wtorek, 24 listopada 2015

"Czerwień obłędu", czyli czerń rozpaczy. (O szkicach)



O szkicach książek przez pomyłkę wydanych.

Ostatnio wpadły mi w ręce dwie książki wydawnictwa Novae Res. Jakaż przepaść! Jakaż różnica w jakości! - pomyślałem, kiedy "po wszystkim" zacząłem je porównywać (co właściwie nie ma większego sensu - to jakby testować Daewoo Tico i nowe Audi A6 i zastanawiać się, które auto jest solidniejsze i ma więcej klasy).

Zanim napiszę o Annie May Agnieszki Opolskiej, chciałbym nieco popastwić się nad Czerwienią obłędu Dawida Waszaka. 

***

Nie czytam książek "na czczo". Potrzebuję katalizatorów. Kawy, wina, whisky. Czasem czegoś do pochrupania. Albo żelków. Papierosów. Tych ostatnich staram się unikać. Ale im więcej alkoholu, tym bardziej chce się palić. 
Niektóre książki nie potrzebują owych katalizatorów zbyt wiele. Same potrafią nimi być. Same dbają o uwagę czytelnika. Zatrzymują go, żeby został. 
Przy Czerwieni obłędu uchlałem się jak świnia i wypaliłem paczkę fajek. Inaczej nie wysiedziałbym. 

CZY KTOŚ TO CZYTAŁ PRZED DRUKIEM?

W trakcie lektury raz po raz odnosiłem wrażenie, że nie. Że po co. Że nie warto.

Skrajnie dziwny, niepoprawny, nie pasujący (to znaczy: nie wyglądający na zamierzony, nawet jeśli był zamierzony) szyk wyrazów w zdaniu, niepoprawny zapis dialogów, sztuczne, nieporadne przekleństwa, irytujące powtórzenia i jeszcze bardziej irytujące nadużywanie zaimków, pozjadane wyrazy - tym właśnie rozkoszować się można, czytając tę książkę. 

Pomijam już tytuł, którego mianownikowo-dopełniaczowa konstrukcja przywodzi mi na myśl nieporadne wiersze początkujących nastoletnich autorów.
(A jednak nie pominąłem tytułu.) 

Kilka zdań, aby zobrazować problem. Dosłownie "problem". 

"Klamka od drzwi mojego biura zaczęła się uginać." - Jasne! Zaczęła się uginać niczym deska, po której się chodzi. Zaczęła się uginać tak jak pod kimś nogi! Jak stalowa konstrukcja pod wpływem niebywałego ciężaru. Bo nie mogła po prostu poruszyć się lub opaść. Dziwna to klamka, która ugina się pod wpływem dotyku.

"Spojrzałem w stronę Kacpra, przeklinając w duszy jego niechlujstwo. Dobrze, że nie na głos, gdybym to powiedział, żona by mnie zabiła."

"Odsunąłem mężczyznę jednym ruchem ramienia i otworzyłem bagażnik. Szperałem w nim kilka chwil, przedmioty, które tam miałem, były porozrzucane."

"Spojrzałem na miejsce, gdzie powinna leżeć Amelia, nie było jej." - To pewnie bardziej kwestia gustu niż poprawności. Niemniej razi mnie to niesamowicie. Cały tekst wygląda właśnie tak. Przecinki i kropki robią sobie, co chcą. Przyznam, że miałem przez to niemałe kłopoty z przyswojeniem treści (nie, to nie alkohol, to właśnie przecinki i kropki!).

"Nie potrzebowaliśmy żadnej komody, dodatkowej szafki czy innych półek. Chwila... zapomniałem chyba o stolikach nocnych, które stały łóżka." - Każdemu zdarzają się takie przeoczenia/niedopatrzenia, zwał jak zwał. Nie w takich książkach widywałem pozjadane wyrazy. No ale Czerwień obłędu ma zaledwie 175 stron. Wypadałoby tak krótką powieść sprawdzić porządnie. 

"Im dalej od złomowiska byliśmy, tym spokojniejszy byłem." - Bo przecież zbyt trudno jest napisać: "Im bardziej oddalaliśmy się od złomowiska, tym spokojniejszy byłem." Ale to jeszcze nic. Czasem czułem się tak, jakbym wszedł do gry Mortal Combat 4 i dostawał solidny combo łomot od oponenta. Oto wycinki z niecałych czterech kolejnych stron tekstu (62-65):

"Przełknąłem kolejny raz z rzędu ślinę, rozglądając się i spoglądając nerwowo na zegarek. [...] Zacisnąłem nerwowo żuchwę. Towarzyszył mi przeraźliwy szum spowodowany ciszą... [...] Zacisnąłem żuchwę pięciokrotnie, po czym, w przypływie nerwów, zamiast ruszyć na oprawcę... upuściłem klucz na chodnik. [...] Dobiegając do samochodu, nie zdążyłem się nawet zatrzymać. Dopiero uderzając w drzwi, otworzyłem je i wskoczyłem do środka. (Czyli co? Drzwi jego auta otwierają się do wewnątrz? Takie użycie imiesłowu sugeruje wykonania dwóch czynności (a nawet trzech!) jednocześnie! Uderzył w drzwi, co spowodowało otwarcie ich i jego wskoczenie do środka... Cały tekst najeżony jest źle użytymi imiesłowami. Nie na darmo zawsze uważałem, iż nadużywanie imiesłowów oznacza pewne braki warsztatowe autora.) Wyciągnąłem kluczyki, oglądając się za siebie. Mężczyzna, przewracając się o jeden z krzewów, ruszył w moją stronę jak taran. (To samo. Mężczyzna przewrócił się, ale potem wstał i ruszył jak taran. Nie mógł przewracając się, ruszyć jak taran. Chyba że lotem ślizgowym. Czytając te bzdury błagałem, żeby whisky wreszcie zaczęła działać.) [...] Zaciskając żuchwę, doszedłem do siebie na tyle, aby sięgnąć po prawidłowy. [...] Jechałem spanikowany, zaciskając żuchwę i co jakiś czas wycierając ręce od potu. (A nie "Z POTU"?). [...] Zacisnąłem żuchwę i puściłem kierownicę, aby ochronić głowę przed uderzeniem.

Mało imiesłowów? Czujecie niedosyt? Nie ma bólu - w książce Waszaka co trzecie zdanie rozpoczyna się i kończy imiesłowem! Wspaniałą kumulację zauważyłem na stronach 87-89. Palce lizać! 

WEŹ SIĘ, DO CHOLERY, WRESZCIE WYKRWAW!

Żeby choć bohater był ciekawy. 
Bohater trzyma się poziomu książki.

Jak już pewnie zauważyliście, Dorian (nie pasuje mi to imię) ciągle zaciska żuchwę (czy można zacisnąć żuchwę? można zacisnąć szczęki, ale ŻUCHWĘ?). Zapytacie, co jeszcze przez całą książkę robi bohater? Otóż: przełyka nerwowo ślinę (w przerwach na zaciskanie żuchwy), boli go łeb, łyka tabletki na łeb, krwawi, przeklina, krwawi, coś go uderza, on uderza w coś, w związku z czym krwawi, przełyka ślinę (nerwowo), odwiedza koleżankę, która też przełyka ślinę, zacina się przy goleniu, więc krwawi, rozbija lustro, więc krwawi, to wszystko oczywiście boli go, zatem łyka tabletki na ból, po kilka, bo bolą go nie tylko miejsca krwawiące, ale i (coraz bardziej) głowa. 

Tak wygląda życie naszego bohatera. 

Podczas lektury życzyłem sobie, żeby Dorian wreszcie wykrwawił się na śmierć. Właściwie nie wiadomo, jak przeżył, krwawiąc całą książkę. I te sceny, kiedy chodzi po domu i zakrwawia wszystko dookoła. Dlaczegóż, człowieniu, nie zabandażujesz tych ran na stopie? Po co wszystko brudzić a potem sprzątać zaschniętą krew? Oczywiście na kolejnych stronach bohater zmywa plamy zaschniętej krwi... bo przecież nie ma nic ciekawszego do roboty.
Zapamiętam Doriana jako jęczącą ciapę, hipochondryka, lekomana, alkoholika, tchórza, przeklinającego pozera... oraz jako połykacza śliny, który potrafi w cudowny sposób zaciskać żuchwę. Pięciokrotnie.

Dorian zwraca się do czytelnika jak do grupy odbiorców (trzecia osoba liczby mnogiej). Byłby to całkiem niezły chwyt, gdyby go umiejętnie wykorzystać. I gdyby bohater nie traktował czytelników jak idiotów. Niekończące się wtrącenia w nawiasach, które najczęściej mają za zadanie wyjaśnienie czegoś, co jest i tak oczywiste, albo służą po prostu do niepotrzebnego, głupiego, powodującego efekt przegadania tłumaczenia się Doriana, najzwyczajniej w świecie złoszczą. Nu, nu, nu, autorze! Nie wolno! Nie lubimy tego!


CIĄGNIE SIĘ JAK SMRÓD PO GACIACH

Historia się ciągnie.
Wizje, powtarzalne czynności, wizje, nie wizje. Książka jest krótka, warto by "zagęścić" akcję.
A kiedy pojawia się najciekawszy wątek z synem bohatera i pewną zbrodnią... autor robi nam na złość i nie kończy książki, tylko dopisuje jeszcze jakieś 10 stron, żebyśmy już w ogóle nie mieli przyjemnych wrażeń po lekturze, żebyśmy zapomnieli o tym jedynym ciekawym, intrygującym momencie w powieści.


NO, ROBI WRAŻENIE

Złe wrażenie. 

Książka wygląda na napisaną w pośpiechu i równie pośpiesznie wydaną. Kiedy czytałem Czerwień obłędu, miałem wrażenie, że obcuję z marną podróbką Kinga czy innego Koontza. Lektura nie sprawiła mi żadnej przyjemności.

Kiedy już decyduję się na przeczytanie książki (co wcale nie zdarza się bardzo często), staram się ją czytać z uwagą i skończyć nawet wtedy, kiedy zupełnie mi się ona nie podoba. Z każdej przeczytanej do tej pory książki udawało mi się wyłowić choć jedno zdanie, które do mnie dotarło, które było po prostu ładne albo mądre, albo ciekawe. W powieści Waszaka nie odnalazłem takiego zdania. 
Czerwień obłędu jest pusta w środku jak wydmuszka.

Książka wymaga dopracowania. Ponownej redakcji. Dopieszczenia fabuły, która ma przecież potencjał. 

Czerwień obłędu wygląda jak szkic, jak źle realizowany, lekko obudowany konspekt, który gwarantuje podwójnego kaca. Takie krótkie, a tak boli...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz