jego fanem. No, ryczałem jak bóbr, ale co z tego? Dawno temu i nieprawda. Dzieło Camerona, gdyby nagle wymazać z niego pana Leonarda, nie istniałoby. DiCaprio to nieodłączna część legendy filmu. Ale... No właśnie, zawsze jakieś "ale".

Żeby nie było, jest kilka filmów, za które bardzo cenię DiCapria. Pokój Marvina, Romeo i Julia, Co gryzie Gilberta Grape'a, Przetrwać w Nowym Jorku...

i Zjawa.









BANAŁEM BYŁOBY STWIERDZENIE, ŻE ŻYCIE PISZE NAJLEPSZE SCENARIUSZE. 
ALE PISZE. 

Czytałem o historii Glassa na długo zanim pojawiły się pierwsze informacje o podjęciu prac nad filmem opartym na biografii (czy części biografii) trapera. Pomyślałem wtedy: "Toż to świetny materiał na scenariusz!". Alejandro González Iñárritu był tego samego zdania. I chwała mu za to. Udało mu się nakręcić naprawdę dobry film. 

Ale zanim zabrałem się do obejrzenia Zjawy, podkusiło mnie, żeby pobieżnie przejrzeć recenzje...
"No i chuj, no i cześć.", cytując klasyka. 
https://www.youtube.com/watch?v=mSaTwMiZ6l4
  

"Zjawa" jest oparta na faktach. Prawdziwy Hugh Glass był większym hardkorem niż postać grana przez DiCaprio

Oto tytuł jednego z tekstów traktujących o filmie. Zjawa jest oparta na faktach? Serio? Dobrze, może za bardzo się czepiam, może nie wszyscy to wiedzą. Ale z tym "hardkorem" to przesada. I piszę to JA, który z grzecznym, oficjalnym językiem jest, jakby nie patrzeć, raczej na bakier. 
Artykuł był pełen okropnych baboli, ale został poprawiony. Efekt? Nadal pełno w nim baboli. 
No ale czego oczekiwać od portalu, według którego filmy wyświetlane są na ośrodku narciarskim (sic!). Sundance to miejscowość, ośrodek narciarski w Utah. "Festiwal w Sundance", "filmy wyświetlane na Sundance Film Festival", ale nigdy nie "Festiwal Filmowy na Sundance"...

Ale zaraz, zaraz... O czym ja miałem pisać?

O tym, że ten i podobne artykuły zmotywowały mnie do rychłego obejrzenia filmu i wyrażenia własnego zdania na jego temat. 

I o tym, że życie pisze najlepsze scenariusze. 
Że Glass był "hardkorem".
Dobrze, koniec uszczypliwości. Pozdrawiam portal i dokładności życzę.

ZJAWA NIESTRASZNA

Bo piękna to Zjawa

Jeśli film miałby dostać Oscara, to na pewno za zdjęcia. Lokacje są wspaniałe. 

Kiedy świeci słońce, mrużymy oczy, jesteśmy nim oślepieni. Kiedy go nie ma, zamarzamy razem z bohaterami gdzieś między pniami drzew w bezkresnym lesie. 


Ujęła mnie praca kamery. Sceny walk i pościgów są dynamiczne. Obiektyw zdaje się być niczym nieograniczony, jest jak część powietrza, jak oko Boga, które może być wszędzie i widzieć wszystko z każdej perspektywy. Zarówno jawę jak i sen. 
Bliskość kamery jest wyraźna, ale nie narzucająca się widzowi. Zaparowany od oddechu bohatera obiektyw miło mnie zaskoczył.
Podobnie jak ostatnie ujęcie filmu. To oko puszczone całemu przemysłowi filmowemu, całej historii kina, ale i nieme pytania stawiane widzowi: "Co teraz?", "Czy warto się mścić?", "Czym w ogóle jest zemsta?". 
Brawo, panie Lubezki. Zasłużona nagroda Amerykańskiego Stowarzyszenia Operatorów Filmowych. 


Tom Hardy. 
No, jasna cholera, ten gość zjada filmy, w których gra. Albo po prostu mam obsesję Toma Hardy'ego. Facet przyćmił Christiana Bale'a w Mroczny Rycerz Powstaje. To samo zrobił z DiCaprio w Zjawie
John Fitzgerald to postać o wiele bardziej wyraźna niż Hugh Glass. Bardziej realna. No, ale może właśnie o to chodzi? Fitzgerald to człowiek, Glass zaś to... zjawa. Wolę ludzi. Zdecy-kurwa-dowanie. Tak, jestem fanem Toma Hardy'ego. Oficjalnie.


W filmie pojawia się kilka niezłych tekstów. Chyba się starzeję, bo zaczynają mnie wzruszać truizmy.

"Oni nie słyszą twojego głosu. Widzą jedynie kolor skóry na twojej twarzy."

"Wszyscy jesteśmy dzikusami."

Sam nie wiem, czy to przypadek, że spodobały mi się akurat te fragmenty, które wyraźnie dotykają problemu rasizmu.

No, dobra. Kiedy oglądam westerny, zawsze jestem za Indianami. Amerykanie to naród zbudowany przez uciekinierów z Europy, głównie bandytów. Bandyci ci urządzili rzeź rdzennym mieszkańcom kontynentu. A dzisiaj? A dzisiaj urządzają rzezie na całym świecie. 
No, ale to by było na tyle. Nie rozpędzam się. O filmie miało być... 

STRASZNA ZJAWA?

Może wymagam za dużo, ale animacje zwierząt wyglądają jak... animacje zwierząt. Niby wszystko ok, jednak czuję niedosyt. 

Widać nienaturalność niedźwiedzicy, choć to akurat jestem w stanie wybaczyć; wszak "użycie" prawdziwego misiaka mogłoby skutkować POŚMIERTNYM Oscarem dla DiCapria. No, dobrze, skoro niedźwiedzica sprawia wrażenie "sztucznej", to co mógłbym napisać o stadzie bizonów czy watasze wilków? Może jednak przemilczę. Domyślacie się, co? 


Atak Arikarów. Krew, huk, wszystko płonie. Barka pośpiesznie odbija od brzegu. Strzały sypią się gęsto. Ogólnie - rozpierducha na całego. Dlatego dziwi mnie spokój konika płynącego na wspomnianej barce. Wiem, wiem, to inne czasy, zwierzątka takie były przyzwyczajone do podobnych rozpierduszek. Ale aż tak? Nie chce mi się wierzyć. 

Glass chowa się przed mrozem i odpoczywa w brzuchu konia. Aż dziw, że świeża krew i zapach dopiero co wyjętych wnętrzności nie zwabił drapieżników. Gdzie się podziały niedźwiedzie? Gdzie wilki? 

Dlaczego Glass i kapitan Andrew Henry pojechali szukać Fitzgeralda tylko we dwóch? Czy nie byłoby bezpieczniej zabrać z sobą jeszcze kogoś? Wszak w kupie siła. 

Glass nie potrafi zastrzelić Fitzgeralda z bardzo bliska, choć umie trafić karibu z ogromnej odległości. No cóż - typowy hollywoodzki chwyt na przeciągnięcie momentu rozwiązania akcji. Chwyt przewidywalny i tani, choć nie tak tani jak: "ktoś-kto-ucieka-przez-las-przed-oprawcą-i-lada-moment-potknie-się-i-przewróci". "NA-PEWNO."


PODSUMOWANIE

Momentami film Iñárritu wydaje się być przesadzony pod każdym względem. Chwilami odnosiłem wrażenie, że to reżyserskie, operatorskie i aktorskie popisy odziane we frenetyczno-naturalistyczne łaszki, że to nieproporcjonalne połączenie efekciarstwa i wszelkich chwytów obliczonych na komercyjny sukces z domieszką filozoficznych treści typu: człowiek a natura, miłość a zemsta, strach a lojalność.

Tak, film jest przesadzony, ale genialnie przesadzony. To kawał naprawdę dobrej roboty. Zjawę po prostu bardzo przyjemnie się oglądało, mimo że coraz rzadziej mogę pozwolić sobie na poświęcenie dwóch godzin i czterdziestu minut na film. 

Opowieści o zemście, miłości, zmaganiach człowieka z naturą, pokonywaniu słabości jest wiele. Zjawa zdecydowanie wyróżnia się na tle innych. Bardzo "przyziemne" (Glass ciągle się czołga; momentami nawet irytowało mnie to) efekciarstwo zdało swój egzamin. Kolejna nagroda dla Lubezkiego? Zanosi się na to. W Oscara dla Leo nie wierzę. A jeśli już, to będzie to Oscar bardzo naciągany - nagroda wręczona pod presją mediów. Oczywiście DiCaprio udźwignął rolę legendarnego trapera i myśliwego, choć, podejrzewam, kosztowała go ona niemało wysiłku. Ale, jak sugerowałem wcześniej, Leonardo zdaje się pozostawać w cieniu twórców filmu. Ja bym ci, chłopie, Oscara za ten film nie dał. 

Kiedy jeszcze jako reżysera filmu widziano Johna Hillcoata, do roli Glassa przymierzano Christiana Bale'a. Byłoby to niesamowite ponowne spotkanie z Hardym po Mroczny Rycerz powstaje. I wiecie co? Wolałbym widzieć w filmie właśnie tę parę. Dobrze, że Sean Penn zrezygnował z roli Fitzgeralda. To byłaby kompletna pomyłka. 

Nie zwykłem dawać ocen filmom. Zjawę po prostu dobrze się ogląda. A Leonardo starzeje się z klasą.

Na marginesie - produkcja Zjawy kosztowała 135 milionów dolarów. Na pewno pieniądze te widać na ekranie. Ale czy pieniądze to wszystko?
Clint Eastwood powiedziałby: "Mając takie pieniądze, mógłbym dokonać inwazji na jakiś kraj.".





niedziela, 14 lutego 2016

Krabat: Uczeń czarnoksiężnika

Czyli

Krabat: Čarodějův učeň



Dlaczego piszę akurat o Karelu Zemanie? Po pierwsze dlatego, że jest jednym z moich ulubionych reżyserów, czy może pojmując rzecz szerzej - twórców filmowych. Dla mnie to mistrz nad mistrzami, potrafiący jak nikt połączyć grę aktorską z animacją (pamiętajmy - Zeman urodził się w 1910 roku!), humor i groteskę z mrokiem i niepokojem, nietajemne z tajemnym. 

Pamiętam, że pierwszym dziełem Zemana, które obejrzałem, było Inspirace. Czasy studiów, kiedy więcej rzeczy t r z e b a obejrzeć, niż c h c e się obejrzeć. Ale Inspirace urzekło mnie do tego stopnia, iż począłem dokładniej zgłębiać twórczość czechosłowackiego artysty. 

Wtedy zacząłem rozumieć.
Tim Burton, którego filmy uwielbiam do dziś, okazał się być, przynajmniej we wczesnym okresie swojej (animacyjnej) twórczości, epigonem. 

Jaki Michael Crichton? Jaki Steven Spielberg? Jaki Jurassic Park? Najpierw Ray Harryhausen i Karel Zeman właśnie! 

Jako mały chłopiec interesowałem się paleontologią i fantastyką, trochę mniej horrorem (na tyle, na ile mały chłopiec może interesować się horrorem, rozumieć go i przyswajać poza kontrolą rodziców). Kiedy zacząłem studiować twórczość Karela Zemana, poczułem się tak, jakbym odbył podróż w przeszłość i właśnie otwierał przed snem Zaginiony świat Arthura Conana Doyle'a lub Tajemniczą wyspę Juliusza Verne'a.


Kiedy oglądałem filmy Zemana, szczególnie animacje, zawsze kojarzyły mi się one z tym, co wyczyniał Terry Gilliam w Latającym cyrku Monty Pythona. Później odkryłem, iż Gilliam rzeczywiście inspirował się Zemanem, szczególnie (co teraz wydaje się tak oczywiste) w przypadku Niezwykłych przygód Barona Munchausena. Okazało się, że z powieści panów Raspe i Bürgera (tak! tego od Lenory!) wcześniej niż Gilliam (1988) skorzystał właśnie Karel Zeman (bodaj 1962!). 
[poniżej kadry z filmów Zemana i Gilliama]





Uwielbiam serię filmów z Godzillą, szczególnie z wytwórni Tōhō. Po obejrzeniu kilku filmów Zemana uznałem, że i Godzilla swymi korzeniami sięga do twórczości czechosłowackiego twórcy.


Pewnie za to lubię Zemana. Za to, że odnajduję w nim wszystko to, co interesowało mnie i fascynowało jako małego chłopca. I że dziś, jako dojrzały mężczyzna (czy o mężczyźnie można w ogóle powiedzieć, że jest "dojrzały" w utartym tego słowa znaczeniu?) odnajduję w nim wszystko to, czego mi trzeba - oddechu, niczym nie hamowanej fantazji graniczącej z absurdem, przygód. 

Ale miało być o Krabacie...

Otóż...

jeśli oglądaliście film produkcji niemieckiej z 2008 roku, a nie widzieliście animacji Zemana z 1977 - wstydźcie się. A jeżeli oglądaliście animację z 1977 a potem, tak jak ja, PRÓBOWALIŚCIE oglądać film z 2008, to doskonale wiecie, do czego zmierzam. 
Zatem nie będę pastwił się nad filmem. Skupię się na animacji.

Krabat... uważam za najwybitniejsze dzieło Zemana. Uproszczona (co nie znaczy "prosta") animacja powaliła mnie atmosferą. Odnalazłem plakat, który reklamował tę produkcję jako "film dla dzieci" (sic!). Nie. To nie jest film dla dzieci. To znaczy - nie jestem pewny, czy dzieci udźwignęłyby ciężar tego obrazu, jego wieloznaczność, mnogość odniesień, mroczną baśniowość, choć - swoją drogą - baśnie Braci Grimm w większości też nie są przeznaczone dla"małolatów", a tak właśnie się je przedstawia. 


Krabat... urzeka tak dźwiękiem, jak i muzyką. 
Animację tę oglądałem ostatnio po wielu latach, już jako dojrzały odbiorca. Jako dziecko nie byłem w stanie zauważyć (może jedynie bardzo intuicyjnie) odniesień do słowiańskich mitów i legend. Dopiero teraz widzę, jak bardzo Krabat... jest "czarną baśnią", przesyconą zakazaną magią, paktowaniem z nieczystymi mocami. Jak wiele jest tam przemocy i grozy.

Ale, oczywiście, prawdziwa miłość i dobro pokonają wszystkie złe siły. 

Nie chciałbym opowiadać o fabule. W przypadku takich perełek to zbyteczne i bezsensowne. Polecam obejrzeć (jest gdzieś w sieci czeska oryginalna wersja). Warto oglądać takie rzeczy, szczególnie teraz, w dobie "akcji ponad treścią". 
Mnie, oczywiście, oprócz atmosfery, urzeka wątek miłosny i śpiew dziewczyny.
Krabat... polubią szczególnie miłośnicy niepokojących, klasycznych baśni, pełnych odniesień, powtarzalności zdarzeń, walki dobra ze złem.

I jeszcze jedno: KRUKI. Jeżeli ktoś z was interesuje się krukami, musi zapoznać się z obrazem czechosłowackiego twórcy. Ja kruki uwielbiam. I zdradzę, że przygotowuję do publikacji na blogu pracę mojego przyjaciela traktującą właśnie o KRUKU w kulturze. 


niedziela, 7 lutego 2016

Być czy nie być; oto jest PISANIE

Masz, pisarzu dwie drogi.

BYĆ, czyli:

  • weź kilka książek najbardziej rozchwytywanych w ostatnim czasie; najpewniej będzie to sensacyjny porno-thirller z elementami dramatu, rzecz do czytania na dworcach, dla zabicia czasu, pisana prostym językiem, bez zbędnego pierdolenia o wartościach; ma być pikantnie, ma się dziać, dziać i jeszcze raz dziać, żeby znudzeni podróżni lub kury domowe stojące z patelnią nad gazem mieli z tego substytut Red Bulla czy innego Monstera, a jednocześnie nie byli bombardowani trudnymi wyrazami, złożonymi zdaniami, poetyckim językiem czy filozoficznymi rozmyśleniami, bo na co to komu?; bo kto ma do tego głowę? książka ma zawierać w cholerę nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i być SENSACYJNA!; bo dziś nawet pierogi z kapustą są sensacyjne
  • kiedy już te książki przeczytasz, nakreśl plan swojej, podobnej do nich, i zabierz się za pisanie; nie bój się!; nie musisz znać języka; nie musisz mieć o pisaniu pojęcia; nie musisz nawet kochać pisania, wyznawać jakichkolwiek wartości, dążyć do zrealizowania pewnych idei; twoim jedynym celem powinien być zarobek; i sława; dlatego też, najlepiej zanim jeszcze twoja książka się ukaże, stwórz fanpage na fejsiku, kilka blogów...
  • już? napisałeś? świetnie! ślij to do wydawnictw! pamiętaj - najlepsze są te, które stawiają na ilość, nie na jakość; zapewne poproszą cię o współfinansowanie wydania twojego dzieła, na co zgodzisz się chętnie - dobrze wiesz, że należy najpierw zainwestować w biznes, żeby móc potem z niego wyciągać; jak usłyszałem od jednego w pisarzy - książki to śrubki, produkuje się je i sprzedaje; wysłałeś? zapłaciłeś? no to teraz umowa...; nie licz na dużo; to dopiero początek; przyszła kolej na redakcję; nie licz na rzetelną - przecież to tylko współfinansowanie; najważniejsze, że w ogóle chcą cię wydać, kto by się przejmował błędami i nieścisłościami; sam Mickiewicz robił takie byki, że ho! ho!
  •  w międzyczasie bądź nachalny, zdecydowany, natrętny, miej wysokie mniemanie o swojej twórczości; reklamuj się wszędzie i za każdą cenę; pamiętaj - już niebawem osiągniesz swój cel - twoje książki będą sprzedawane w automatach jak batoniki; będziesz PISARZEM!; czaisz to?; jak Hemingway, Mann, Materna, Anna Powierza, Coco Austin, Kasia Cichopek!
  • a teraz patrz! twoja książka leży na półce w księgarni; możesz być dumny! rób sobie z nią zdjęcia; chwal się na fejsie, instagramie, organizuj konkursy (bo co zrobisz z tymi trzydziestoma darmowymi kopiami?); obserwuj, jak pieniądze rosną na twoim koncie - to już tysiąc pięćset złotych po trzech miesiącach sprzedaży!; obserwuj, jak rośnie liczba twoich znajomych; niektórych nigdy nie widziałeś na oczy, ale to przecież potencjalni klienci, więc pieprz to i dodawaj, dodawaj, dodawaj do prywatnego konta; 
  • stało się! piszesz! wydają cię! wielbią cię tłumy! (twoich dawnych znajomych, którzy nagle przypomnieli sobie o twoim istnieniu); co teraz? teraz możesz odcinać kupony od swojej sławy; jasne, że to żart - zabierasz się za pisanie drugiej książki, kończysz ją i próbujesz ją wydać, ale okazuje się, że albo musisz zapłacić za jej wydanie jeszcze więcej, albo wydawnictwo nie chce cię wydać w ogóle, bo twoje poprzednie dzieło nie przekroczyło progu sprzedażowego, albo proponuje ci umowę na dziesięć lat i dziesięć procent od każdego sprzedanego egzemplarza; czujesz smak sławy?

NIE BYĆ, czyli:

  • bądź oryginalny; miej swój styl, swój język; pisz o rzeczach ważnych, mieszając poetyckie opisy z humorem i erotyką; posługuj się niebanalnym słownictwem - wszak czytelnicy między innymi po to sięgają po książki, żeby dowiedzieć się z nich czegoś; wiesz to, dlatego też nie boisz się podejmować tematów nowych i trudnych; piszesz poprawnie, z dbałością o język; wiesz, że czytając książki, uczymy się języka, że powinny być one napisane zgodnie z zasadami
  • napisałeś już kilka książek; długo nie widziały one światła dziennego; wciąż zastanawiasz się, w jaki sposób je wydać, do jakiego wydawnictwa je wysłać; przecież nie poślesz swoich, w pocie czoła zrodzonych, dzieł byle komu, byle gdzie; za bardzo kochasz literaturę; wiesz, do czego dążysz; jesteś konsekwentny w pisaniu, w realizowaniu swojej idei; chcesz, żeby szanowano cię za to, jak i co piszesz; chcesz, żeby doceniano wieloznaczność, konstrukcyjny kunszt twoich książek; nie zajmujesz się tworzeniem fanpage'a - nie chcesz być nachalny; uważasz, że jeżeli już dojdzie do wydania twoich powieści, obronią się same, bez twojej osobistej ingerencji; zresztą to robota wydawnictwa
  • wysyłasz swoje książki; czekasz na odpowiedzi miesiąc, dwa, trzy... sześć; w międzyczasie piszesz dalej z wiarą, że ma to sens; od jedynej osoby, na której zdaniu ci zależy, dowiadujesz się, że twoje książki są piękne, ale nikt tego nie będzie czytał; bo to nuda; bo język za trudny (drapiesz się po głowie... wydawało ci się, że to normalna polszczyzna...); bo za mało seksu; bo wydarzeń za mało (znowu drapiesz się po głowie...)
  • nie piszesz już prawie w ogóle; skrobniesz parę zdań w zeszycie, ale na tym koniec; z wydawnictw nadal nikt się nie odezwał, a jeśli już się odezwał, to z wiadomością, że i owszem, to dobre książki, ale się nie sprzedadzą, bo są za trudne; ta sama osoba, która objechała twoje pisanie, pociesza cię, że Hłasko też dziś by się nie sprzedawał, co jednak nie za bardzo poprawia twój nastrój; wysyłasz swoją książkę to wydawnictwa, które wydaje wszystko; piszą ci maila szablonem: zapominają nawet zamienić "Pani" na "Pan"; proponują współfinansowanie wydania; jesteś zbyt dumny, żeby zrobić to w ten sposób - pamiętasz książki, które czytałeś, a które były wydawane przy współfinansowaniu: większość z nich to niesamowite gnioty; nie chcesz być wrzucony do jednego worka razem "tamtymi" pisarzami
  • nie piszesz już wcale; skupiasz się na pracy w fabryce (tacy jak ty nie pracują w korporacjach); czasem czytasz coś nowego i myślisz: jakim cudem to zostało wydane? 

A ty? Którą drogą poszedłeś? A może idziesz obiema? A może masz inną drogę?