środa, 25 listopada 2015

Ty mnie, Anka, tak wnerwiasz, że nawet cię lubię. "Anna May" Agnieszki Opolskiej


Staram się być na bieżąco z krajowymi konkursami literackimi, przynajmniej tymi większego kalibru, jakkolwiek wątpię, i wątpić pewnie będę dalej, w jakość i odkrywczość dzieł zwycięskich. Po pierwsze uważam, że twórcy naprawdę oryginalni i bezkompromisowi, świadomi swoich umiejętności, najzwyczajniej w świecie olewają wszelkie tego typu "zabawy" (czy do końca słusznie? pewnie nie, ale to temat na inną okazję...). Po drugie jestem przekonany, iż komisje konkursowe prędzej zdecydują się na coś grzecznego, coś co będzie podobać się większości. Raczej nie dadzą szansy drugiemu Bukowskiemu. 

Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, w ręce wpadły mi dwie książki wydawnictwa Novae Res. Jedna z nich, delikatnie mówiąc, nie przypadła mi do gustu. Druga... żeby być szczerym - na pierwszej randce Anna May nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia.

OKŁADKA SSIE

Właśnie tak. Pani ładna, no ale ileż ładnych pań widuję na okładkach książek. I mimo tego, że na okładce właśnie pani, to oprawa wydaje się być... bezpłciowa. Bez polotu. I choć nie znoszę metaforycznych truizmów w stylu: "Nie oceniaj książki po okładce", to nauczyłem się, że w truizmach tych tkwi, mimo wszystko, wiele prawdy.
Im dalej zagłębiałem się w historię Anny May, tym bardziej byłem zdumiony, jak bardzo można  schrzanić okładkę takiej książki. Farby, brud, zarys sylwetki, tajemnica - to powinniśmy widzieć przed zakupem. Tymczasem wydawnictwo wypięło się na niesamowity nastrój tekstu, poszło na łatwiznę i opakowało powieść taśmowo, jak inne wydawane przez siebie pozycje.
Anka, co oni ci zrobili!


TO NIE ŚWIAT. TO WSZECHŚWIAT

Można się w nim zgubić, ale dawno nie czułem się tak przyjemnie zagubiony.

Zawsze po przeczytaniu książki zastanawiam się, w jaki sposób można by o niej rozmawiać. W przypadku Anny May nie wiedziałbym od czego zacząć.

Może o relacjach matka-córka? Może o świecie show-biznesu? O środowisku gejowskim? O dziennikarskich hienach? O sztuce? Toksycznych związkach? Życiu w mieście? Życiu w ciemnogrodzie? O miłości? Przyjaźni? Seksie? Snach? Psychologii? Pominąłem coś? Na pewno pominąłem.

Kiedy pierwszy raz zacząłem czytać Annę May byłem przekonany, że będę obcował z typowym babskim romansidłem (ciągle mając przed oczami tę nieszczęsną okładkę! na marginesie - spotkałem się z recenzjami, które ową okładkę zachwalały (sic!); gdzie wy, ludzie, macie oczy? czy my tę samą powieść czytaliśmy? - zastanawiałem się później). Okazało się, że bardzo się myliłem. Oczywiście nie brakuje w Annie May elementów typowego romansu, ale jakież było moje (miłe) zdziwienie, kiedy obserwowałem, jak romans ów przybiera pozy dramatu, powieści typowo socjologicznej, thrillera. Oniryczne, niepokojące, ocierające się o frenetyzm wizje głównej bohaterki budziły we mnie zdumienie. Jakiż to dobry "romans"! Momentami (świadomie lub nie) powracający do swoich gotyckich korzeni.

Anna May ma wszystko. Może nawet za dużo. Można by z tego sklecić KILKA naprawdę porządnych powieści.

Ta książka przypomniała mi, jak dawno nie oglądałem obrazów Fridy Kahlo. Jak bardzo lubię Caravaggia.

Niektóre sceny wyglądały jak żywcem wyjęte z obrazów innych artystów. Choćby ta, w której Kuba i Anna spotykają się nad Wisłą. Narratorka-Anna sama zauważa, iż sceneria podobna jest do tej z dzieła van Gogha Gwiaździsta noc.

Obserwując poczynania bohaterów, raz po raz natykałem się na dygresje, tytuły znanych piosenek, fragmenty listów i pamiętników. Znalazł się tam również wiersz (wcale nie fikcyjnego autora ;). Badanie uniwersum świata przedstawionego, tropienie "smaczków", odnajdywanie istniejących w świecie rzeczywistym lokacji i wytworów kultury, dało mi dużą satysfakcję. No ale żeby nie było tak kolorowo...


TY SIĘ, KOBIETO, PRZESTAŃ MAZAĆ, A TY JESZCZE RAZ POWIESZ "PIWUNIO", TO DOSTANIESZ W ZĘBY

LUKAS - wybitnie inteligentny i wybitnie irytujący gej. Nie to, żebym gościa nie lubił. Po prostu niejednokrotnie miałem ochotę trzasnąć go w czerep za nagminne używanie zdrobnień. "Winko", "piwko", a nawet "piwunio", to dla Lukasa chleb powszedni. Można zarzucić autorce, że nakreśliła postać geja TYPOWEGO, charakterystycznego, ze wszystkimi "homoatrybutami", ale ja postanawiam jej to wybaczyć. Lukas wnosi do powieści wiele światła i (niekiedy wątpliwego, ale jednak) humoru. I wzrusza. 

KUBA - mężcyzna, którego nie znoszę. Karierowicz z dobrego domu. Nosi on w sobie pewne pierwiastki "swojego chłopa", ale dla mnie to za mało. 

MAREK - marna reinkarnacja Bruce'a Lee. Zasmarkanego Bruce'a Lee.

ANNA - pieprzyć malarzy! Wyjdź za mnie, jesteś boska! A nad twoimi humorami popracujemy. 
(Anna jest droga w utrzymaniu. Nie to, że przyzwyczajona do luksusów czy nienaturalnie wysokich stawek za pozowanie. Po prostu można nie wyrobić na kartonach chusteczek higienicznych. Anna bowiem nader często staje się "ważnym dopływem Wisły".)

NORTHON - fuksiarzu! Kasy jak lodu. Tylko maluje i pali papierosy, ale sylwetkę ma taką, jakby spędzał na siłowni 8 godzin dziennie. W dodatku babeczki lecą do niego jak emeryci na wyprzedaż karpia w Lidlu. Z tą najfajniejszą ma trochę pod górkę, no ale... Fuksiarzu!

Książka pełna jest barwnych postaci. Wydają się one być skonstruowane w bardzo typowy, jak to wspomniałem przy Lukasie - "atrybutyczny" sposób. Ale to tylko pozory. Bohaterowie są do bólu prawdziwi, namacalni, bliscy. I żaden z nich nie jest bezwzględnie dobry czy bezwzględnie zły. To niemal żywi ludzie. 

I jacy by oni nie byli, czytelnik ma pewność, że każdy z nich jest potrzebny, jest na miejscu, spełnia swoją rolę. 

PAKUJĘ SIĘ I JADĘ!

Czyli o lokacjach. 

Bawienie się w detektywa podczas lektury to mój standardowy sposób na "ponowne odkrywanie" książki, o ile ta jest na tyle dobra, że w ogóle chce się to robić.

Anny "podróże małe i duże" można z powodzeniem powtórzyć. Kreślimy trasę na mapie i w drogę. Lokacje oddane są z dbałością o najmniejsze szczegóły. Niektóre fragmenty można by wykorzystać jako przewodniki turystyczne.

Mnie jednak najbardziej ujęły opisy wsi. W pewnych momentach przed oczyma stawały mi obrazy niczym z filmu Dom zły Smarzowskiego. 

Swoją drogą, całą książkę wchłania się serią kadrów, szkiców i obrazów. Annę May widziałbym na ekranie. Reżyser...? Może właśnie Smarzowski? 

JESZCZE O FABULE, CZYLI ZAPLĄTAŁEM SIĘ W SWETRZE

Pewne momenty są oczywiste i można je przewidzieć, nie wysilając zbytnio mózgownicy. Na szczęście autorka nie idzie na łatwiznę. Sieć intryg, niedopowiedzeń i domysłów, nagłych zwrotów akcji gęstnieje ze strony na stronę. Niekiedy zdarzało mi się z politowaniem pokręcić głową. Taaa, jasne! I co jeszcze? Może zaraz w Pomarańczarni pojawią się kosmici? 
Na szczęście autorka ma wyczucie. Doskonale wie, gdzie jest granica. Dotyka jej czubkami palców, ale nie przekracza. 

SRATY-TATY, GACIE W KRATY

Przeczytałem Annę May, po czym, swoim zwyczajem, zajrzałem do kilku recenzji. I właśnie głównie te quasi-recenzje skłoniły mnie do napisania swojej. Bo warto. Bo, pomimo kilku niedociągnięć, jest to książka, która zasługuje na trochę więcej uwagi, niż parę powtórzonych ze skrzydełka okładki informacji. Owszem, zgadzam się z przychylnością, z jaką spotkała się ta powieść, ale, na miłość Boską, zdecydowana większość recenzji wygląda tak, jakby ich autorzy w ogóle Anny May nie przeczytali lub jakby co najwyżej przelecieli ją po łebkach. Ot, "bla bla bla", "sraty-taty", "pierdu pierdu". Wstydzić się na trzy, dwa, jeden...!

***

Podsumowując...

Wbrew pozorom, nie jest to literatura typowo kobieca. 
Dawno nie odczułem tak wielu skrajnych emocji (od niechęci, przez śmiech, po ogromną sympatię), czytając książkę polskiej autorki. Ja się, cholera, autentycznie wzruszałem (ale o tym nikomu ani słowa!). 
Niedociągnięcia warsztatowe TAKIM debiutantom najzwyczajniej się wybacza (ale nie zapomina!).
Wybacza się również tytuł, który (czy tylko mnie?) kojarzy się z... Franciszką Maj z pewnej kopii pewnego amerykańskiego serialu. 
Trochę mniej wybacza się błędy takie jak w tych zdaniach:

- Sam sobie nalej, mnie tu jeszcze nie ma. - odparowałam i wyszłam. (KROPKA!)

Zamknęłam ekran mojego maca z trzaskiem i pierwszym, co napotkałam, było dziwne spojrzenie Adama. (Brzmi nienaturalnie. Nie prościej byłoby napisać: "Z trzaskiem zamknęłam ekran mojego maca i napotkałam dziwne spojrzenie Adama."? Ewentualnie: "[...] i pierwsze, co napotkałam, to dziwne spojrzenie Adama."?

Jestem ignorantem. Nie czytałem innych wyróżnionych w konkursie Novae Res powieści. Nie wiem nawet, czy można je gdzieś przeczytać. Wiem natomiast, że książka Opolskiej ma wszelkie atuty, które sprawiły, że jest to zasłużony Literacki Debiut Roku. 



Autorce Anny May życzę dalszego rozwoju. I oby się "branży" nie dała.




2 komentarze:

  1. Recenzja naprawdę szczegółowa, bardzo konkretna, widać że Recenzent przeczytał książkę i ma o niej swoje zdanie (nieopłacone). Czekamy na kolejne książki Agnieszki Opolskiej, przyniosą pewnie równie dużo emocji. Recenzentowi wytrwałości w kontynuowaniu krytycznych sporów zarówno z dziełami literackimi jak i światem wydawniczym w którego ramach przecież tworzy. Trzymam kciuki za kolejne recenzje. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobra, bardzo szczera i bardzo profesjonalna recenzja. My zwyczajni blogerzy, bez krzty wykształcenia nie jesteśmy godni, by czytać Twe słowa ;)
    A poważnie, ktoś polecił mi Twojego bloga w jednym z organizowanych przez mnie konkursów, zatem Twój głos dociera do ludu. Czekam na więcej takich tekstów i serdecznie pozdrawiam :)
    PS. Link do bloga znajdzie się w podsumowaniu konkursu.

    OdpowiedzUsuń