niedziela, 24 stycznia 2016

O kondycji polskiego czytelnictwa



Czytanie w naszym kraju wróciło ostatnio do łask. Pełno w mediach kampanii promujących czytelnictwo, zachęcających, by wdrażać do niego najmłodsze pokolenie, najlepiej zanim dzieciaki w ogóle wyściubią noski z ciepłych i bezpiecznych łon swoich matek. Ale co tam czytanie! Modne stało się pisanie! Każda szanująca się gwiazdeczka, każdy celebryta musi mieć w swoim dorobku jakąś książkę, najlepiej poradnik, coś o samodoskonaleniu, o pokonywaniu stresu. Ostatecznie może to być książka kucharska. Memoire tylko w przypadku kogoś z wyjątkowo pikantną biografią.


Natchnieni dobrym przykładem z góry maluczcy również chwycili za pióra, czy może raczej zasiedli za klawiaturami. Kury domowe, gdzieś między pieluchami i garami, płodzą gorące erotyki, popłuczyny po przeróżnych Greyach i Crossach. Sfrustrowani codziennością panowie produkują kryminały. Co odważniejsi wypuszczają w świat postapokaliptyczne SF. W takim natłoku nowości wydawniczych nie ma mowy o tym, by to wszystko zostało przeczytane i rzetelnie zrecenzowane w jakiejkolwiek szanującej się gazecie, na jakimkolwiek opiniotwórczym portalu. Ale Polak potrafi! Skoro pozycji tak wiele, jak grzybki po deszczu zaczęły wyrastać blogi recenzenckie. Okazało się bowiem, że każdy przeciętny Kowalski nie tylko potrafi powieść napisać, potrafi ją również zrecenzować. 


Do czego zmierzam, do czego ja piję…? Otóż do tego, moi Drodzy Czytelnicy, że owszem, czytamy. Czytamy jednakże bardzo kiepskie książki, polecane przez domorosłych recenzentów, którym wydaje się, iż przyswojenie kilku streszczeń lektur daje im wystarczające kwalifikacje do tego, by recenzować literaturę. Ubzdurali sobie, iż recenzja to krótkie streszczenie fabuły, często ze zdradzeniem kluczowych wątków, plus dopisek, czy się podobało, czy nie. Na szczególną uwagę zasługuje język owych "recenzyj", często nie wznoszący się ponad poziom gimnazjalny. Nie wspomnę już o niechlujności tych nieszczęsnych wpisów, gdzie ani interpunkcji człowiek nie uświadczy, ani o ortograficzną poprawność też nikt się specjalnie nie stara. Do tego książki, w których pojawiają się opisy dłuższe niż cztery wersy czy jakiś monolog wewnętrzny bohatera są uznawane za nudne i bezwartościowe. Jak widać, teraz liczy się tylko to, co kto komu i gdzie wetknął. Inna literatura nie ma racji bytu.


Przejdźmy jeszcze do "fejzbuka". Tutaj to dopiero się dzieje! Wystarczy zebrać odpowiednią ilość "lajków", skrzyknąć odpowiednio szerokie grono "folołersów", by z największego gniota zrobić dzieło literatury! Rozmaite obozy szczują się nawzajem, podbierają sobie zaprzyjaźnionych blogerów, których intencje też nie zawsze są czyste. Większość z nich pisze te przesłodzone "opinijki" wyłącznie po to, aby wyłudzać darmowe książki, które potem mogliby odsprzedać. No cóż, każda okazja do zarobku jest dobra, gdy jest się w gimnazjum… Mnie bardziej przeraża jednak inne zjawisko: obmawianie autorów w zamkniętych grupach autowazeliniarstwa. Przychodzi mi do głowy tylko jedno określenie na ten proceder: cała ta blogosfera to gówno zawinięte w złoty papierek. Na zewnątrz "lajkowanie" i puszczanie serduszek, a za zamkniętymi drzwiami szyderstwa i nóż w plecy. Może ja też należę do tego grona? Do bandy frustratów, którzy rekompensują sobie brak zdolności pisarskich niszczeniem dorobku innych ludzi? Oczywiście, są i złe książki, szczególnie teraz jest takich wyjątkowo dużo. Można jednak i o nich napisać tak, aby autor – który przecież tworzył w dobrej wierze i podzielił się ze światem swoim dziełem mając nadzieję, że i inni dostrzegą jego wartość – nie poczuł się po przeczytaniu opinii o swojej książce jak ostatni patałach. Czy ktokolwiek oprócz mnie pamięta jeszcze co to jest "konstruktywna krytyka"?  


Zdawało mi się, że czytają ludzie kulturalni i elokwentni. Łudziłem się, iż jest to elitarna rozrywka. Mówię oczywiście o czytaniu ze zrozumieniem… Wydawało mi się, że siedzimy w tym razem, my, czytelnicy. Że stoimy po jednej stronie barykady, że pragniemy, aby to właśnie z myślą o nas pisano dużo i dobrze. Jak widać jednak, są czytelnicy i czytelnicy. Zwykło się mówić, iż o gustach się nie dyskutuje. Nie ma stwierdzenia, które stałoby w większej sprzeczności z moimi poglądami. Myślę, że nastał najwyższy czas, aby ktoś rozpoczął taką dyskusję, wskazał właściwą drogę. Są kanony sztuki, muzyki, dlaczego więc niektórzy upierają się, że w literaturze już ich nie ma? Chcę, by odrodziły się autorytety, aby opiniotwórczy głos zabierali ludzie, którzy przeczytali coś więcej niż tylko kilka poradników, kilka erotyków i ze dwa kryminały. Jeśli to się nie stanie, z literaturą już wkrótce może dziać się to samo co z telewizją: będzie się nam serwować już tylko niewymagającą myślenia papkę, którą polecać nam będą ludzie mający problem ze skleceniem poprawnego gramatycznie zdania złożonego.


Zacznijmy mówić i pisać o dobrych książkach. W dobry, kulturalny i szczery sposób.

                                                                       Jan Kowalski, czytelnik z aspiracjami

2 komentarze:

  1. Przeczytałam i trudno się nie zgodzić. "Blogerka" jest modą, niczym nie ograniczoną. Każdy może sobie, pod dumnie brzmiącym pseudonimem, pisać co mu się żywnie podoba. To nie jest złe, ale kiedy ktoś zabiera się za recenzowanie i wytyka komuś błędy, samemu popełniając ich całe mnóstwo, to już jest słabe. Trzeba rozróżnić "recenzowanie" od "wyrażania opinii". Do opinii ma prawo każdy (przeczytałam i mogę powiedzieć: "Nie podoba mi się", i wcale nie muszę argumentować). Natomiast, kiedy ktoś zabiera się za recenzowanie, to już inna bajka. Jest całe mnóstwo blogów, które robi to fatalnie, a błędy rażą, nie wspomnę o spoilerach. Ostatnio czytałam recenzję książki, której autorka zdradza główną intrygę. Taką recenzją można komuś zepsuć przyjemność czytania. Pozdrawiam, fajny tekst :) Może też coś napiszę jako gość.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy tekst i niestety bardzo wiele w nim prawdy. W dzisiejszym świecie każdy ma prawo opiniować i recenzować. To jego prawo, a dzięki internetowi jest to bardzo proste. Wydawnictwa też nie ułatwiają w selekcji blogów. Żeby zgłosić chęć współpracy wystarczy to, że blog działa od pół roku i ma 100 obserwujących. Oczywiście dobre wydawnictwa, którym zależy na recenzjach na poziomie tak nie działają, ale cała reszta traktuje blogi jak darmową reklamę. I to jest problem. Zabawne są też sytuacje, w których wydawnictwo zrywa umowę z recenzentem, ponieważ autor nie był zadowolony z recenzji i nie chodzi o jej poziom, a o to że była krytyczna. To dosyć smutna sytuacja.

    Nie wiem jak działa mój blog. Zapewne popełniam błędy jak każdy. Staram się być jednak rzetelna w ocenianiu, a jednocześnie jestem bardzo subiektywna. Nie uważam się za wielkiego recenzenta. Nie mam wykształcenia w tym kierunku, a blog traktuję jak dobrą przygodę i szansę na poznanie ciekawych osób. Może to błąd jednak ciężko go zweryfikować :)

    Pozdrawiam,
    Artemis


    Tydzień z Agnieszką Opolską do wygrania 3 egzemplarze Anny May z autografem!
    http://artemis-shelf.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń