piątek, 27 listopada 2015

To ludzie. "Do utraty tchu"

Nabrałem ochoty na Do utraty tchu. Sam nie wiem, czy chciałem ten film obejrzeć (po raz sto pierwszy), czy o nim poczytać, czy może pooglądać kadry (świetne, świetne kadry, z którymi równać się mogą tylko te ze sztandarowych dzieł Polskiej Szkoły Filmowej). Czytam: "Premiera: 27 listopada 2015". Jakiś błąd. Na pewno. Otwieram kolejne, w miarę rzetelne strony. "Premiera (w Polsce) 27 listopada 2015". No tak. Taki ze mnie filmoznawca jak z kaktusa szczoteczka do zębów. Do utraty tchu znowu na dużych ekranach! I, jak zwykle w takich sytuacjach, poczułem jednocześnie satysfakcję i rozczarowanie. Z jednej strony to bardzo dobrze, że na TAKIE filmy można pójść do kina, zobaczyć ponownie w innych okolicznościach, pokazać smarkaczom, jak to się kiedyś robiło. Ale z drugiej... Zostawcie ten film w spokoju! Ma leżeć, kurzyć się, a dostęp do niego mają mieć tylko nieliczni - ci, którzy naprawdę chcą go obejrzeć, których obchodzi historia kina, którzy gotowi są włożyć trochę wysiłku w zdobycie kopii (ok, ok, w tym momencie jestem hipokrytą).
Czy wyłazi ze mnie buc? Pewnie tak.



Jak rasowy hipokryta i leń, obejrzałem film w średniej jakości na jednej ze stron w sieci (żeby nie było, kupiłem kiedyś całkiem legalne DVD, które ktoś bezczelnie mi zaiwanił). To był ten sto pierwszy raz. Sto pierwszy raz, który mnie nie znudził. Po każdym seansie zastanawiam się dlaczego.

FAJNE Z WAS BACHORY




Dlaczego?
Bo tak!
Bo z bohaterów fajne są bachory. Bachory, w których i tak za mało dzieci. A może oni tylko bawią się w dzieci? 

"– Lubię Francję, lubię słońce! Pif! Paf!" – krzyczy niemal Michel, jadąc samochodem i wymachując bronią, która w jego dłoni zdaje się być zabawką. 
Zresztą, ten twardziel ciągle wygląda tak, jakby w dłoni trzymał pistolet na wodę, a nie prawdziwą spluwę.

"– Dlaczego jesteś taki smutny?
– Bo tak!"

"– Spadaj, ty jędzo!"

"– Dlaczego na mnie patrzysz?
– Bo tak!"

Ona trzyma w tym momencie misia i wygląda jak dziewczynka. Paradoksalnie, wrażenie to potęgują krótkie, chłopięce włosy. 

Jakiś czas potem Michel trzyma tego samego misia. Siedzi na łóżku w samych majtkach i również wygląda jak berbeć. Łamie ten obraz jednym, rzuconym jakby od niechcenia i zupełnie obojętnie, zdaniem:

"– Myślałaś kiedyś o śmierci? Bo ja myślę cały czas".

Ona chce, żeby byli jak Romeo i Julia. Jest zagubiona, poszukuje, nie wie, czego chce. 
On zgrywa twardziela, ma swoją skalę ocen dziewczyn, ciągle powtarza, że ona jest tchórzem, a on nie. On wie, czego chce i dąży do celu, nie zważając na środki. Jest ćmą. Pragnie światła i dotrze do niego, choć wie, że ono spali jego skrzydła. 

Czy oni się kochają?

Tak. Kochają się. Ale i on, i ona boją się konsekwencji tego kochania. Patricia nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności. Pragnie być niezależna. Miłość i bycie razem uważa raczej za coś krępującego, zniewalającego. Michel kocha na swój pokraczny sposób. Nie odkrył jeszcze, co to prawdziwa miłość. Może chce się jej nauczyć? 

SMUTNI Z WAS DOROŚLI

Bo kiedy z berbeci chcą wyjść dojrzali ludzie, Patricia i Michel stają się tragicznie smutni. 
Niemniej właśnie kwestie tych dojrzałych berbeci najgłębiej zapadły mi w pamięć.

"– Spanie jest takie smutne. Trzeba się rozdzielić" – mówi Patricia, a ja myślę wtedy: Jasna cholera, kobieto, zdobyłaś moje serce!

Albo piękny banał:

"– Nie wiem, czy jestem nieszczęśliwa, bo nie jestem wolna, czy nie jestem wolna, bo jestem nieszczęśliwa".

Gnida z ciebie, Patricia, ale takimi tekstami kupujesz mnie. Tak jak kupiłaś pisarza:

"– Jaka jest pana największa ambicja?"
– Stać się nieśmiertelnym a potem umrzeć".

Ten dupek, Michel, w gówniarski sposób gra samca alfa, ale to maska (MASKA czy MINA to jeden z ważniejszych, powtarzających się motywów w filmie). Czasem udaje mu się powiedzieć coś  p r a w i e  ładnego.

"– Kiedy jesteś wystraszona albo zaskoczona, masz w oczach zabawny blask [...] Właśnie dlatego chcę się z tobą przespać".

CZY TY, FILMIE, JESTEŚ ŚMIESZNY?

Nie. Nawet ja, człowiek z zupełnie wypaczonym poczuciem humoru, nie odnalazł w Do utraty tchu momentów, z których można byłoby się pośmiać. No ale to przecież nie komedia. Były jednak sytuacje, kiedy kręciłem głową z politowaniem i uśmiechałem się ironicznie. Montaż! Niekiedy na granicy komizmu. To, co swojego czasu sprawiało, że film był wyjątkowy i oryginalny, nie zdołało przetrwać próby czasu (przepraszam, jestem spaczony Hollywoodem...!). Szczególne uczucie, bliskie radości, sprawia mi scena pościgu, kończąca się zastrzeleniem jednego ze zmotoryzowanych policjantów. Trochę jakbym oglądał film Walaszka. 
Michelowi zdarza się powiedzieć czasem coś, co wywołuje uśmiech na twarzy. 

"– Znasz Williama Faulknera?
– Nie. Kto to jest? Spałaś z nim?"

Czy Do utraty tchu można traktować jako pastisz amerykańskiego kina noir? Dlaczegóż by nie? Czy autor miał takie zamierzenie, czy go nie miał, niekiedy można odnieść wrażenie, że to rzeczywiście pastisz.

SMAKOWITE SMACZKI, NIEPRAKTYCZNE SMACZKI 

Takie rzeczy, jeżeli nie rażą w oczy i określają w jakiś sposób bohaterów czy wpisują się w ideę filmu, bardzo mnie cieszą. 
Znane nazwiska, nazwy produktów, tytuły dzieł - co by o tym nie mówić, pozwalają odbiorcy lepiej "czuć" obraz, przykuwają uwagę.
Lubię motoryzację. Lubię literaturę. Lubię malarstwo i muzykę. Ależ przyjemnie było usłyszeć nazwisko Thomasa. Zobaczyć thunderbirda. Dowiedzieć się, że Michel nie lubi chesterfieldów, ale za to nie ma nic przeciwko Mozartowi. 
Faulkner, Cadillac, Bugatti, La Fayette, Chevalier, Rilke, Sachs, Renoir. Marki, marki, marki, bo nazwiska to również marki same w sobie. 
Czy  to już film o popkulturze? 
Może.
Ale należy pamiętać o założeniach i ideach Nowej Fali - one w dużej mierze tłumaczą pojawianie się w filmie tak wielu nazwisk i nazw.


O CZYM TO JEST? 

Nie wiem. Serio.
Co nie przeszkadza mi lubić tego filmu. Bardzo lubić.

Może to film o dużych dzieciach? Dzieciach we mgle w dodatku? Może to film o śmierci, o strachu przed nią, takie miało być wszak pierwotne założenie? A co jeśli to film o niczym? Przecież scenariusz pisany był z dnia na dzień na kolanie, już podczas kręcenia zdjęć. A może to film o udawaniu? O tym, że nie umiemy i nie możemy być w życiu sobą - ciągle nakładamy maski, w zależności od sytuacji odpowiednią, udajemy, boimy się wyrażać własne uczucia, iść za głosem serca, boimy się ranić (choć i tak robimy to przez swoje niezdecydowanie), boimy się realizować własne marzenia. Boimy się szczęścia. 

A jeśli to film o przegraniu? Co byśmy nie zrobili (czytaj: czy zostaniesz Patricią, czy Michelem), pogrąży nas. Tak zachowawczość i kalkulacja, jak i ślepe i nierozsądne parcie do przodu ("– Nigdy nie używaj hamulców!") działają tak samo – na koniec zostajemy z niczym, opuszczeni, rozgoryczeni, zmęczeni
("– Jestem zmęczony. Chce mi się spać"). 

I pewnie po części jest to film o opuszczeniu. 
Bohater sam zamyka sobie dłonią powieki na chwilę przed śmiercią. 

DLACZEGO TEN FILM JEST DOBRY?

Bo Belmondo i Seberg. Para, od której nie można oderwać oczu. To ludzie. Tak właśnie zachowują się ludzie. Nieracjonalnie, dziwnie. Dokonują absurdalnych wyborów. Nie wiedzą nic. Nieporadnie bawią się życiem. Potrafią zdradzić, wydać i sprzedać i sami właściwie nie wiedzą, dlaczego. Stają się gnidami.

Bo ma się poczucie przebywania z bohaterami. Oni patrzą na nas, mówią do nas (nowofalowy patent z patrzeniem wprost w kamerę; choć, jak wiemy, nie był to pierwszy tego typu zabieg w historii kina; Napad na ekspres, film z 1903 roku, uznawany za pierwszy western, pierwowzór gatunku, siał w salach kinowych prawdziwy popłoch - podczas gdy bohater stawał twarzą do widowni i wyciągał rewolwer, ludzie kryli się za siedzeniami, by uniknąć postrzału). Oni są słabi i niebanalni w swojej ogólnej człowieczej banalności. 

***


Poza tym, całkiem w porządku ten nowy plakat, co?


(I przepraszam za błędy. Pisałem to na kolanie, żeby wczuć się w klimat scenariusza.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz