niedziela, 16 września 2018

"Final Space". Serial, który złamał mi serce






Gary Goodspeed odsiaduje pięcioletni wyrok na statku kosmicznym Galaktyka I. Jest zupełnie sam, nie licząc komputera pokładowego HUE, KVNa, małej armii identycznych robotów i... lodówki. Jego nudny żywot odmienia mała, zielona kulka, słitaśna i przytulaśna, którą nazywa Ciastuś. Gary nie zdaje sobie sprawy, że nowy przyjaciel to niszczyciel światów pilnie poszukiwany przez bezwzględnego Lorda Przywódcę. 

Serial od początku przyciąga dobrą kreską, żywymi kolorami i sporą dawką humoru, nie zawsze najwyższych lotów. Nic nie zapowiada, że błaha historyjka o nadpobudliwym i zbyt dużo mówiącym łamadze przerodzi się w dramatyczną opowieść o miłości, przyjaźni i poświęceniu, nieustającej walce dobra ze złem i wyborach, z których każdy, pomimo dobrych intencji, będzie tym złym. 

Najmocniejszym punktem tej animowanej produkcji są postaci. Cała galeria niezwykle ciekawych, barwnych i do końca rozwijających się bohaterów, oczywiście na czele z Garym, bowiem w jego przypadku przemiana jest najbardziej widoczna. Każdy odcinek ukazuje widzowi powolne acz systematyczne zmiany zachodzące w głównym bohaterze. Kosmiczny więzień dorasta do wymarzonej roli kapitana statku oraz do tej niekoniecznie wymarzonej – lidera próbującego uratować wszechświat przed Lordem Przywódcą i tytanami. Lekki przygłup i wieczna łamaga okazuje się być człowiekiem o wielkim sercu, lojalnym i bohaterskim, dla którego wszechświat znaczy tyle samo co kilkoro przyjaciół. 
Odcinki są króciutkie, ale mieszczą wiele wątków. Poznajemy historię charyzmatycznego Avocato, który będąc kimś w rodzaju podwójnego agenta próbuje wyrwać syna ze szponów Lorda Przywódcy. Dowiadujemy się, kim jest (i będzie! – motyw podróży w czasie) dla Gary'ego Quinn, wyrachowana i chłodna Strażniczka Nieskończoności poznająca właśnie smak zdrady na kosmiczną skalę. Nawet kurduplowaty acz śmiertelnie niebezpieczny Lord Przywódca zarysowany jest tak, aby widz nie mógł go odbierać zupełnie jednoznacznie. 

Final Space jest niezwykle przyjemny w odbiorze, pomijając już opowiadaną historię i uczestniczących w niej bohaterów. Powtarzający się motyw dryfującego w przestrzeni kosmicznej Gary'ego odliczającego wspólnie z HUE minuty/sekundy życia, ułatwia widzowi powrót do serialu. Świetna muzyka pogrywa z odbiorcą, kiedy z transcendentnej przechodzi w immanentną. Barwne, fantazyjne uniwersum ogląda się przyjemnie, niezależnie czy są to sielankowe widoki czy mroczne, przyprawiające o dreszcze lokacje. 

Spodziewałem się taniej rozrywki, kolejnego zapychacza przed snem, dostałem natomiast serial nie zawsze lekki i przyjemny. Spomiędzy całej masy lepszych i gorszych żartów, gagów i epileptycznych efektów specjalnych wypływa czarny jak kosmos fatalizm. Final Space nieodparcie przywodzi mi na myśl tragedię grecką, co da się jeszcze wytłumaczyć, ale też dramaty Ibsena, czego jeszcze do końca nie udało mi się wyjaśnić. Jakby nie było, serial rozbawił mnie i pozwolił przyjemnie spędzić kilka wieczorów, jednocześnie pozostawiając we mnie prawdziwie kosmiczną pustkę. Złamał serce. 

Z niecierpliwością oczekuję drugiego sezonu, który, mam nadzieję, będzie tak samo irytujący, tak samo interesujący i równie bezdennie smutny w swej głupkowatej powierzchowności co pierwszy. 

PS 
Zupełnie nie rozumiem ciągłych porównań Final Space do Ricka i Morty'ego... 











niedziela, 2 września 2018

Ludzie z pasją poszukiwani!

Niezależna Krytyka poszukuje ludzi, którzy mówią o kulturze. Niekoniecznie z kulturą. Ale zawsze z klasą. 

  • Jeśli piszesz recenzje filmów, książek, albumów muzycznych i chcesz się swoimi wrażeniami podzielić z innymi, prześlij swój tekst Niezależnej! 

  • Chodzisz na wystawy? Lubisz muzea i galerie sztuki? Śledzisz wydarzenia kulturalne w mieście, regionie, kraju, na świecie? Napisz o tym!

  • Prowadzisz vloga na temat kultury? Twoje filmy mogą pojawić się na stronie Niezależnej Krytyki!

  • Interesujesz się fotografią? Rysujesz, malujesz? Skrzynka pocztowa Niezależnej Krytyki otwarta jest również na zdjęcia!

  • Zajmujesz się felietonistyką? Filozofujesz? Analizujesz? 

  • A może piszesz opowiadania lub wiersze? Jeżeli nie chcesz, żeby kurzyły się w szufladzie, wyślij je Niezależnej Krytyce! 

Wszystkie prace należy podpisać imieniem i nazwiskiem, ewentualnie pseudonimem. 

Najlepsze, najciekawsze z nich zostaną opublikowane.

Niezależna Krytyka zastrzega sobie prawo do redakcji i korekty nadesłanych tekstów, aby spełniały one warunki poprawności merytorycznej, stylistycznej i językowej.

Za nadesłane prace autorzy nie otrzymają wynagrodzenia, gdyż Niezależna Krytyka to, póki co, projekt zupełnie non-profit. Jeżeli wystarczy ci satysfakcja ze współtworzenia nowej kulturalnej przestrzeni w internecie, dołącz do ekipy!

Teksty i zdjęcia należy przesyłać na adres:

niezaleznakrytyka@gmail.com

Powodzenia! 




wtorek, 7 sierpnia 2018

Kora, Stańko, Szulkin. Odeszli mistrzowie.


Kora jeszcze do niedawna kojarzyła mi się bardzo dziwnie. Nie, nie z programami typu talent show i newsami z Pudelka. To raczej tajemnicza, duszna atmosfera rodzinnego domu i jej głos płynący z małego radia na kasety, kiedy głęboką nocą otwierałem oczy i moim małoletnim umysłem próbowałem pojąć, o czym ta kobieta śpiewa. To parę oryginalnych, parę przegranych taśm Maanamu, które od zawsze leżały ukryte głęboko na dnie szuflady mojego ojca, jednej z tych, jakie z podnieceniem przeszukiwałem, kiedy nikt nie mógł mnie zobaczyć. Wtedy Kora wydawała mi się niepokojąca i zbyt enigmatyczna. Później, kiedy dorastałem, zbyt staroświecka. Aż dziw, że ostatnie kilka lat upłynęło mi pod znakiem Krakowskiego spleenu... 

Za szczerość, odwagę, walkę o wolność wypowiedzi i wolność artysty jako bytu niezależnego, szczególnie politycznie. Za wojowanie z ciężką chorobą. 
Za Krakowski spleen i Luciolę. Za wyjątkowo zimny maj. Za Anioła. Dziękuję. 


Tomasz Stańko tworzył zrozumienie. Ja rozumiałem jego muzykę, jego muzyka mnie. Szczególnie podczas samotnych wieczorów ze szklanką whisky i paczką papierosów wypalanych przez okno. Pasujemy do siebie, ja i ten jazz. W trudnych chwilach był jak Droga, a kiedy stawałem bezradny na rozstajach, zastępował drogowskazy. Stańko swoją muzyką upewnił mnie, że mężczyzna musi lubić jazz i własne towarzystwo. I że nie ma nic złego w zadumie.
 
Za wspaniałą ścieżkę dźwiękową, która z przeciętnego obrazu uczyniła dobry polski film noir początku nowego stulecia. Za to, że odróżniam trąbkę od saksofonu. Za puszczenie oka Daviesowi. Za godne reprezentowanie Polski i polskiego jazzu na arenie międzynarodowej. Za to, że z Twoją muzyką whisky jest łagodniejsza a papieros mniej gorzki. Jak życie.  
Dziękuję.


Piotra Szulkina od początku postrzegałem jako niedocenionego wizjonera, mimo że jego filmy poznałem już mocno posunięte w czasie, z technicznego punktu widzenia trącące archaizmem. Jednak od innych polskich produkcji z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, udających kino fantastyczne, różniły się diametralnie. Szczególnie ideą. To nie były produkcje rozrywkowe. Można w nich było poczuć delikatny smak teatru, szczyptę malarskiego kunsztu i garść niezłej literatury fantastyczno-naukowej. Szulkina cenię również za to, iż nie próbował na siłę podrabiać Zachodu. Szedł własną drogą i miał swoje zdanie, co niejednokrotnie utrudniało mu życie. Ale cóż, taka dola wizjonera brnącego pod prąd.
 
Za gaworzenie w tytułach filmów.
Za uwiecznienie Walczewskiego jako kogoś więcej niż Stępnia
a Kotysa jako kogoś więcej niż Paździocha.
Za Stuhra w konwencji niekomediowej.
Za Oczy uroczne.
Inteligencję i wrażliwość.  
Dziękuję.


poniedziałek, 7 maja 2018

Dorastający "Krzyk". "Super Dark Times" Kevina Phillipsa


To już zupełnie nie dziwne, iż twórcy wykorzystują ludzką nostalgię i rzucają w nas odgrzewanymi kotletami z datą ważności z lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Dla jednych to problem, dla innych nie – kto nie chce, ten nie je. 

Ja zjadłem dziś takiego kotleta. Nie, nie przeterminowanego. Nie bazował też na przestarzałej recepturze. Można rzec, iż opakowanie delikatnie grało na mojej tęsknocie do lat dziewięćdziesiątych, kotlecik smakował jak babciny, ale był jak najbardziej świeży i wyprodukowany zgodnie ze wszystkimi atestami, normami i...

Dobrze, dość już tych mięsnych porównań.

Super Dark Times to reżyserski pełnometrażowy debiut Kevina Phillipsa. 

Tytuł zobowiązuje, dlatego też twórcy od początku raczą widza serią mrocznych lecz przedniej urody ujęć. Punkt.

Młodociani bohaterowie dobrani są na zasadzie przeciwieństw, ale nie jak w podrzędnym familijnym filmie przygodowym. Proporcje zostały zachowane, postaci różnią się od siebie tak, jak różnią się od siebie ludzie w prawdziwym życiu. Do tego aktorzy grają naprawdę przyzwoicie. Dwa punkty. 

Historia... Tak, chyba dałem się złapać w sidła zastawione przez twórców. Początkowo próbowałem grać profesjonalistę i śledzić film "na zimno", ale nawet nie zauważyłem, kiedy fabuła pochłonęła mnie i ocknąłem się dopiero na napisach końcowych. Punkt. 

I niby wszystko w porządku, dostajemy kawałek solidnego dramatu z domieszką thrillera (na pewno nie na odwrót), który może przykuć tyłek do siedzenia, ale kiedy zaczynamy się tej produkcji zbyt dobrze przyglądać, zauważamy, że coś jest nie tak. 

Po pół godzinie wprowadzenia w sielankowe lata dziewięćdziesiąte twórcy sprowadzają nas (i przede wszystkim swoich bohaterów) na ziemię. Dzieciaki zderzają się z brutalną rzeczywistością. Wkraczają w świat dorosłych w jeden z najgorszych możliwych sposobów. I to nie jest jeszcze wada filmu – przeciwnie! Coś zaczyna się dziać, intryga plącze się, film rozpędza do prędkości dramatu z motywem kryminalnym w tle. Aktorzy wciąż dają radę – obserwujemy, jak zmieniają się sami w sobie, jak zmienia się ich zachowanie wobec kumpli ze szkoły, rodziców, wobec wąskiego kręgu "winnych". Do tej pory debiut pana Phillipsa zasługuje na słowa najwyższego uznania. 

Ale przed nami druga część filmu, ta mniej spójna, żeby nie powiedzieć wprost – gorsza.  

Nagle Super Dark Times traci tożsamość. Nie chce być już tylko dramatem noszącym znamiona thrillera i kryminału. Dziwne i makabryczne sny i wizje Zacha (Owen Campbell) sugerują widzowi, że od teraz obcuje z horrorem, zaś końcowe minuty to wręcz teen slasher. Z trochę może nawet zbyt podniosłego tonu film zjeżdża tunelem rozrywki wprost do bezdennej studni tandety, jaką jest finał tej schizofrenicznej produkcji. 

Film, szczególnie jako debiut, jest po prostu w miarę dobry. Ginącą tożsamość rekompensują nam przepiękne zdjęcia i aktorstwo na poziomie (genialny Charlie Tahan jako Josh!). To, momentami krwawa, opowieść o inicjacji "z przytupem". Nie będzie to film "immortal. Like Highlinder", momentami jednak bywa "fucking delicious" jak Skittlesy.






 Czy wy też widzicie podobieństwo? Reżyser filmu, Kevin Phillips i…
 jedna z głównych postaci, Josh (Charlie Tahan).






środa, 25 kwietnia 2018

Seria dość fortunnych posunięć. O drugim sezonie "Serii niefortunnych zdarzeń"

Było jak zawsze. Marudzenie, że film był wystarczająco dobry, więc serial musi być kiepski. Że nie zobaczę, że po co, że to nie to samo. 

Co do ostatniego, przynajmniej z początku, myliłem się. Obejrzałem sezon pierwszy i stwierdziłem, że to to samo co film, tylko za pomocą netflixowskiego patentu niemiłosiernie rozciągnięty w czasie i odświeżony. Oglądałem oczywiście z włączonym trybem sceptyka, choć z każdym odcinkiem coraz bardziej przekonywałem się do drobnych, jednak stale rosnących zmian względem oryginału.

Drugi sezon dał mi prawdziwy obraz serii, która rozkręcała się długo, ale kiedy już to zrobiła, wciągnęła bez reszty. 

Słodko-śmieszno-gorzkie przygody rodzeństwa Baudelaire'ów nie zostały pozbawione motywu repetytywnego, czyli walki z wątpliwego talentu aktorem, za to geniuszem zła i przebieranek, hrabią Olafem. Twórcy nie chcieli jednak iść na łatwiznę, co równałoby się z zamęczeniem widza przewidywalnością fabuły. Wymykanie się ze szponów złoczyńcy nie stało się jedynym celem dzieci. Powoli odsłaniane są przed nimi kulisy działania tajnej organizacji, z którą są w dziwny sposób połączeni. Poszukują nowych miejsc i spotykają na swojej drodze bardzo istotnych ludzi, (często nieporadnych) sojuszników, którzy towarzyszą im znacznie dłużej niż odcinek czy dwa. Świat serialu ciągle się rozrasta, w dodatku coraz szybciej. 

Po obejrzeniu drugiego sezonu stwierdzam, iż niesłusznie oskarżałem Neila Patricka Harrisa o niegodne zastąpienie Jima Carreya w roli Olafa. On nie miał go zastępować. Stworzył na pozór podobną, ale w rzeczywistości zupełnie odrębną kreację niegodziwca, również momentami śmieszną, ale chyba bardziej mroczną i niepokojącą, bardziej baśniową niż bajkową, z jaką mieliśmy do czynienia w filmie z Carreyem. 
Hrabia Olaf wyrasta na centralną postać opowieści. Nie "jedną z centralnych", a właśnie "centralną". Jakoś bardziej interesuje mnie, za kogo znowu przebierze się nikczemnik lub jaki plan na dorwanie Baudelaire'ów wymyśli tym razem, niż to, w jaki sposób umkną mu lub nie umkną dzieciaki. 
Dzieciaki, którym twórcy ograniczyli ich "cudowne moce". Rzecz jasna nadal z nich korzystają – Wioletka wymyśla, Klaus wie, bo czytał, Słoneczko gryzie – ale nie jest to już tak oczywiste i cykliczne jak w pierwszym sezonie. Bezradność Baudelaire'ów dała historii świeżość. Fabuła stała się bardziej dramatyczna, przez co po prostu ciekawsza. 

Nie wiem, czy to złudzenie spowodowane tym, iż serial z odcinka na odcinek podoba mi się coraz bardziej, czy może rzeczywiście tak jest, ale wydaje mi się, iż w drugim sezonie poprawiona została strona wizualna – lokacje są bardziej szczegółowe a efekty specjalne dopracowane.

Coraz więcej w serialu cytatów. Nie tylko cytatów takich, jakich używali bohaterowie filmu. Chodzi bardziej o cytaty z kultury rozumianej jako ogół zjawisk związanych z szeroko pojmowanym ludzkim tworzeniem. Jeden z odcinków oparty jest wręcz na motywach z Lśnienia
Warto oglądać uważnie i wyłapywać "smaczki", to doskonała zabawa.

Serial dorasta. Nie tylko dlatego, że na naszych oczach rośnie rodzeństwo Baudelaire'ów. W drugim sezonie twórcy nader często puszczają oko do widza dorosłego, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. 

Ubrane w baśniowo-bajkową, często komediową konwencję epizody mają coraz mocniejszy wydźwięk. Drugie, coraz mniej dokładnie ukryte dno dotyka poważnych problemów współczesnego świata. Wielkie dzięki twórcom, że dają nam wybór, czy się z tego śmiać, czy nad tym płakać.  

Robiło się już naprawdę bardzo ciekawie, aż tu nagle... przerwano w najlepszym, oczywiście, momencie. Wtedy też z zaskoczeniem stwierdziłem, że ze znudzonego sceptyka przeobraziłem się w fana, który z niecierpliwością czeka na trzeci sezon.

Wilki w owczych skórach

Bibliotekarka, wróżka czy szpieg?

 Baudelaire'owie i Quagmire'owie














niedziela, 22 kwietnia 2018

Niegroźny król grozy. "Pudełko z guzikami Gwendy" Stephena Kinga i Richarda Chizmara



Zawsze lubiłem Stephena Kinga, ale nigdy nie byłem jego wiernym fanem. Czytało się to i owo, oglądało się trochę. To wszystko. 

Jakiś czas temu postanowiłem na lotnisku kupić książkę, żeby umilić sobie lot. Padło na Pudełko z guzikami Gwendy. Po pierwsze – bo ładna to książka, po drugie – ciekaw byłem wielce, jak wypadła współpraca Kinga z Chizmarem. 

Wypadła całkiem całkiem. 
Cierpiący na brak weny King poprosił o pomoc w dokończeniu opowieści swojego przyjaciela, Richarda Chizmara, właściciela małego wydawnictwa Cemetery Dance, w którym zresztą Pudełko z guzikami Gwendy została wydana. Chizmar wyraźnie zahamował tendencje Kinga do rozpisywania się. Dzięki temu otrzymaliśmy krótką, treściwą i prostą historię.

Akcja, nie pierwszy raz u urodzonego w Portland pisarza, miejsce ma w Castle Rock. Jest lato 1974 roku. Małoletnia Gwendy Peterson jak co rano wbiega po Schodach Samobójców na punkt widokowy Castle View. Próbuje zrzucić zbędne kilogramy. I w ogóle zmienić coś w swoim życiu. Pomaga jej w tym tajemniczy nieznajomy w kapeluszu. Ofiarowuje jej pudełko dające szczęście i władzę. W nieodpowiednich rękach prezent ten może stanowić zagrożenie dla całego świata. Czy Gwendy udźwignie ciężar odpowiedzialności? Czy czekoladowe zwierzątka i rzadkie monety ułatwią jej życie, czy może podkopią pewność siebie i zasieją wątpliwości? Czy dziewczynka wytrzyma presję, czy może w końcu wciśnie jeden z guzików? 

Pudełko z guzikami Gwendy w żadnym wypadku nie jest horrorem, jak zresztą większość dzieł Kinga. To nawet nie powieść grozy. Jest to bajka czy przypowieść zamknięta w formę opowiadania na sterydach. Treść pochłaniamy w wieczór. Mnie udało się w półtorej godziny. I to z przerwami. Wydawnictwo bardzo się postarało, żeby opowiadanie wyglądało jak pełnoprawna powieść. Gruby papier, duży font, średnie pod względem technicznym, ale dość nastrojowe ilustracje Keitha Minniona czy potężne marginesy i stopki redakcyjne nie dające nam zapomnieć, kogo książkę czytamy. No i twarda oprawa z obwolutą. Całość jest naprawdę bardzo przyjemna dla oka, niemniej możemy się poczuć nabici w butelkę, gdyż prawie 35 złotych (kupiłem książkę w lutym) to cena niewspółmierna do ilości treści. 

Mimo to polecam tę ciepłą opowieść o dorastaniu i odpowiedzialności, napisaną z typową dla Kinga "dusznością" i umiejętnie ujętą w zawężoną ilość znaków przez Chizmara. Czyta się lekko. Przyznam, że po książkę sięgam często nawet tylko po to, żeby ją ze wszystkich stron obejrzeć. 






czwartek, 19 kwietnia 2018

Trzy billboardy, dwa Oskary, pierwsza klasa. "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"



No i to jest film!


W zasadzie na tym mógłbym zakończyć jego recenzję, jak za każdym razem, kiedy piszę o filmie tak dobrym, że nie chciałbym zdradzać widzom czegokolwiek.  

Ale formalności musi stać się zadość, więc czytajcie i, jeżeli jeszcze nie widzieliście, uciekajcie na seans. 

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri to jeden z najlepszych obrazów jakie kiedykolwiek oglądałem. Tak zupełnie na poważnie, będąc jak najbardziej obiektywnym, odrzucając filmy, które kocham głównie z sentymentu, wytaczając przeciw dziełu McDonagha wszystkie bronie filmoznawcy, nie tylko kanapowego krytyka. 

Córka Mildred (Frances McDormand) zostaje w brutalny sposób zgwałcona i zamordowana. Mija siedem miesięcy od jej tragicznej śmierci, a miejscowe organy ścigania dalej nie znalazły sprawcy. Zdesperowana kobieta bierze sprawy w swoje ręce i wynajmuje trzy podniszczone przydrożne billboardy, na których postanawia wywiesić... coś w rodzaju wiadomości motywacyjnej dla stróżów prawa. 

Następuje efekt domina. Powoli acz systematycznie odsłaniają się przed nami losy doskonale napisanych, oryginalnych i niesamowicie wiarygodnych postaci. 

McDonagh stworzył rewelacyjny scenariusz. Podczas seansu doświadczymy całej gamy przeżyć i emocji w odpowiednich proporcjach. Jeśli cierpienie i melancholia, to bez zbędnego zadęcia. Jeśli brutalność, to podszyta ciepłem i zrozumieniem. Jeśli humor, to przemyślany i nieprzypadkowy. Twórca 7 psychopatów zna się na swojej robocie. Oszczędza nam dłużyzn, nie daje się nudzić, rezygnując jednocześnie z efektownych pościgów i wymyślnych scen walk. Trzy billboardy to film bardzo bliski życiu, autentyczny. Może między innymi dlatego, że bardzo podobna historia miała miejsce w rzeczywistości? 

Trudno stwierdzić, co jest najmocniejszym punktem tej produkcji. Różnorodne zdjęcia? Ciekawa, fachowo skonstruowana fabuła? A może idea jaka przyświecała filmowi?

Oczywiście, w Trzech billboardach wszystko to stoi na bardzo wysokim poziomie, ale aktorstwo... 

Aktorstwo to inna galaktyka. 

Każda postać została zagrana bezbłędnie. Ale najpierw – została starannie nakreślona, od dobrodusznego karła, przez pracownika agencji reklamowej, po trójkę głównych bohaterów. Reżyser w nienachalny i cierpliwy sposób opowiada nam ich losy, abyśmy mieli możliwość zrozumienia motywacji ich czynów.  

Frances McDormand jako Mildred to chyba rola życia (kto by pomyślał, że można lepiej niż w Fargo?). Podobnie jak Sam Rockwell (oficer Dixon), który chyba nie miał dotąd szczęścia do dobrych scenariuszy. W Trzech billboardach gra genialnie, i choć z początku irytujący i przyćmiony przez McDormand i również bardzo dobrego Woody'ego Harrelsona, wyrasta z czasem na postać najbardziej skomplikowaną – tragiczną i zabawną zarazem, przechodzącą znaczącą przemianę. 

Największy sukces scenarzysty i reżysera to sprawienie, żeby widz poczuł z postaciami więź. Ja poczułem. Z każdą z nich. McDonaghowi udało się to, co wcale nie takie oczywiste. Uczciwie i bez skrupułów ocenia swoich bohaterów, ale nie pozwala ich skreślić przez to, jakimi są. A raczej – jakimi się stali. To nie ludzie z kamienia. Ukształtowała ich historia życia i dalej kształtują sytuacje, z którymi się stykają. Oczywiście, początkowo mamy wrażenie, że napięta atmosfera prowadzić może tylko do zupełnego kataklizmu. Można odnieść wrażenie, iż za moment dojdzie do krwawej jatki, podczas której postaci na ekranie po prostu pozabijają się nawzajem w dowolnej kolejności. Nic bardziej mylnego. I to kolejna zaleta scenariusza – urodzony w Londynie Irlandczyk umie wodzić widza za nos w sposób tak czarujący i taktowny, że  wybaczamy mu wszystkie oszukaństwa z uśmiechem zachwytu. Z masochistyczną satysfakcją obserwujemy niszczycielską siłę niewiedzy, niedopowiedzeń i chęci zemsty, które dezorganizują życie nie tylko kilkorga bohaterów, ale właściwie całego miasteczka. Bo "gniew krzewi gniew", jak mówi w pewnym momencie zupełnie nie podejrzewana o to bohaterka. 

Ale gniew potrafi też oczyścić. Uwolnić głęboko uśpione pokłady miłości i szlachetności. 


Już po pierwszym seansie wiem, że Trzy billboardy stały się, obok między innymi Koloru purpury, jednym z najpiękniejszych, jednym z najlepszych według mnie filmów w historii kinematografii, do którego zapewne jeszcze nie raz wrócę. Wrócę, żeby zobaczyć naprawdę dobre zdjęcia. Obcować z wybitnym scenariuszem. Zażyć dawki ludzkich, skrajnych uczuć, z czarnym humorem na czele. No i ten Rockwell! Należała mu się ta nagroda jak psu buda, bez cienia wątpliwości. Oby częściej miał okazję grywać w tak dopracowanych filmach.