niedziela, 29 listopada 2015

Literatura kobieca nie istnieje! A ja jestem ciotą.

Istnieją książki napisane przez kobiety i książki napisane przez mężczyzn! Zapamiętać to sobie, matołki!

Na tym w zasadzie mógłbym zakończyć wywód.

Jednak wiem, iż niektórym to nie wystarczy. 

Postanowiłem, w miarę możliwości, zapomnieć o tysiącu artykułów i prac naukowych (jak wiadomo, obiektywizm nie istnieje, wszystko co mówisz i piszesz jest naznaczone tym, co "wchłonąłeś" w ciągu życia). Zdam się na mój wątpliwie zdrowy rozum!

Jestem masochistą. Czytuję kiepskie blogi, kiepskie recenzje, kiepskie artykuły, w których chodzi albo o pozycjonowanie, albo o pieniądze, albo o wylizanie komuś... niech będzie - stóp. Mniejsza o to. Przywykłem. Tak skonstruowany jest dzisiejszy świat, mam na to niewielki wpływ. Ale skoro ktoś już zabiera się za pisanie o "literaturze kobiecej", próbuje ocenić jej kondycję, wpływ czy znaczenie w kulturze lub choćby otwiera na temat usta, powinien wiedzieć, że nie istnieje nic takiego jak GATUNEK (sic!) literatury kobiecej! Noga świerzbi, trzeba się powstrzymywać przed zasadzeniem autorowi tekstu soczystego kopa w zadnią część ciała.
Nie uważam, że każdy musi wiedzieć, co to jest "gatunek literacki". Zdecydowanej większości jest to termin zupełnie nie potrzebny w codziennym życiu, jak jak mnie nie jest potrzebny termin (a właściwie eponim) "reakcja Abderhaldena". Ale jeśli zabierasz głos na jakiś temat, to wypadałoby co nieco o tym temacie wiedzieć.

WINA MĘŻCZYZN? 

Oczywiście, że tak. Bez cienia sarkazmu. 
Nie mam zamiaru wykładać tu historii literatury (może jedynie mimochodem, pierwiastkowo), ale o pewnych rzeczach, podejmując takie tematy, napisać po prostu trzeba.

Kobiety-literatki to dość nowy "wynalazek". Pamiętajmy, że jeszcze nie tak dawno przecież literatura była domeną mężczyzn. Kobiety nie mogły, kobietom nie wypadało pisać, tak jak nosić spodni, palić papierosów czy pojawiać się w miejscach publicznych bez opieki mężczyzny, najlepiej męża lub kogoś z rodziny. 
A potem? Feministki, sufrażystki, bla, bla, bla (sprawdźcie sobie), rewolucje kulturowe i inne tego typu bzdety. Kobiety nagle zabrały za zajęcia dotychczas zarezerwowane tylko dla mężczyzn. Między innymi zaczęły - O ZGROZO! - pisać! Posiadaczom penisów oczywiście nie bardzo się to podobało. I teraz do rzeczy - "literatura kobieca" to nic innego jak synonim "literatury infantylnej", "literatury gorszej". Tak to sobie wymyślili panowie. Utworzyli kategorię, dzięki której jakoś mogli przeżyć to, że babeczki zabrały się do pisania. "A, niech sobie piszą. To przecież tylko literatura kobieca!". Wtedy określenie "kobiece" w każdej dziedzinie życia miało podobne znaczenie. Kobiece to słabe, kapryśne, nieporadne, ładne i niepraktyczne, śmiesznie zbuntowane, porywcze, ale bez argumentów. 

Tak właśnie było.

Ale jaki jest sen używania terminu "literatura kobieca" TERAZ? Czasy płciowej nierówności w krajach cywilizowanych dawno już odeszły w niepamięć. Piszących pań jest zdecydowanie więcej niż piszących panów i odnoszą one spore sukcesy. No ale zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce się buntować, mimo iż nie ma do tego powodów.

KOBIETY NIE MAJĄ PTASZKA. WIĘKSZOŚĆ

Czym powinna charakteryzować się literatura kobieca? Powinna zawierać w sobie jakieś szczególne elementy? I czy w takim przypadku można (chyba trzeba by było) mówić również o "literaturze męskiej"? A co kiedy kobiety z przyjemnością czytają jakąś książkę "męską" lub na odwrót - mężczyźni zaczytują się w "babskich" rzeczach?
Cechy literatury kobiecej - czyli lećmy stereotypowo:

- miłość, miłość, miłość (mężczyźni nie piszą o miłości! to typowa cecha literatury kobiecej!)
- rodzina (mężczyźni nie posiadają rodzin, nic nie wiedzą o rodzinach, nie mają ochoty pisać o rodzinie; znacie jakąkolwiek książkę, w której chłop pisze o rodzinie?)
- realizm, powszedniość, namacalność, szczegółowość (mężczyźni piszą tylko horrory i science fiction, zwykle ogólnie, bez dbałości o szczegóły).
- bla
- bla
- bla

Rozumiecie? 

A może "literatura kobieca" oznacza pewien sposób pisania? Jakieś specyficzne użycie języka? 
NIE. To znaczy - nie na pewno.

Zastanawialiście się nad tym, co zrobić z książką z łatką "kobiecej", napisaną przez mężczyznę? Albo co wtedy, gdy autorka powieści posługuje się męskim narratorem w pierwszej osobie? 

Inna sprawa, że książki napisane przez kobietę mogą (lecz nie muszą!) różnić się od tych napisanych przez mężczyzn. Przecież jesteśmy inni. Babki nie mają ptaszka. A tak na poważnie - wiadomo, że kobiecy umysł, kobieca wrażliwość, postrzeganie świata są inne, specyficzne, co udaje się zaobserwować w książkach. 

TARGET

Nie znoszę tego słowa, nie znoszę traktować książki jako produktu, ale...
O tym, czy powieść jest uznawana za "kobiecą" czy nie, często decyduje autor. Wybiera on sobie "target" właśnie i prowadzi historię w taki sposób, aby spodobała się ona owemu "targetowi", stosuje elementy, które dziełko określają, szufladkują. 

Przepraszam, ale zwykle najwięcej pretensji o określanie książki mianem "kobiecej" mają autorki piszące SPECJALNIE dla pań. I same w ten błędny sposób nazywają swoją twórczość. 

Jeszcze raz powtarzam: LITERATURA KOBIECA NIE ISTNIEJE. Spotykamy się z pozycjami przeznaczonymi głównie dla kobiet, ale przecież nie tylko kobiety czytają książki dla nich napisane! Co wtedy? 

Problem w niewłaściwym nazewnictwie, w operowaniu przestarzałymi i nieaktualnymi stereotypami, w samoszufladkowaniu się autorów i w nieudolności osób piszących o literaturze. I w wiedzy, a raczej jej braku. Choćby elementarnej. 

MNIEJ SKROMNOŚCI, BABY!

Nie miałyby sensu takie dyskusje, gdybyście zapomniały o tym, że nawet to błędne określenie "literatura kobieca" jest nacechowane negatywnie. Same je sobie necechowujecie. To oznacza "inność", ale nie "gorszość"? KaPeWu? 
Oceniając dzieło, najlepiej porzucić opozycję (literatura) kobieca-męska. Choćby na jakiś czas.

CZY ISTNIEJE LITERATURA MĘSKA?

Jasne, że nie! Skoro nie ma kobiecej, nie ma i męskiej. 
Zastanawiałem się jednak, czy jeżeli musiałbym użyć tej absurdalnej kategorii, znalazłbym jakieś dzieło typowo "męskie". 
Do głowy od razu przychodzi mi mój ulubiony Bukowski. Tyle że.. jest to perspektywa męska, męski narrator, więc... SZALEŃSTWO! PISAŁEM JUŻ O TYM WYŻEJ, KOŁO SIĘ ZAMYKA!

Bo czy chcemy w życiu posługiwać się stereotypami? Ja podziękuję, choć to czasem nieuniknione, nikt święty nie jest. 
Jeżeli jednak chcemy posługiwać się terminami "literatura kobieca" czy "literatura męska", będziemy musieli używać stereotypów, które wypaczają odbiór dzieła. Tu znowu wrócimy to punktu, o którym była mowa: Jaka miałaby być ta kobieca literatura? Subtelna, piękna, o miłości, o bibelotach, o rodzinie, o peruwiańskich serialach? Nie. Kobiety takie nie są. Są odrębne, mają w sobie więcej CZEGOŚ, a CZEGOŚ mniej. Ale nigdy nie są takie same i nie myślą tak samo (choć, rzeczywiście, ogrom autorek mniej uzdolnionych produkuje masowo historie powtarzalne i nudne; tyczy się to jednak mniej uzdolnionych osobników OBU płci; nie, wcale się nie asekuruję!).

Dalej o "literaturze męskiej"... 
Ja nie znam. Może ktoś z was zna książkę, którą pokusiłby się określić takim terminem. Że to TYLKO dla mężczyzn, tylko przez mężczyznę napisana, że nie ma w niej pierwiastka kobiecości (co jest niemożliwe!).

Wszystko, wszystko wiążę się z uogólnianiem, eksponowaniem pewnych cech kosztem pominięcia innych.
Może Życie podziemne mężczyzny? Przyznam, że czytałem jedynie fragmenty gdzieś w internecie. Seks, pieprzenie, rżnięcie - o tym jest chyba ta książka, napisana okropnym, nieudolnym językiem. Bełkot, który miał chyba niezłą kampanię reklamową. Pamiętam, że swojego czasu Wydawnictwo Czerwony Pająk organizowało konkurs na opowiadanie erotyczne (w ramach promocji tego gniotka)... Ale może o tym w następnym poście, tak w ramach zwykłej ludzkiej złośliwości. Swoją drogą mam nadzieję, że "wydawnictwo" to już umarło i zdychało długo i w męczarniach. Tak jak każde, które nie szanuje czytelników, klientów, literatury, jak każde, które nie ma moralności a jedynie parcie na pieniądze. Zostawiam to na później. O czym to ja pisałem...?

Życie podziemne mężczyzny. Tak wygląda literatura męska? A co z Hemingwayem? Męska, ok. A co z mężczyznami, którzy nie piszą o pieprzeniu, alkoholu, polowaniach, mocnych furach? Czy to literatura męska? A może trzeba stworzyć jeszcze jedną kategorię, tak dla kobiet jak i mężczyzn: "literatura nijaka"? Albo literatura "bezpłciowa". Lub z drugiego bieguna: "literatura obojnacka"?

JAK TO MA NA IMIĘ?

To takie proste. 
Jeżeli autor pisze powieść obyczajową to jest to - EUREKA! - powieść obyczajowa.
Jeżeli napisał powieść obyczajową z elementami grozy, to może to być... powieść obyczajowa z elementami horroru czy thrillera!
Jeżeli napisał powieść historyczną to... itd., itp.

"Literatura kobieca" to sztuczna nazwa, krzywdząca i w ogóle be be i fuj!

A teraz powtórka z polskiego:

Rodzaj literacki (epika, liryka, dramat)

Gatunek literacki (w obrębie liryki na przykład: oda, tren, elegia; w obrębie epiki na przykład: opowiadanie, powieść, nowela).

Odmiana gatunkowa (w przypadku powieści na przykład: przygodowa, sensacyjna, społeczno-obyczajowa)

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że termin "literatura kobieca" dalej będzie nagminnie używany, dalej będzie powodował problemy, tworzył niejasności, dalej autorki będą musiały "tłumaczyć się" w wywiadach, odpruwać wstydliwą łatkę.

Trudno.

Ale ja naiwny jestem i głupi jak lewy but z prawej nogi. Dlatego ciągle wierzę w rosnącą świadomość autorów, odbiorców i piszących o literaturze. 

CO MNIE NATCHNĘŁO...

... do zawracania sobie głowy takim problemem? 
Przeczytane książki i czytane o nich recenzje (między innymi o Annie May) oraz gorąca przyjacielska dyskusja na ten temat, której koniec wyglądał mniej więcej tak:
ONA: - ... bo kiedy kobieta czyta Kinga albo Lovecrafta to jest fajna i cool, a jak facet czyta książkę E. L. James to jest ciotą.
JA: - Czyli jestem ciotą?
PRZEDŁUŻAJĄCA SIĘ CISZA...
ONA: - Jesteś fajną ciotą :)




piątek, 27 listopada 2015

To ludzie. "Do utraty tchu"

Nabrałem ochoty na Do utraty tchu. Sam nie wiem, czy chciałem ten film obejrzeć (po raz sto pierwszy), czy o nim poczytać, czy może pooglądać kadry (świetne, świetne kadry, z którymi równać się mogą tylko te ze sztandarowych dzieł Polskiej Szkoły Filmowej). Czytam: "Premiera: 27 listopada 2015". Jakiś błąd. Na pewno. Otwieram kolejne, w miarę rzetelne strony. "Premiera (w Polsce) 27 listopada 2015". No tak. Taki ze mnie filmoznawca jak z kaktusa szczoteczka do zębów. Do utraty tchu znowu na dużych ekranach! I, jak zwykle w takich sytuacjach, poczułem jednocześnie satysfakcję i rozczarowanie. Z jednej strony to bardzo dobrze, że na TAKIE filmy można pójść do kina, zobaczyć ponownie w innych okolicznościach, pokazać smarkaczom, jak to się kiedyś robiło. Ale z drugiej... Zostawcie ten film w spokoju! Ma leżeć, kurzyć się, a dostęp do niego mają mieć tylko nieliczni - ci, którzy naprawdę chcą go obejrzeć, których obchodzi historia kina, którzy gotowi są włożyć trochę wysiłku w zdobycie kopii (ok, ok, w tym momencie jestem hipokrytą).
Czy wyłazi ze mnie buc? Pewnie tak.



Jak rasowy hipokryta i leń, obejrzałem film w średniej jakości na jednej ze stron w sieci (żeby nie było, kupiłem kiedyś całkiem legalne DVD, które ktoś bezczelnie mi zaiwanił). To był ten sto pierwszy raz. Sto pierwszy raz, który mnie nie znudził. Po każdym seansie zastanawiam się dlaczego.

FAJNE Z WAS BACHORY




Dlaczego?
Bo tak!
Bo z bohaterów fajne są bachory. Bachory, w których i tak za mało dzieci. A może oni tylko bawią się w dzieci? 

"– Lubię Francję, lubię słońce! Pif! Paf!" – krzyczy niemal Michel, jadąc samochodem i wymachując bronią, która w jego dłoni zdaje się być zabawką. 
Zresztą, ten twardziel ciągle wygląda tak, jakby w dłoni trzymał pistolet na wodę, a nie prawdziwą spluwę.

"– Dlaczego jesteś taki smutny?
– Bo tak!"

"– Spadaj, ty jędzo!"

"– Dlaczego na mnie patrzysz?
– Bo tak!"

Ona trzyma w tym momencie misia i wygląda jak dziewczynka. Paradoksalnie, wrażenie to potęgują krótkie, chłopięce włosy. 

Jakiś czas potem Michel trzyma tego samego misia. Siedzi na łóżku w samych majtkach i również wygląda jak berbeć. Łamie ten obraz jednym, rzuconym jakby od niechcenia i zupełnie obojętnie, zdaniem:

"– Myślałaś kiedyś o śmierci? Bo ja myślę cały czas".

Ona chce, żeby byli jak Romeo i Julia. Jest zagubiona, poszukuje, nie wie, czego chce. 
On zgrywa twardziela, ma swoją skalę ocen dziewczyn, ciągle powtarza, że ona jest tchórzem, a on nie. On wie, czego chce i dąży do celu, nie zważając na środki. Jest ćmą. Pragnie światła i dotrze do niego, choć wie, że ono spali jego skrzydła. 

Czy oni się kochają?

Tak. Kochają się. Ale i on, i ona boją się konsekwencji tego kochania. Patricia nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności. Pragnie być niezależna. Miłość i bycie razem uważa raczej za coś krępującego, zniewalającego. Michel kocha na swój pokraczny sposób. Nie odkrył jeszcze, co to prawdziwa miłość. Może chce się jej nauczyć? 

SMUTNI Z WAS DOROŚLI

Bo kiedy z berbeci chcą wyjść dojrzali ludzie, Patricia i Michel stają się tragicznie smutni. 
Niemniej właśnie kwestie tych dojrzałych berbeci najgłębiej zapadły mi w pamięć.

"– Spanie jest takie smutne. Trzeba się rozdzielić" – mówi Patricia, a ja myślę wtedy: Jasna cholera, kobieto, zdobyłaś moje serce!

Albo piękny banał:

"– Nie wiem, czy jestem nieszczęśliwa, bo nie jestem wolna, czy nie jestem wolna, bo jestem nieszczęśliwa".

Gnida z ciebie, Patricia, ale takimi tekstami kupujesz mnie. Tak jak kupiłaś pisarza:

"– Jaka jest pana największa ambicja?"
– Stać się nieśmiertelnym a potem umrzeć".

Ten dupek, Michel, w gówniarski sposób gra samca alfa, ale to maska (MASKA czy MINA to jeden z ważniejszych, powtarzających się motywów w filmie). Czasem udaje mu się powiedzieć coś  p r a w i e  ładnego.

"– Kiedy jesteś wystraszona albo zaskoczona, masz w oczach zabawny blask [...] Właśnie dlatego chcę się z tobą przespać".

CZY TY, FILMIE, JESTEŚ ŚMIESZNY?

Nie. Nawet ja, człowiek z zupełnie wypaczonym poczuciem humoru, nie odnalazł w Do utraty tchu momentów, z których można byłoby się pośmiać. No ale to przecież nie komedia. Były jednak sytuacje, kiedy kręciłem głową z politowaniem i uśmiechałem się ironicznie. Montaż! Niekiedy na granicy komizmu. To, co swojego czasu sprawiało, że film był wyjątkowy i oryginalny, nie zdołało przetrwać próby czasu (przepraszam, jestem spaczony Hollywoodem...!). Szczególne uczucie, bliskie radości, sprawia mi scena pościgu, kończąca się zastrzeleniem jednego ze zmotoryzowanych policjantów. Trochę jakbym oglądał film Walaszka. 
Michelowi zdarza się powiedzieć czasem coś, co wywołuje uśmiech na twarzy. 

"– Znasz Williama Faulknera?
– Nie. Kto to jest? Spałaś z nim?"

Czy Do utraty tchu można traktować jako pastisz amerykańskiego kina noir? Dlaczegóż by nie? Czy autor miał takie zamierzenie, czy go nie miał, niekiedy można odnieść wrażenie, że to rzeczywiście pastisz.

SMAKOWITE SMACZKI, NIEPRAKTYCZNE SMACZKI 

Takie rzeczy, jeżeli nie rażą w oczy i określają w jakiś sposób bohaterów czy wpisują się w ideę filmu, bardzo mnie cieszą. 
Znane nazwiska, nazwy produktów, tytuły dzieł - co by o tym nie mówić, pozwalają odbiorcy lepiej "czuć" obraz, przykuwają uwagę.
Lubię motoryzację. Lubię literaturę. Lubię malarstwo i muzykę. Ależ przyjemnie było usłyszeć nazwisko Thomasa. Zobaczyć thunderbirda. Dowiedzieć się, że Michel nie lubi chesterfieldów, ale za to nie ma nic przeciwko Mozartowi. 
Faulkner, Cadillac, Bugatti, La Fayette, Chevalier, Rilke, Sachs, Renoir. Marki, marki, marki, bo nazwiska to również marki same w sobie. 
Czy  to już film o popkulturze? 
Może.
Ale należy pamiętać o założeniach i ideach Nowej Fali - one w dużej mierze tłumaczą pojawianie się w filmie tak wielu nazwisk i nazw.


O CZYM TO JEST? 

Nie wiem. Serio.
Co nie przeszkadza mi lubić tego filmu. Bardzo lubić.

Może to film o dużych dzieciach? Dzieciach we mgle w dodatku? Może to film o śmierci, o strachu przed nią, takie miało być wszak pierwotne założenie? A co jeśli to film o niczym? Przecież scenariusz pisany był z dnia na dzień na kolanie, już podczas kręcenia zdjęć. A może to film o udawaniu? O tym, że nie umiemy i nie możemy być w życiu sobą - ciągle nakładamy maski, w zależności od sytuacji odpowiednią, udajemy, boimy się wyrażać własne uczucia, iść za głosem serca, boimy się ranić (choć i tak robimy to przez swoje niezdecydowanie), boimy się realizować własne marzenia. Boimy się szczęścia. 

A jeśli to film o przegraniu? Co byśmy nie zrobili (czytaj: czy zostaniesz Patricią, czy Michelem), pogrąży nas. Tak zachowawczość i kalkulacja, jak i ślepe i nierozsądne parcie do przodu ("– Nigdy nie używaj hamulców!") działają tak samo – na koniec zostajemy z niczym, opuszczeni, rozgoryczeni, zmęczeni
("– Jestem zmęczony. Chce mi się spać"). 

I pewnie po części jest to film o opuszczeniu. 
Bohater sam zamyka sobie dłonią powieki na chwilę przed śmiercią. 

DLACZEGO TEN FILM JEST DOBRY?

Bo Belmondo i Seberg. Para, od której nie można oderwać oczu. To ludzie. Tak właśnie zachowują się ludzie. Nieracjonalnie, dziwnie. Dokonują absurdalnych wyborów. Nie wiedzą nic. Nieporadnie bawią się życiem. Potrafią zdradzić, wydać i sprzedać i sami właściwie nie wiedzą, dlaczego. Stają się gnidami.

Bo ma się poczucie przebywania z bohaterami. Oni patrzą na nas, mówią do nas (nowofalowy patent z patrzeniem wprost w kamerę; choć, jak wiemy, nie był to pierwszy tego typu zabieg w historii kina; Napad na ekspres, film z 1903 roku, uznawany za pierwszy western, pierwowzór gatunku, siał w salach kinowych prawdziwy popłoch - podczas gdy bohater stawał twarzą do widowni i wyciągał rewolwer, ludzie kryli się za siedzeniami, by uniknąć postrzału). Oni są słabi i niebanalni w swojej ogólnej człowieczej banalności. 

***


Poza tym, całkiem w porządku ten nowy plakat, co?


(I przepraszam za błędy. Pisałem to na kolanie, żeby wczuć się w klimat scenariusza.)

środa, 25 listopada 2015

Ty mnie, Anka, tak wnerwiasz, że nawet cię lubię. "Anna May" Agnieszki Opolskiej


Staram się być na bieżąco z krajowymi konkursami literackimi, przynajmniej tymi większego kalibru, jakkolwiek wątpię, i wątpić pewnie będę dalej, w jakość i odkrywczość dzieł zwycięskich. Po pierwsze uważam, że twórcy naprawdę oryginalni i bezkompromisowi, świadomi swoich umiejętności, najzwyczajniej w świecie olewają wszelkie tego typu "zabawy" (czy do końca słusznie? pewnie nie, ale to temat na inną okazję...). Po drugie jestem przekonany, iż komisje konkursowe prędzej zdecydują się na coś grzecznego, coś co będzie podobać się większości. Raczej nie dadzą szansy drugiemu Bukowskiemu. 

Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, w ręce wpadły mi dwie książki wydawnictwa Novae Res. Jedna z nich, delikatnie mówiąc, nie przypadła mi do gustu. Druga... żeby być szczerym - na pierwszej randce Anna May nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia.

OKŁADKA SSIE

Właśnie tak. Pani ładna, no ale ileż ładnych pań widuję na okładkach książek. I mimo tego, że na okładce właśnie pani, to oprawa wydaje się być... bezpłciowa. Bez polotu. I choć nie znoszę metaforycznych truizmów w stylu: "Nie oceniaj książki po okładce", to nauczyłem się, że w truizmach tych tkwi, mimo wszystko, wiele prawdy.
Im dalej zagłębiałem się w historię Anny May, tym bardziej byłem zdumiony, jak bardzo można  schrzanić okładkę takiej książki. Farby, brud, zarys sylwetki, tajemnica - to powinniśmy widzieć przed zakupem. Tymczasem wydawnictwo wypięło się na niesamowity nastrój tekstu, poszło na łatwiznę i opakowało powieść taśmowo, jak inne wydawane przez siebie pozycje.
Anka, co oni ci zrobili!


TO NIE ŚWIAT. TO WSZECHŚWIAT

Można się w nim zgubić, ale dawno nie czułem się tak przyjemnie zagubiony.

Zawsze po przeczytaniu książki zastanawiam się, w jaki sposób można by o niej rozmawiać. W przypadku Anny May nie wiedziałbym od czego zacząć.

Może o relacjach matka-córka? Może o świecie show-biznesu? O środowisku gejowskim? O dziennikarskich hienach? O sztuce? Toksycznych związkach? Życiu w mieście? Życiu w ciemnogrodzie? O miłości? Przyjaźni? Seksie? Snach? Psychologii? Pominąłem coś? Na pewno pominąłem.

Kiedy pierwszy raz zacząłem czytać Annę May byłem przekonany, że będę obcował z typowym babskim romansidłem (ciągle mając przed oczami tę nieszczęsną okładkę! na marginesie - spotkałem się z recenzjami, które ową okładkę zachwalały (sic!); gdzie wy, ludzie, macie oczy? czy my tę samą powieść czytaliśmy? - zastanawiałem się później). Okazało się, że bardzo się myliłem. Oczywiście nie brakuje w Annie May elementów typowego romansu, ale jakież było moje (miłe) zdziwienie, kiedy obserwowałem, jak romans ów przybiera pozy dramatu, powieści typowo socjologicznej, thrillera. Oniryczne, niepokojące, ocierające się o frenetyzm wizje głównej bohaterki budziły we mnie zdumienie. Jakiż to dobry "romans"! Momentami (świadomie lub nie) powracający do swoich gotyckich korzeni.

Anna May ma wszystko. Może nawet za dużo. Można by z tego sklecić KILKA naprawdę porządnych powieści.

Ta książka przypomniała mi, jak dawno nie oglądałem obrazów Fridy Kahlo. Jak bardzo lubię Caravaggia.

Niektóre sceny wyglądały jak żywcem wyjęte z obrazów innych artystów. Choćby ta, w której Kuba i Anna spotykają się nad Wisłą. Narratorka-Anna sama zauważa, iż sceneria podobna jest do tej z dzieła van Gogha Gwiaździsta noc.

Obserwując poczynania bohaterów, raz po raz natykałem się na dygresje, tytuły znanych piosenek, fragmenty listów i pamiętników. Znalazł się tam również wiersz (wcale nie fikcyjnego autora ;). Badanie uniwersum świata przedstawionego, tropienie "smaczków", odnajdywanie istniejących w świecie rzeczywistym lokacji i wytworów kultury, dało mi dużą satysfakcję. No ale żeby nie było tak kolorowo...


TY SIĘ, KOBIETO, PRZESTAŃ MAZAĆ, A TY JESZCZE RAZ POWIESZ "PIWUNIO", TO DOSTANIESZ W ZĘBY

LUKAS - wybitnie inteligentny i wybitnie irytujący gej. Nie to, żebym gościa nie lubił. Po prostu niejednokrotnie miałem ochotę trzasnąć go w czerep za nagminne używanie zdrobnień. "Winko", "piwko", a nawet "piwunio", to dla Lukasa chleb powszedni. Można zarzucić autorce, że nakreśliła postać geja TYPOWEGO, charakterystycznego, ze wszystkimi "homoatrybutami", ale ja postanawiam jej to wybaczyć. Lukas wnosi do powieści wiele światła i (niekiedy wątpliwego, ale jednak) humoru. I wzrusza. 

KUBA - mężcyzna, którego nie znoszę. Karierowicz z dobrego domu. Nosi on w sobie pewne pierwiastki "swojego chłopa", ale dla mnie to za mało. 

MAREK - marna reinkarnacja Bruce'a Lee. Zasmarkanego Bruce'a Lee.

ANNA - pieprzyć malarzy! Wyjdź za mnie, jesteś boska! A nad twoimi humorami popracujemy. 
(Anna jest droga w utrzymaniu. Nie to, że przyzwyczajona do luksusów czy nienaturalnie wysokich stawek za pozowanie. Po prostu można nie wyrobić na kartonach chusteczek higienicznych. Anna bowiem nader często staje się "ważnym dopływem Wisły".)

NORTHON - fuksiarzu! Kasy jak lodu. Tylko maluje i pali papierosy, ale sylwetkę ma taką, jakby spędzał na siłowni 8 godzin dziennie. W dodatku babeczki lecą do niego jak emeryci na wyprzedaż karpia w Lidlu. Z tą najfajniejszą ma trochę pod górkę, no ale... Fuksiarzu!

Książka pełna jest barwnych postaci. Wydają się one być skonstruowane w bardzo typowy, jak to wspomniałem przy Lukasie - "atrybutyczny" sposób. Ale to tylko pozory. Bohaterowie są do bólu prawdziwi, namacalni, bliscy. I żaden z nich nie jest bezwzględnie dobry czy bezwzględnie zły. To niemal żywi ludzie. 

I jacy by oni nie byli, czytelnik ma pewność, że każdy z nich jest potrzebny, jest na miejscu, spełnia swoją rolę. 

PAKUJĘ SIĘ I JADĘ!

Czyli o lokacjach. 

Bawienie się w detektywa podczas lektury to mój standardowy sposób na "ponowne odkrywanie" książki, o ile ta jest na tyle dobra, że w ogóle chce się to robić.

Anny "podróże małe i duże" można z powodzeniem powtórzyć. Kreślimy trasę na mapie i w drogę. Lokacje oddane są z dbałością o najmniejsze szczegóły. Niektóre fragmenty można by wykorzystać jako przewodniki turystyczne.

Mnie jednak najbardziej ujęły opisy wsi. W pewnych momentach przed oczyma stawały mi obrazy niczym z filmu Dom zły Smarzowskiego. 

Swoją drogą, całą książkę wchłania się serią kadrów, szkiców i obrazów. Annę May widziałbym na ekranie. Reżyser...? Może właśnie Smarzowski? 

JESZCZE O FABULE, CZYLI ZAPLĄTAŁEM SIĘ W SWETRZE

Pewne momenty są oczywiste i można je przewidzieć, nie wysilając zbytnio mózgownicy. Na szczęście autorka nie idzie na łatwiznę. Sieć intryg, niedopowiedzeń i domysłów, nagłych zwrotów akcji gęstnieje ze strony na stronę. Niekiedy zdarzało mi się z politowaniem pokręcić głową. Taaa, jasne! I co jeszcze? Może zaraz w Pomarańczarni pojawią się kosmici? 
Na szczęście autorka ma wyczucie. Doskonale wie, gdzie jest granica. Dotyka jej czubkami palców, ale nie przekracza. 

SRATY-TATY, GACIE W KRATY

Przeczytałem Annę May, po czym, swoim zwyczajem, zajrzałem do kilku recenzji. I właśnie głównie te quasi-recenzje skłoniły mnie do napisania swojej. Bo warto. Bo, pomimo kilku niedociągnięć, jest to książka, która zasługuje na trochę więcej uwagi, niż parę powtórzonych ze skrzydełka okładki informacji. Owszem, zgadzam się z przychylnością, z jaką spotkała się ta powieść, ale, na miłość Boską, zdecydowana większość recenzji wygląda tak, jakby ich autorzy w ogóle Anny May nie przeczytali lub jakby co najwyżej przelecieli ją po łebkach. Ot, "bla bla bla", "sraty-taty", "pierdu pierdu". Wstydzić się na trzy, dwa, jeden...!

***

Podsumowując...

Wbrew pozorom, nie jest to literatura typowo kobieca. 
Dawno nie odczułem tak wielu skrajnych emocji (od niechęci, przez śmiech, po ogromną sympatię), czytając książkę polskiej autorki. Ja się, cholera, autentycznie wzruszałem (ale o tym nikomu ani słowa!). 
Niedociągnięcia warsztatowe TAKIM debiutantom najzwyczajniej się wybacza (ale nie zapomina!).
Wybacza się również tytuł, który (czy tylko mnie?) kojarzy się z... Franciszką Maj z pewnej kopii pewnego amerykańskiego serialu. 
Trochę mniej wybacza się błędy takie jak w tych zdaniach:

- Sam sobie nalej, mnie tu jeszcze nie ma. - odparowałam i wyszłam. (KROPKA!)

Zamknęłam ekran mojego maca z trzaskiem i pierwszym, co napotkałam, było dziwne spojrzenie Adama. (Brzmi nienaturalnie. Nie prościej byłoby napisać: "Z trzaskiem zamknęłam ekran mojego maca i napotkałam dziwne spojrzenie Adama."? Ewentualnie: "[...] i pierwsze, co napotkałam, to dziwne spojrzenie Adama."?

Jestem ignorantem. Nie czytałem innych wyróżnionych w konkursie Novae Res powieści. Nie wiem nawet, czy można je gdzieś przeczytać. Wiem natomiast, że książka Opolskiej ma wszelkie atuty, które sprawiły, że jest to zasłużony Literacki Debiut Roku. 



Autorce Anny May życzę dalszego rozwoju. I oby się "branży" nie dała.




wtorek, 24 listopada 2015

"Czerwień obłędu", czyli czerń rozpaczy. (O szkicach)



O szkicach książek przez pomyłkę wydanych.

Ostatnio wpadły mi w ręce dwie książki wydawnictwa Novae Res. Jakaż przepaść! Jakaż różnica w jakości! - pomyślałem, kiedy "po wszystkim" zacząłem je porównywać (co właściwie nie ma większego sensu - to jakby testować Daewoo Tico i nowe Audi A6 i zastanawiać się, które auto jest solidniejsze i ma więcej klasy).

Zanim napiszę o Annie May Agnieszki Opolskiej, chciałbym nieco popastwić się nad Czerwienią obłędu Dawida Waszaka. 

***

Nie czytam książek "na czczo". Potrzebuję katalizatorów. Kawy, wina, whisky. Czasem czegoś do pochrupania. Albo żelków. Papierosów. Tych ostatnich staram się unikać. Ale im więcej alkoholu, tym bardziej chce się palić. 
Niektóre książki nie potrzebują owych katalizatorów zbyt wiele. Same potrafią nimi być. Same dbają o uwagę czytelnika. Zatrzymują go, żeby został. 
Przy Czerwieni obłędu uchlałem się jak świnia i wypaliłem paczkę fajek. Inaczej nie wysiedziałbym. 

CZY KTOŚ TO CZYTAŁ PRZED DRUKIEM?

W trakcie lektury raz po raz odnosiłem wrażenie, że nie. Że po co. Że nie warto.

Skrajnie dziwny, niepoprawny, nie pasujący (to znaczy: nie wyglądający na zamierzony, nawet jeśli był zamierzony) szyk wyrazów w zdaniu, niepoprawny zapis dialogów, sztuczne, nieporadne przekleństwa, irytujące powtórzenia i jeszcze bardziej irytujące nadużywanie zaimków, pozjadane wyrazy - tym właśnie rozkoszować się można, czytając tę książkę. 

Pomijam już tytuł, którego mianownikowo-dopełniaczowa konstrukcja przywodzi mi na myśl nieporadne wiersze początkujących nastoletnich autorów.
(A jednak nie pominąłem tytułu.) 

Kilka zdań, aby zobrazować problem. Dosłownie "problem". 

"Klamka od drzwi mojego biura zaczęła się uginać." - Jasne! Zaczęła się uginać niczym deska, po której się chodzi. Zaczęła się uginać tak jak pod kimś nogi! Jak stalowa konstrukcja pod wpływem niebywałego ciężaru. Bo nie mogła po prostu poruszyć się lub opaść. Dziwna to klamka, która ugina się pod wpływem dotyku.

"Spojrzałem w stronę Kacpra, przeklinając w duszy jego niechlujstwo. Dobrze, że nie na głos, gdybym to powiedział, żona by mnie zabiła."

"Odsunąłem mężczyznę jednym ruchem ramienia i otworzyłem bagażnik. Szperałem w nim kilka chwil, przedmioty, które tam miałem, były porozrzucane."

"Spojrzałem na miejsce, gdzie powinna leżeć Amelia, nie było jej." - To pewnie bardziej kwestia gustu niż poprawności. Niemniej razi mnie to niesamowicie. Cały tekst wygląda właśnie tak. Przecinki i kropki robią sobie, co chcą. Przyznam, że miałem przez to niemałe kłopoty z przyswojeniem treści (nie, to nie alkohol, to właśnie przecinki i kropki!).

"Nie potrzebowaliśmy żadnej komody, dodatkowej szafki czy innych półek. Chwila... zapomniałem chyba o stolikach nocnych, które stały łóżka." - Każdemu zdarzają się takie przeoczenia/niedopatrzenia, zwał jak zwał. Nie w takich książkach widywałem pozjadane wyrazy. No ale Czerwień obłędu ma zaledwie 175 stron. Wypadałoby tak krótką powieść sprawdzić porządnie. 

"Im dalej od złomowiska byliśmy, tym spokojniejszy byłem." - Bo przecież zbyt trudno jest napisać: "Im bardziej oddalaliśmy się od złomowiska, tym spokojniejszy byłem." Ale to jeszcze nic. Czasem czułem się tak, jakbym wszedł do gry Mortal Combat 4 i dostawał solidny combo łomot od oponenta. Oto wycinki z niecałych czterech kolejnych stron tekstu (62-65):

"Przełknąłem kolejny raz z rzędu ślinę, rozglądając się i spoglądając nerwowo na zegarek. [...] Zacisnąłem nerwowo żuchwę. Towarzyszył mi przeraźliwy szum spowodowany ciszą... [...] Zacisnąłem żuchwę pięciokrotnie, po czym, w przypływie nerwów, zamiast ruszyć na oprawcę... upuściłem klucz na chodnik. [...] Dobiegając do samochodu, nie zdążyłem się nawet zatrzymać. Dopiero uderzając w drzwi, otworzyłem je i wskoczyłem do środka. (Czyli co? Drzwi jego auta otwierają się do wewnątrz? Takie użycie imiesłowu sugeruje wykonania dwóch czynności (a nawet trzech!) jednocześnie! Uderzył w drzwi, co spowodowało otwarcie ich i jego wskoczenie do środka... Cały tekst najeżony jest źle użytymi imiesłowami. Nie na darmo zawsze uważałem, iż nadużywanie imiesłowów oznacza pewne braki warsztatowe autora.) Wyciągnąłem kluczyki, oglądając się za siebie. Mężczyzna, przewracając się o jeden z krzewów, ruszył w moją stronę jak taran. (To samo. Mężczyzna przewrócił się, ale potem wstał i ruszył jak taran. Nie mógł przewracając się, ruszyć jak taran. Chyba że lotem ślizgowym. Czytając te bzdury błagałem, żeby whisky wreszcie zaczęła działać.) [...] Zaciskając żuchwę, doszedłem do siebie na tyle, aby sięgnąć po prawidłowy. [...] Jechałem spanikowany, zaciskając żuchwę i co jakiś czas wycierając ręce od potu. (A nie "Z POTU"?). [...] Zacisnąłem żuchwę i puściłem kierownicę, aby ochronić głowę przed uderzeniem.

Mało imiesłowów? Czujecie niedosyt? Nie ma bólu - w książce Waszaka co trzecie zdanie rozpoczyna się i kończy imiesłowem! Wspaniałą kumulację zauważyłem na stronach 87-89. Palce lizać! 

WEŹ SIĘ, DO CHOLERY, WRESZCIE WYKRWAW!

Żeby choć bohater był ciekawy. 
Bohater trzyma się poziomu książki.

Jak już pewnie zauważyliście, Dorian (nie pasuje mi to imię) ciągle zaciska żuchwę (czy można zacisnąć żuchwę? można zacisnąć szczęki, ale ŻUCHWĘ?). Zapytacie, co jeszcze przez całą książkę robi bohater? Otóż: przełyka nerwowo ślinę (w przerwach na zaciskanie żuchwy), boli go łeb, łyka tabletki na łeb, krwawi, przeklina, krwawi, coś go uderza, on uderza w coś, w związku z czym krwawi, przełyka ślinę (nerwowo), odwiedza koleżankę, która też przełyka ślinę, zacina się przy goleniu, więc krwawi, rozbija lustro, więc krwawi, to wszystko oczywiście boli go, zatem łyka tabletki na ból, po kilka, bo bolą go nie tylko miejsca krwawiące, ale i (coraz bardziej) głowa. 

Tak wygląda życie naszego bohatera. 

Podczas lektury życzyłem sobie, żeby Dorian wreszcie wykrwawił się na śmierć. Właściwie nie wiadomo, jak przeżył, krwawiąc całą książkę. I te sceny, kiedy chodzi po domu i zakrwawia wszystko dookoła. Dlaczegóż, człowieniu, nie zabandażujesz tych ran na stopie? Po co wszystko brudzić a potem sprzątać zaschniętą krew? Oczywiście na kolejnych stronach bohater zmywa plamy zaschniętej krwi... bo przecież nie ma nic ciekawszego do roboty.
Zapamiętam Doriana jako jęczącą ciapę, hipochondryka, lekomana, alkoholika, tchórza, przeklinającego pozera... oraz jako połykacza śliny, który potrafi w cudowny sposób zaciskać żuchwę. Pięciokrotnie.

Dorian zwraca się do czytelnika jak do grupy odbiorców (trzecia osoba liczby mnogiej). Byłby to całkiem niezły chwyt, gdyby go umiejętnie wykorzystać. I gdyby bohater nie traktował czytelników jak idiotów. Niekończące się wtrącenia w nawiasach, które najczęściej mają za zadanie wyjaśnienie czegoś, co jest i tak oczywiste, albo służą po prostu do niepotrzebnego, głupiego, powodującego efekt przegadania tłumaczenia się Doriana, najzwyczajniej w świecie złoszczą. Nu, nu, nu, autorze! Nie wolno! Nie lubimy tego!


CIĄGNIE SIĘ JAK SMRÓD PO GACIACH

Historia się ciągnie.
Wizje, powtarzalne czynności, wizje, nie wizje. Książka jest krótka, warto by "zagęścić" akcję.
A kiedy pojawia się najciekawszy wątek z synem bohatera i pewną zbrodnią... autor robi nam na złość i nie kończy książki, tylko dopisuje jeszcze jakieś 10 stron, żebyśmy już w ogóle nie mieli przyjemnych wrażeń po lekturze, żebyśmy zapomnieli o tym jedynym ciekawym, intrygującym momencie w powieści.


NO, ROBI WRAŻENIE

Złe wrażenie. 

Książka wygląda na napisaną w pośpiechu i równie pośpiesznie wydaną. Kiedy czytałem Czerwień obłędu, miałem wrażenie, że obcuję z marną podróbką Kinga czy innego Koontza. Lektura nie sprawiła mi żadnej przyjemności.

Kiedy już decyduję się na przeczytanie książki (co wcale nie zdarza się bardzo często), staram się ją czytać z uwagą i skończyć nawet wtedy, kiedy zupełnie mi się ona nie podoba. Z każdej przeczytanej do tej pory książki udawało mi się wyłowić choć jedno zdanie, które do mnie dotarło, które było po prostu ładne albo mądre, albo ciekawe. W powieści Waszaka nie odnalazłem takiego zdania. 
Czerwień obłędu jest pusta w środku jak wydmuszka.

Książka wymaga dopracowania. Ponownej redakcji. Dopieszczenia fabuły, która ma przecież potencjał. 

Czerwień obłędu wygląda jak szkic, jak źle realizowany, lekko obudowany konspekt, który gwarantuje podwójnego kaca. Takie krótkie, a tak boli...




Właściwie dlaczego? Czyli o rynku wydawniczym w Polsce.

A dlatego, że nie jestem zadowolony.

Od jakiegoś czasu (od bardzo długiego czasu) obserwuję cały ten polski literacki grajdół. Co wynika z tych obserwacji? Pewnie nie zauważyłem więcej niż każdy zdrowo myślący obserwator.

Siedem grzechów głównych tak zwanej "branży":

1. Krajowy rynek literacki to właściwie "ryneczek". Można zapytać: - Jak to? Jest tyle książek, tylu autorów, targi, akcje, promocje - literatura w Polsce dawno nie miała się tak dobrze! 
Owszem, prawda, ale gówno prawda. Przybywa nam autorów. Autorzy rosną jak grzyby po deszczu. Szkoda, że jak sromotniki bezwstydne. Piszących jest tylu, ilu czytelników. Może nawet więcej. Książki produkowane są taśmowo. Jeszcze nigdy wydanie własnego "dzieła" nie było tak łatwe jak obecnie. Czy to źle? Paradoksalnie, bardzo źle. Dlaczego? Otóż...

2. Poziom literatury spada na łeb na szyję. Łatwość, z jaką można "zrobić" sobie książkę sprawia, iż na rynku wydawniczym pojawia się masa autorów nie mająca pojęcia o pisaniu, a często nawet o języku ojczystym. Ale czy to wina autorów? W połowie. A druga połowa winy? Druga połowa winy leży po stronie

3. wydawnictw. Wydawnictwa również rosną jak grzyby po deszczu. "Wydamy cię tanio i szybko!". "Spełnimy twoje marzenia o byciu pisarzem!". "Wydamy cię taniej i szybciej!". "Każdy może być pisarzem!". 
Trudno się dziwić. Jest popyt, jest podaż. 
Nie można zaprzeczyć, że niemal od zawsze książka jest między innymi produktem. Dziś książka jest PRZEDE WSZYSTKIM produktem. Każdy chce na niej zarobić i nie ma co się dziwić. Ale gdzie w tym wszystkim umiar? Gdzie rozsądek? Gdzie długofalowe myślenie? 
Coraz mniej jest wydawnictw z misją, z konkretnym, wyraźnym pomysłem. Książka ma się sprzedać i już. 
Traktowanie książki PRZEDE WSZYSTKIM jako produktu niesie ze sobą pewne konsekwencje.

4. Jacy czytelnicy, takie książki. Nie, nie wywyższam się, nie traktuję większości czytelników z pogardą, nie uważam za istoty drugiej kategorii. Mam żal i pretensje, to wszystko. 
Czytuję ostatnio sporo popularnych w kraju książek. Z przykrością stwierdzam, że większość z nich to tania literacka papka, mierna podróbka podrzędnych amerykańskich filmów. Kiczowate romanse. Całe tomy zerżniętych Kingów. Horda autorek chcących pisać jak Erika Mitchell James. 
Ale...
to się sprzedaje. Ktoś to jednak czyta. Powstają kolejne, pełne zachwytów recenzje. Powstają autorskie strony na Facebooku. Fankluby. 
Nie, nie uważam, że czyta się tylko takie rzeczy. Że nie pisze się już, że nie czyta się już naprawdę dobrej, "jakościowej" literatury. Sam staram się wchłaniać różne rzeczy, żeby mieć wiedzę
i o jednym, i o drugim; żeby utrzymać w sobie zdrową równowagę. Właśnie. RÓWNOWAGĘ. 
Czy tylko ja mam wrażenie, że ludzie są coraz mniej refleksyjni? Że w filmach lub książkach chcą piękna (choć sztuczne), śmiechu (choć sztuczny), pieniędzy (bo każdy o nich marzy), seksu (bo każdy go chce), akcji (choć zwykle nieprawdziwa)?

5. Ten grzech wiąże się z grzechem trzecim.
I z grzechem drugim.
Ze zgrozą zauważam, że wiele książek, z którymi mam (często wątpliwą) przyjemność obcować, zawiera masę błędów. Nie pytam nawet o to, kto pisze takie książki (znamy wielu znakomitych autorów, którym, delikatnie mówiąc, nie po drodze z gramatyką i ortografią; zresztą, autor niech się zajmie pisaniem genialnych dzieł; od brudnej roboty są wydawnictwa i zatrudnieni w nich redaktorzy i korektorzy), ale kto dopuszcza do tego, żeby dziełka takowe były wydawane, żeby stały na półkach księgarń i bibliotek? Czy nie jest to brak szacunku do języka? Czy takie książki nie utrwalają w języku pewnych złych, niepoprawnych "zachowań"?
Kasa, proszę państwa. Tajemnicą Poliszynela jest, iż o książki w całości finansowane przez wydawnictwo dba się bardziej, począwszy od redakcji, a na kampanii promocyjnej skończywszy. Książki współfinansowane przez autora (lub w całości przez niego finansowane) traktowane są po macoszemu.


A potem siadam na łóżku i czytam te wszystkie potwory mózg piorące, przyczyniające się do cofania w rozwoju.

6. Promocja. Promocja. Promocja.

Jak to się dzieje, że organizuje się konkursy dotyczące niewydanych jeszcze książek? Jak to się dzieje, że autorzy udzielają wywiadów na temat swoich książek, których nikt nie przeczytał (gdyż, na przykład, znajdują się one w druku)? Marketing, jak wiadomo, rządzi się swoimi prawami. Jest bezlitosny. Nie bierze jeńców. Chodzi o skuteczność.
Pewnie, zgoda. Reklama musi być. Każdy też chciałby mieć swoje pięć minut.
No ale niektórzy chyba na głowę upadli.


Blogerom zajmującym się literaturą brak klasy. To mój główny zarzut. Oczywiście generalizuję, bo jak nie generalizować. Oczywiście uogólniam, szufladkuję, itd., itd. Tak, jestem tego świadom. Ci, którzy nie pasują do mojego opisu przeciętnego blogera, nie będą się czuli urażeni. Inni niech się czują, to prawidłowa reakcja. 

7. I tu czepiam się ludzi, którzy piszą o pisaniu. Czepiam się szczególnie blogerów. Przede wszystkim tych, którzy za darmowy egzemplarz książki od wydawnictwa są w stanie przymykać oko na niedoskonałości "dziełka". Tych, którzy uważają, że rzetelna recenzja to kilka powtórzonych już przez innych zdań, krótkie streszczenie, jakie zwykle można znaleźć na okładce, oraz opinia, również zwykle powtórzona już przez kogoś, bo po co wysilać mózgownicę.

 *** 

Wreszcie chciało mi się to zrobić. 
Będę tu nienawidził książki, ale będę też pisał o pozycjach naprawdę wartościowych. A wszystko to oczywiście bez krzty obiektywizmu.