wtorek, 24 listopada 2015

Właściwie dlaczego? Czyli o rynku wydawniczym w Polsce.

A dlatego, że nie jestem zadowolony.

Od jakiegoś czasu (od bardzo długiego czasu) obserwuję cały ten polski literacki grajdół. Co wynika z tych obserwacji? Pewnie nie zauważyłem więcej niż każdy zdrowo myślący obserwator.

Siedem grzechów głównych tak zwanej "branży":

1. Krajowy rynek literacki to właściwie "ryneczek". Można zapytać: - Jak to? Jest tyle książek, tylu autorów, targi, akcje, promocje - literatura w Polsce dawno nie miała się tak dobrze! 
Owszem, prawda, ale gówno prawda. Przybywa nam autorów. Autorzy rosną jak grzyby po deszczu. Szkoda, że jak sromotniki bezwstydne. Piszących jest tylu, ilu czytelników. Może nawet więcej. Książki produkowane są taśmowo. Jeszcze nigdy wydanie własnego "dzieła" nie było tak łatwe jak obecnie. Czy to źle? Paradoksalnie, bardzo źle. Dlaczego? Otóż...

2. Poziom literatury spada na łeb na szyję. Łatwość, z jaką można "zrobić" sobie książkę sprawia, iż na rynku wydawniczym pojawia się masa autorów nie mająca pojęcia o pisaniu, a często nawet o języku ojczystym. Ale czy to wina autorów? W połowie. A druga połowa winy? Druga połowa winy leży po stronie

3. wydawnictw. Wydawnictwa również rosną jak grzyby po deszczu. "Wydamy cię tanio i szybko!". "Spełnimy twoje marzenia o byciu pisarzem!". "Wydamy cię taniej i szybciej!". "Każdy może być pisarzem!". 
Trudno się dziwić. Jest popyt, jest podaż. 
Nie można zaprzeczyć, że niemal od zawsze książka jest między innymi produktem. Dziś książka jest PRZEDE WSZYSTKIM produktem. Każdy chce na niej zarobić i nie ma co się dziwić. Ale gdzie w tym wszystkim umiar? Gdzie rozsądek? Gdzie długofalowe myślenie? 
Coraz mniej jest wydawnictw z misją, z konkretnym, wyraźnym pomysłem. Książka ma się sprzedać i już. 
Traktowanie książki PRZEDE WSZYSTKIM jako produktu niesie ze sobą pewne konsekwencje.

4. Jacy czytelnicy, takie książki. Nie, nie wywyższam się, nie traktuję większości czytelników z pogardą, nie uważam za istoty drugiej kategorii. Mam żal i pretensje, to wszystko. 
Czytuję ostatnio sporo popularnych w kraju książek. Z przykrością stwierdzam, że większość z nich to tania literacka papka, mierna podróbka podrzędnych amerykańskich filmów. Kiczowate romanse. Całe tomy zerżniętych Kingów. Horda autorek chcących pisać jak Erika Mitchell James. 
Ale...
to się sprzedaje. Ktoś to jednak czyta. Powstają kolejne, pełne zachwytów recenzje. Powstają autorskie strony na Facebooku. Fankluby. 
Nie, nie uważam, że czyta się tylko takie rzeczy. Że nie pisze się już, że nie czyta się już naprawdę dobrej, "jakościowej" literatury. Sam staram się wchłaniać różne rzeczy, żeby mieć wiedzę
i o jednym, i o drugim; żeby utrzymać w sobie zdrową równowagę. Właśnie. RÓWNOWAGĘ. 
Czy tylko ja mam wrażenie, że ludzie są coraz mniej refleksyjni? Że w filmach lub książkach chcą piękna (choć sztuczne), śmiechu (choć sztuczny), pieniędzy (bo każdy o nich marzy), seksu (bo każdy go chce), akcji (choć zwykle nieprawdziwa)?

5. Ten grzech wiąże się z grzechem trzecim.
I z grzechem drugim.
Ze zgrozą zauważam, że wiele książek, z którymi mam (często wątpliwą) przyjemność obcować, zawiera masę błędów. Nie pytam nawet o to, kto pisze takie książki (znamy wielu znakomitych autorów, którym, delikatnie mówiąc, nie po drodze z gramatyką i ortografią; zresztą, autor niech się zajmie pisaniem genialnych dzieł; od brudnej roboty są wydawnictwa i zatrudnieni w nich redaktorzy i korektorzy), ale kto dopuszcza do tego, żeby dziełka takowe były wydawane, żeby stały na półkach księgarń i bibliotek? Czy nie jest to brak szacunku do języka? Czy takie książki nie utrwalają w języku pewnych złych, niepoprawnych "zachowań"?
Kasa, proszę państwa. Tajemnicą Poliszynela jest, iż o książki w całości finansowane przez wydawnictwo dba się bardziej, począwszy od redakcji, a na kampanii promocyjnej skończywszy. Książki współfinansowane przez autora (lub w całości przez niego finansowane) traktowane są po macoszemu.


A potem siadam na łóżku i czytam te wszystkie potwory mózg piorące, przyczyniające się do cofania w rozwoju.

6. Promocja. Promocja. Promocja.

Jak to się dzieje, że organizuje się konkursy dotyczące niewydanych jeszcze książek? Jak to się dzieje, że autorzy udzielają wywiadów na temat swoich książek, których nikt nie przeczytał (gdyż, na przykład, znajdują się one w druku)? Marketing, jak wiadomo, rządzi się swoimi prawami. Jest bezlitosny. Nie bierze jeńców. Chodzi o skuteczność.
Pewnie, zgoda. Reklama musi być. Każdy też chciałby mieć swoje pięć minut.
No ale niektórzy chyba na głowę upadli.


Blogerom zajmującym się literaturą brak klasy. To mój główny zarzut. Oczywiście generalizuję, bo jak nie generalizować. Oczywiście uogólniam, szufladkuję, itd., itd. Tak, jestem tego świadom. Ci, którzy nie pasują do mojego opisu przeciętnego blogera, nie będą się czuli urażeni. Inni niech się czują, to prawidłowa reakcja. 

7. I tu czepiam się ludzi, którzy piszą o pisaniu. Czepiam się szczególnie blogerów. Przede wszystkim tych, którzy za darmowy egzemplarz książki od wydawnictwa są w stanie przymykać oko na niedoskonałości "dziełka". Tych, którzy uważają, że rzetelna recenzja to kilka powtórzonych już przez innych zdań, krótkie streszczenie, jakie zwykle można znaleźć na okładce, oraz opinia, również zwykle powtórzona już przez kogoś, bo po co wysilać mózgownicę.

 *** 

Wreszcie chciało mi się to zrobić. 
Będę tu nienawidził książki, ale będę też pisał o pozycjach naprawdę wartościowych. A wszystko to oczywiście bez krzty obiektywizmu. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz