niedziela, 29 listopada 2015

Literatura kobieca nie istnieje! A ja jestem ciotą.

Istnieją książki napisane przez kobiety i książki napisane przez mężczyzn! Zapamiętać to sobie, matołki!

Na tym w zasadzie mógłbym zakończyć wywód.

Jednak wiem, iż niektórym to nie wystarczy. 

Postanowiłem, w miarę możliwości, zapomnieć o tysiącu artykułów i prac naukowych (jak wiadomo, obiektywizm nie istnieje, wszystko co mówisz i piszesz jest naznaczone tym, co "wchłonąłeś" w ciągu życia). Zdam się na mój wątpliwie zdrowy rozum!

Jestem masochistą. Czytuję kiepskie blogi, kiepskie recenzje, kiepskie artykuły, w których chodzi albo o pozycjonowanie, albo o pieniądze, albo o wylizanie komuś... niech będzie - stóp. Mniejsza o to. Przywykłem. Tak skonstruowany jest dzisiejszy świat, mam na to niewielki wpływ. Ale skoro ktoś już zabiera się za pisanie o "literaturze kobiecej", próbuje ocenić jej kondycję, wpływ czy znaczenie w kulturze lub choćby otwiera na temat usta, powinien wiedzieć, że nie istnieje nic takiego jak GATUNEK (sic!) literatury kobiecej! Noga świerzbi, trzeba się powstrzymywać przed zasadzeniem autorowi tekstu soczystego kopa w zadnią część ciała.
Nie uważam, że każdy musi wiedzieć, co to jest "gatunek literacki". Zdecydowanej większości jest to termin zupełnie nie potrzebny w codziennym życiu, jak jak mnie nie jest potrzebny termin (a właściwie eponim) "reakcja Abderhaldena". Ale jeśli zabierasz głos na jakiś temat, to wypadałoby co nieco o tym temacie wiedzieć.

WINA MĘŻCZYZN? 

Oczywiście, że tak. Bez cienia sarkazmu. 
Nie mam zamiaru wykładać tu historii literatury (może jedynie mimochodem, pierwiastkowo), ale o pewnych rzeczach, podejmując takie tematy, napisać po prostu trzeba.

Kobiety-literatki to dość nowy "wynalazek". Pamiętajmy, że jeszcze nie tak dawno przecież literatura była domeną mężczyzn. Kobiety nie mogły, kobietom nie wypadało pisać, tak jak nosić spodni, palić papierosów czy pojawiać się w miejscach publicznych bez opieki mężczyzny, najlepiej męża lub kogoś z rodziny. 
A potem? Feministki, sufrażystki, bla, bla, bla (sprawdźcie sobie), rewolucje kulturowe i inne tego typu bzdety. Kobiety nagle zabrały za zajęcia dotychczas zarezerwowane tylko dla mężczyzn. Między innymi zaczęły - O ZGROZO! - pisać! Posiadaczom penisów oczywiście nie bardzo się to podobało. I teraz do rzeczy - "literatura kobieca" to nic innego jak synonim "literatury infantylnej", "literatury gorszej". Tak to sobie wymyślili panowie. Utworzyli kategorię, dzięki której jakoś mogli przeżyć to, że babeczki zabrały się do pisania. "A, niech sobie piszą. To przecież tylko literatura kobieca!". Wtedy określenie "kobiece" w każdej dziedzinie życia miało podobne znaczenie. Kobiece to słabe, kapryśne, nieporadne, ładne i niepraktyczne, śmiesznie zbuntowane, porywcze, ale bez argumentów. 

Tak właśnie było.

Ale jaki jest sen używania terminu "literatura kobieca" TERAZ? Czasy płciowej nierówności w krajach cywilizowanych dawno już odeszły w niepamięć. Piszących pań jest zdecydowanie więcej niż piszących panów i odnoszą one spore sukcesy. No ale zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce się buntować, mimo iż nie ma do tego powodów.

KOBIETY NIE MAJĄ PTASZKA. WIĘKSZOŚĆ

Czym powinna charakteryzować się literatura kobieca? Powinna zawierać w sobie jakieś szczególne elementy? I czy w takim przypadku można (chyba trzeba by było) mówić również o "literaturze męskiej"? A co kiedy kobiety z przyjemnością czytają jakąś książkę "męską" lub na odwrót - mężczyźni zaczytują się w "babskich" rzeczach?
Cechy literatury kobiecej - czyli lećmy stereotypowo:

- miłość, miłość, miłość (mężczyźni nie piszą o miłości! to typowa cecha literatury kobiecej!)
- rodzina (mężczyźni nie posiadają rodzin, nic nie wiedzą o rodzinach, nie mają ochoty pisać o rodzinie; znacie jakąkolwiek książkę, w której chłop pisze o rodzinie?)
- realizm, powszedniość, namacalność, szczegółowość (mężczyźni piszą tylko horrory i science fiction, zwykle ogólnie, bez dbałości o szczegóły).
- bla
- bla
- bla

Rozumiecie? 

A może "literatura kobieca" oznacza pewien sposób pisania? Jakieś specyficzne użycie języka? 
NIE. To znaczy - nie na pewno.

Zastanawialiście się nad tym, co zrobić z książką z łatką "kobiecej", napisaną przez mężczyznę? Albo co wtedy, gdy autorka powieści posługuje się męskim narratorem w pierwszej osobie? 

Inna sprawa, że książki napisane przez kobietę mogą (lecz nie muszą!) różnić się od tych napisanych przez mężczyzn. Przecież jesteśmy inni. Babki nie mają ptaszka. A tak na poważnie - wiadomo, że kobiecy umysł, kobieca wrażliwość, postrzeganie świata są inne, specyficzne, co udaje się zaobserwować w książkach. 

TARGET

Nie znoszę tego słowa, nie znoszę traktować książki jako produktu, ale...
O tym, czy powieść jest uznawana za "kobiecą" czy nie, często decyduje autor. Wybiera on sobie "target" właśnie i prowadzi historię w taki sposób, aby spodobała się ona owemu "targetowi", stosuje elementy, które dziełko określają, szufladkują. 

Przepraszam, ale zwykle najwięcej pretensji o określanie książki mianem "kobiecej" mają autorki piszące SPECJALNIE dla pań. I same w ten błędny sposób nazywają swoją twórczość. 

Jeszcze raz powtarzam: LITERATURA KOBIECA NIE ISTNIEJE. Spotykamy się z pozycjami przeznaczonymi głównie dla kobiet, ale przecież nie tylko kobiety czytają książki dla nich napisane! Co wtedy? 

Problem w niewłaściwym nazewnictwie, w operowaniu przestarzałymi i nieaktualnymi stereotypami, w samoszufladkowaniu się autorów i w nieudolności osób piszących o literaturze. I w wiedzy, a raczej jej braku. Choćby elementarnej. 

MNIEJ SKROMNOŚCI, BABY!

Nie miałyby sensu takie dyskusje, gdybyście zapomniały o tym, że nawet to błędne określenie "literatura kobieca" jest nacechowane negatywnie. Same je sobie necechowujecie. To oznacza "inność", ale nie "gorszość"? KaPeWu? 
Oceniając dzieło, najlepiej porzucić opozycję (literatura) kobieca-męska. Choćby na jakiś czas.

CZY ISTNIEJE LITERATURA MĘSKA?

Jasne, że nie! Skoro nie ma kobiecej, nie ma i męskiej. 
Zastanawiałem się jednak, czy jeżeli musiałbym użyć tej absurdalnej kategorii, znalazłbym jakieś dzieło typowo "męskie". 
Do głowy od razu przychodzi mi mój ulubiony Bukowski. Tyle że.. jest to perspektywa męska, męski narrator, więc... SZALEŃSTWO! PISAŁEM JUŻ O TYM WYŻEJ, KOŁO SIĘ ZAMYKA!

Bo czy chcemy w życiu posługiwać się stereotypami? Ja podziękuję, choć to czasem nieuniknione, nikt święty nie jest. 
Jeżeli jednak chcemy posługiwać się terminami "literatura kobieca" czy "literatura męska", będziemy musieli używać stereotypów, które wypaczają odbiór dzieła. Tu znowu wrócimy to punktu, o którym była mowa: Jaka miałaby być ta kobieca literatura? Subtelna, piękna, o miłości, o bibelotach, o rodzinie, o peruwiańskich serialach? Nie. Kobiety takie nie są. Są odrębne, mają w sobie więcej CZEGOŚ, a CZEGOŚ mniej. Ale nigdy nie są takie same i nie myślą tak samo (choć, rzeczywiście, ogrom autorek mniej uzdolnionych produkuje masowo historie powtarzalne i nudne; tyczy się to jednak mniej uzdolnionych osobników OBU płci; nie, wcale się nie asekuruję!).

Dalej o "literaturze męskiej"... 
Ja nie znam. Może ktoś z was zna książkę, którą pokusiłby się określić takim terminem. Że to TYLKO dla mężczyzn, tylko przez mężczyznę napisana, że nie ma w niej pierwiastka kobiecości (co jest niemożliwe!).

Wszystko, wszystko wiążę się z uogólnianiem, eksponowaniem pewnych cech kosztem pominięcia innych.
Może Życie podziemne mężczyzny? Przyznam, że czytałem jedynie fragmenty gdzieś w internecie. Seks, pieprzenie, rżnięcie - o tym jest chyba ta książka, napisana okropnym, nieudolnym językiem. Bełkot, który miał chyba niezłą kampanię reklamową. Pamiętam, że swojego czasu Wydawnictwo Czerwony Pająk organizowało konkurs na opowiadanie erotyczne (w ramach promocji tego gniotka)... Ale może o tym w następnym poście, tak w ramach zwykłej ludzkiej złośliwości. Swoją drogą mam nadzieję, że "wydawnictwo" to już umarło i zdychało długo i w męczarniach. Tak jak każde, które nie szanuje czytelników, klientów, literatury, jak każde, które nie ma moralności a jedynie parcie na pieniądze. Zostawiam to na później. O czym to ja pisałem...?

Życie podziemne mężczyzny. Tak wygląda literatura męska? A co z Hemingwayem? Męska, ok. A co z mężczyznami, którzy nie piszą o pieprzeniu, alkoholu, polowaniach, mocnych furach? Czy to literatura męska? A może trzeba stworzyć jeszcze jedną kategorię, tak dla kobiet jak i mężczyzn: "literatura nijaka"? Albo literatura "bezpłciowa". Lub z drugiego bieguna: "literatura obojnacka"?

JAK TO MA NA IMIĘ?

To takie proste. 
Jeżeli autor pisze powieść obyczajową to jest to - EUREKA! - powieść obyczajowa.
Jeżeli napisał powieść obyczajową z elementami grozy, to może to być... powieść obyczajowa z elementami horroru czy thrillera!
Jeżeli napisał powieść historyczną to... itd., itp.

"Literatura kobieca" to sztuczna nazwa, krzywdząca i w ogóle be be i fuj!

A teraz powtórka z polskiego:

Rodzaj literacki (epika, liryka, dramat)

Gatunek literacki (w obrębie liryki na przykład: oda, tren, elegia; w obrębie epiki na przykład: opowiadanie, powieść, nowela).

Odmiana gatunkowa (w przypadku powieści na przykład: przygodowa, sensacyjna, społeczno-obyczajowa)

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że termin "literatura kobieca" dalej będzie nagminnie używany, dalej będzie powodował problemy, tworzył niejasności, dalej autorki będą musiały "tłumaczyć się" w wywiadach, odpruwać wstydliwą łatkę.

Trudno.

Ale ja naiwny jestem i głupi jak lewy but z prawej nogi. Dlatego ciągle wierzę w rosnącą świadomość autorów, odbiorców i piszących o literaturze. 

CO MNIE NATCHNĘŁO...

... do zawracania sobie głowy takim problemem? 
Przeczytane książki i czytane o nich recenzje (między innymi o Annie May) oraz gorąca przyjacielska dyskusja na ten temat, której koniec wyglądał mniej więcej tak:
ONA: - ... bo kiedy kobieta czyta Kinga albo Lovecrafta to jest fajna i cool, a jak facet czyta książkę E. L. James to jest ciotą.
JA: - Czyli jestem ciotą?
PRZEDŁUŻAJĄCA SIĘ CISZA...
ONA: - Jesteś fajną ciotą :)




8 komentarzy:

  1. Nie uważam, że facet, który sięga po "literaturę kobiecą" jest ciotą, wręcz przeciwnie myślę, że musi być mhm....nie napiszę inteligentny, bo zaraz mi się oberwie, ale na pewno bardziej otwarty i wrażliwszy. Czy jednak potrzebna jest nam "literatura kobieca"? Problem jest duży. Myślę, że potrzebują jej niektórzy autorzy i wydawnictwa, które z książek "dla kobiet" mają całkiem niezłą reklamę. Wina jednak leży też po stronie mężczyzn. Pozwolili oni kobietom i wydawnictwom zarezerwować książki "bardziej emocjonalne" dla samych kobiet, unikając ich.

    A co do E.L.Jamesa przeczytało ją tylu facetów, że chyba jednak to kiepski przykład :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Artemis, ja nie znam mężczyzny, który by to przeczytał. W dodatku sam tego nie przeczytałem i z przekory nie przeczytam, gdyż zrobiło to 3/4 globu. Ta E. L. James to tylko przenośnia.

      Wina nie leży już po stronie mężczyzn, to nie te czasy. Wina leży w grupach ludzi (i mężczyzn, i kobiet), którzy zbyt lekkomyślnie klasyfikują pewne książki. Czasem, kiedy czytam recenzję, w której jest napisane, że "to literatura kobieca, zarezerwowana głównie dla kobiet, mężczyźni pewnie i tak nie będą zainteresowani, bo niewrażliwi, bo to ich nie obchodzi, bo bla, bla, bla", to wcale się nie dziwię, że po takie książki panowie sięgną niechętnie lub wcale. Książki "bardziej emocjonalne" to tylko wymysł i nieporadna wymówka. Literatura obozowa też jest "bardziej emocjonalna", "Sklepy cynamonowe" również, a nie można takich książek nawet na siłę wcisnąć do i tak pustego terminu "literatura kobieca".

      Wyznaczniki (od autora, poprzez język, konwencję, sposób narracji, po poruszaną tematykę), które szufladkują książkę jako "literatura kobieca"? Są takie? Będę wdzięczny za sporządzenie listy.

      Poważne wydawnictwa, jak na przykład Noir sur Blanc nie ma kategorii "literatura kobieca", gdyż wszem i wobec wiadomo, że taka nie istnieje. Posługują się tym terminem głównie sklepy i księgarnie internetowe.

      Usuń
  2. Zgadzam się z Artemis Shelf, sama mam kolegę, który przeczytał Greya i choć szału na nim powieść nie zrobiła, to rozumiał, co może wpływać na popularność, itp.
    Masz rację, literatura kobieca nie jest gatunkiem, jest wytworem naszej cywilizacji, a jej "kobiecość" wynika z tego, że w większości czytana jest przez kobiety. Ja nie widzę w tej mojej skromnej definicji nic więcej do dodania. Nawet, jeżeli ta literatura będzie tylko ckliwymi romansidłami, to nie powinno jej umniejszać roli. Oczywiście, możesz pisać, że kobieca oznacza gorsza, że jest to odłam stworzony, by oddzielić literaturę dobrą od chłamu, ale jest to czepianie się, trochę jakbyś szukał tej igły w stogu siana, by komuś przypiec. W sumie rozumiem, taki ma sens Twoja strona :)
    Nie zgadzam się też z tym, że mężczyźni nie piszą o rodzinie, w literaturze niejednokrotnie przewijali się tacy panowie, rodzina była częstym symbolem literackim więc to chyba zły przykład.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę przeczytać dokładnie artykuł. Nie piszę, że ta literatura jest gorsza. Piszę, że jest uznawana za gorszą, i to niesłusznie.
      I czy ja napisałem, że mężczyźni nie piszą o rodzinie?
      Ach, napisałem... ale ironicznie! (Teraz również posługuję się ironią, przepraszam.)
      Proponuję dobrze się wczytać, gdyż widzę, że nie zrozumiała Pani mojego tekstu.

      Usuń
    2. Widocznie duża dawka zastosowanej ironii przesłoniła mi sedno tekstu :)
      Proszę, uznaj (niech Pan uzna, bo może woli Pan oficjalną formę? :) ) mój komentarz za głos w temacie, za udział w dyskusji na temat literatury uznawanej za kobiecą. Nie chcę negować, a napisać, co dla mnie kryje się pod tym terminem.

      Usuń
  3. Cześć!
    Dzisiaj na blogu dyskusja MOLE CZYTAJĄ: Dlaczego czytamy/nie czytamy kryminały i thrillery? Z gościnnym udziałem REMIGIUSZA MROZA. Zapraszam do wypowiedzenia się!
    LINK: http://artemis-shelf.blogspot.com/2015/12/mole-czytaja-kryminay-i-thrillery-z.html

    Pozdrawiam,
    Artemis

    OdpowiedzUsuń
  4. Zabawne, szczególnie fragment, gdzie wyliczasz cechy literatury kobiecej.
    Przykre, że same kobiety uważają, że istnieje taki gatunek, a nawet dodatkowo jest gorszy od książek dedykowanych mężczyznom. Jak stwierdziła kiedyś moja koleżanka: "nie lubię literatury kobiecej, bo to same harlequiny"

    OdpowiedzUsuń