czwartek, 18 października 2018

Akwizytor. "Apostoł"


Świeży jeszcze film od Netflixa ma charakter, jeżeli miałbym posługiwać się nomenklaturą medyczną, osobowości bipolarnej. "Pacjent" wykazuje oznaki niemrawości, skłonności do nostalgii i cichego dramatyzowania, jednak co jakiś czas wybucha gniewem, staje się brutalny i skrajnie nadpobudliwy, by następnie znowu popaść w coś w rodzaju błogiego otępienia. 

Apostoł od początku urzeka scenografią i bez znaczenia jest, czy widzimy skąpaną w mroku przystań, skąd swą podróż na Erisden rozpoczynają nowi wierni, czy też samą wyspę, piękną, zieloną, nieco skalistą, z pozoru pełną naturalnej witalności. Z pozoru, bowiem to sztuczne państwo, któremu przewodzi prorok Malcolm, zaczyna borykać się z nieurodzajem, przez co mieszkańcom, czy może lepiej – wyznawcom – zagląda w oczy widmo rychłego głodu. 

Historia wydawałaby się prosta. Thomas Richardson wyrusza na Erisden w poszukiwaniu porwanej siostry. Misja jest o tyle trudniejsza, iż musi on wtopić się w hermetyczną do granic społeczność sekciarskiego państewka i do końca pozostać nierozpoznany. Kiedy już godzimy się z faktem, iż oglądamy kryminalny thriller z tłem historycznym i intrygą oplątaną wokół zawsze chwytnego tematu sekty, okazuje się, iż Gareth Evans, reżyser jak i twórca scenariusza, postanawia zaserwować nam danie w stylu 2w1. Film subtelnie acz konsekwentnie przeradza się w horror, i to momentami naprawdę mocny horror. 

Modny ostatnio retrospektywny charakter narracji dotknął również Apostoła. I choć chwilami dezorientuje on widza, to summa summarum sprawnie łata oczywiste scenariuszowe dziury i jego użycie jest jak najbrdziej zasadne. 

Ponaddwugodzinny obraz urodzonego w Walii reżysera przypomina szlachetniejszego rodzaju stragan na jarmarku. Taki, na którym znajdziemy wszystko, używane i nowe, ładne i brzydkie, tandetę i naprawdę praktyczne rzeczy, i choć wygląda to nieco chaotycznie, to sprawia dobre wrażenie i właściwie każdy znajdzie w takim miejscu jakąś pierdółkę dla siebie. 
Gołym okiem widać, że Apostoł czerpie z klasyki tego typu filmów grozy, ale żeby nie być posądzonym o wtórność, wtyka tu i ówdzie jakiś nowy wątek. Na przykład walkę o władzę wśród trzech przyjaciół, założycieli utopijnego państwa-sekty Erisden. Na przykład bardzo delikatne wątki romansowe. Na przykład trochę nieudolnie przemyconego moralizatorstwa, szczególnie jeśli chodzi o wiarę. I osobiste tragedie i tragedyjki bohaterów.
No właśnie. Problem w tym, że tych tragedyjek, z jakich każda zasługuje na uwagę, jest chyba zbyt wiele, tak że można stracić pewność, która z historii jest tą właściwą, którą z nich reżyser "pociągnie" do końca. Na szczęście im bliżej finału, tym bardziej zamysł Evansa krystalizuje się. I przyznać trzeba, że w gąszczu barwnych postaci każda jest na tyle dopracowana, że mogłaby być tą centralną. Mnie najbardziej do gustu przypadło iskrzenie na linii Thomas Richardson – Prorok Malcolm, i, co po seansie zaskoczyło mnie samego, tego drugiego, w zamyśle czarnego charaktera, zrozumiałem i polubiłem bardziej. 
W filmie mamy do czynienia nie tylko z problemami ludzi. W miarę rozwoju historii dostrzegamy, że obcujemy również z cząstką czegoś nadnaturalnego. Nadnaturalnego w Naturze. Stworzenie uosobienia umierającej witalności wyspy wyszło Evansowi naprawdę dobrze. To byt, który przeraża, i któremu jednocześnie bardzo współczujemy. I to nic, że w końcu orientujemy się, że reżyser wcisnął w nas wielopoziomowe pokłady empatii niczym wytrawny objazdowy sprzedawca garnków i odkurzaczy. Bo empatia to przecież nic złego. Powinniśmy współczuć cierpiącym ludziom, tak samo jak cierpiącej naturze. I to nasza wina, że kupujemy trzeci odkurzacz, mimo że pierwszego i tak używamy rzadko, a o obu ciągle pamiętamy, że leżą w schowku pod schodami. 

Apostoł to film mimo wszystko niestandardowy i zaskakująco dobry jak na Netflixa. Oczywiście nie jest kinowym arydziełem, w żadnym wypadku kamieniem milowym kinematografii, ale ogląda się go dobrze, a po seansie pamięta jeszcze długo. I to pamięta się dość refleksyjnie, co przy zalewie sztampowego chłamu dobrze świadczy o najnowszym dziecku Evansa. 

Największy zarzut jaki stawiam temu obrazowi, tak jak i większości "nieblockbusterów", filmów o mniejszych niż typowo hollywoodzkich budżetach i produkcji dla platform streamingowych, to brak jaj. To strach przed zdecydowaniem się na jedną konwencję i zrealizowanie jej od początku do końca porządnie. To mieszanie gatunków i wątków, łączenie kina typowo rozrywkowego z czymś quasi ambitnym. Nie jest to zarzut, jeżeli ktoś naprawdę umie łączyć konwencje, ale zbyt często, w przypadku tego filmu również, wychodzą zlepki, które niby trzymają się kupy, ale tylko na ślinę. 


 Idę wam wpierdolić.

 ... – To wiedz, że coś się dzieje!
 Propozycja kreacji na nadchodzące Halloween. 
 Rozerwany między wiarą a niewiarą. 
 A ten to prawdziwy dupek.
 Trochę Ku Klux Klan, trochę kominiarze.
 "Słuchaj, dzieweczko! – Ona nie słucha –"





niedziela, 30 września 2018

Na potęgę posępnego czerepu! Mocy przybywaj! "Władcy Wszechświata"


Minęło sporo lat. Film Gary'ego Goddarda bardzo się zestarzał (1987) i dziś po prostu śmieszy. Niemniej dla  miłośników animowanej serii He-Man oraz wielbicieli fantastycznego i przygodowego kina lat osiemdziesiątych to wciąż łakomy kąsek. 

He-Man i jego drużyna walczą ze Szkieletorem. Złoczyńca jest w posiadaniu cudownego klucza służącego do podróży między wymiarami. Bohaterowie nie mogą dopuścić, by w jego łapy dostał się drugi taki klucz, który wciąż ukrywa jego twórca, włochaty i długouchy, genialny wynalazca Gildor. Przypadkiem trafiają na Ziemię, gdzie muszą odnaleźć zaginiony w akcji klucz, walczyć z wysłanymi za nimi w pogoń oddziałami potwornych zbirów oraz unikać kalifornijskiej policji. Pomaga im w tym (choć wydaje się, że raczej przeszkadza) para nastolatków w kryzysie związku. Muszą walczyć z czasem, gdyż Szkieletor opanował Posępny Czerep, uwięził Czarodziejkę i wkrótce przejmie energię Wszechświata.

W rolę He-Mana wcielił się Dolph Lundgren, który jeśli chodzi o aparycję sprostał oczekiwaniom, ale charakter i ekspresja Ivana Drago nijak się mają do ciepłej przecież i często dowcipnej postaci rodem z animowanej serii. Sylvester Stallone, brany pod uwagę przy obsadzaniu roli He-Mana, byłby chyba lepszym wyborem. 
Prócz Lundgrena mamy do czynienia z paroma innymi głośnymi nazwiskami. Courteney Cox (seria Krzyk, Przyjaciele) zagrała Julie Winston, nastolatkę, która przypadkiem wpadła w sam środek walki o losy Wszechwiata. Julie to, podobnie jak jest chłopak, postać skrajnie irytująca, podejmująca niezrozumiałe decyzje, naiwna i chyba po prostu głupia. 
W roli Wiedźmy, Złej Lin (sic!), kogoś w rodzaju prawej ręki Szkieletora – Meg Foster. 

Film nawet nie próbuje sprawiać wrażenia logicznego. Wydarzenia na ekranie dzieją się, bo tak. I nic ci do tego, widzu, dlaczego i po co się dzieją. Jest akcja, są fajerwerki, jest klata Lundgrena i garść sucharów, więc nie jęcz.

Co z tego, że Szkieletor ma zmarszczki na czaszce?
Co z tego, że jego armia złożona jest z żołnierzy wyglądających jak chińskie podróbki Lorda Vadera?
Nic to, że Gildor opracowuje nowy napęd w ziemskim samochodzie, nie posiadając części, w jakieś 15 minut, a nie potrafi nastroić klucza międzywymiarowego, który sam skonstruował.
A że na ulicach nie ma ludzi, zero, nic, żadnych świadków, przechodniów? Normalka w amerykańskiej metropolii.
No i nie wiesz, widzu, że nawet jak się ma karabiny laserowe, to lepiej wdawać się w potyczki na pięści? 
I że gdy się umyka przed wrogiem, to tam, skąd nie ma już ucieczki? Na przykład do piwnicy albo na dach? 

Tak wygląda film Władcy Wszechświata. Zupełny brak spójności i dbałości o szczegóły. Ale pamiętajmy, że były to szalone lata osiemdziesiąte, kiedy w masowej produkcji filmów fantastycznych, będących w głównej mierze adaptacjami, chodziło przede wszystkim o wartką akcję, bijatyki, lasery, potężne bicepsy i małą historię miłosną. 

Koniec końców Władcy Wszechświata to sympatyczna podróż sentymentalna z tradycyjnym dla takiego kina morałem. 














"Maksymalne przyśpieszenie", maksimum absurdu.


Maksymalne przyśpieszenie (1986) to film z gatunku tak złych, że aż dobrych. Lukrecja wśród słodyczy, czytaj – tylko dla wybranych. 

Pierwszy i na szczęście ostatni film wyreżyserowany przez bossa współczesnego horroru, Stephena Kinga, który napisał, czy może raczej zaadaptował, scenariusz do tegoż wątpliwej jakości dziełka.

Stephen King mistrzem jest i basta, wiadomo. Ale mistrz przez dekady naprodukował tyle powieści i opowiadań, iż nie sposób, by wszystkie trzymały poziom. Czytam, cenię, szanuję. I oglądam wszelkie ekranizacje jego prozy, jakie by nie były. Twórczość pisarza jest charakterystyczna, rozpoznawalna na pierwszy rzut oka. Cechuje ją nie tylko znakomite budowanie nastroju, rozwinięte do granic możliwości światy i ciekawi bohaterowie, ale też wtórność, spora doza humoru i kiczowatość. Podobnie jest z adaptacjami. Jedne wyśmienite, nad innymi można płakać z rozpaczy. Ale Maksymalne przyśpieszenie to zupełnie inna liga. Podczas seansu zachwycać się będziesz, owszem, lecz poziomem absurdu i nielogiczności. Będziesz płakać ze śmiechu podczas scen makabrycznych czy mających cię w założeniu przestraszyć. Docenisz nijakość efektów specjalnych. I odwagę pisarza, że pomimo zupełnego braku pojęcia o reżyserce, postanowił spróbować swoich sił w tym fachu. 


Wyobraź sobie, że twój toster próbuje cię zabić, wystrzeliwując w ciebie gorące kromki chleba. Że twoje auto jest na ciebie wkurzone, bo nie zmieniłeś mu oleju, i w ramach zemsty chce cię rozjechać. Że twój iPhone usiłuje przyprawić cię o zawał serca, tłukąc szybkę przy byle upadku. Tego ostatniego nawet nie musisz sobie wyobrażać, to już nie fikcja, a proza życia. 

King słynie z dziwnych fabuł, w których czyni przedmioty codziennego użytku śmiertelnymi wrogami człowieka. Szczególnie upodobał sobie auta. Wszak pamiętamy Plymoutha Fury imieniem Christine? Tak powieść, jak film Carpentera nakręcony na jego podstawie? Czy opowiadanie 130 kilometr, traktujące o samochodzie pożerającym ludzi na parkingu przy lokalu jednej z sieci fast foodów? W Maksymalnym przyśpieszeniu King poszedł kilka kroków dalej i zaprezentował nam całą hordę rozwścieczonych i żądnych krwi maszyn, głównie potężnych ciężarówek. 

Mordercze auta już wtedy, w 1986 roku, nie były niczym odkrywczym. Wspomniany Christine to film z 1983. W 1977 pan Elliot Silverstein zaprezentował światu dzieło o jakże prostym tytule The Car, opowiadające o czarnej niezniszczalnej limuzynie z wyjątkowo mocnym silnikiem, która sieje postrach wśród mieszkańców miasteczka Santa Ynaz. Z 1980 pochodzi The Hearse (Karawan) George'a Bowersa.
Motyw śmiercionośnej maszyny, która "ożyła" pod wpływem kosmicznej siły ukrytej w meteorycie, mieliśmy już w 1974 w obrazie o jakże wymownym tytule Killdozer.

Tak. W Maksymalnym przyśpieszeniu ziemskie sprzęty, głównie samochody, ożywają i zaczynają polować na ludzi, kiedy akurat w pobliżu Ziemi można zaobserwować przelatującą kometę. Przypadek? Nie sądzę. Maszynyny, które nie posiadały wtedy żadnych komputerów, potrafią kombinować, negocjować i cierpliwie dążyć do likwidacji konkretnego celu, czyli jakiegokolwiek człowieka. Co ciekawe, nie wszystkie auta i nie wszystkie urządzenia elektryczne ożywają. Dlaczego? Nie wiadomo. Zresztą, kto by się tym przejmował, prawda? 

Jak to u mistrza grozy bywa, akcja rozgrywa się głównie w jednym miejscu. Bohaterowie są uwięzieni na, uwaga... stacji benzynowej! Niewiarygodne, a jednak! Właściciel stacji, nawiasem mówiąc straszna kanalia, zupełnie przypadkiem jest posiadaczem ukrytego arsenału, w tym karabinów i wyrzutni rakiet. Na stacji pracuje przyszły bohater i przywódca rebelii przeciwko maszynom, Emilio Estevez, bo Emilio zawsze gra samego siebie. Cały ten absurdalny światek okraszony jest muzyką AC/DC, która, mimo iż wyjątkowo słaba i przypominająca momentami naparzanie w gary, jest jedną z większych zalet filmu. 

Co ćpał reżyser? 

Kokainę. King sam przyznawał, że w trakcie realizacji Maksymalnego przyśpieszenia był na ciągłym haju i nie za bardzo ogarniał to, co się wokół działo. To wiele wyjaśnia. 

Film to prawdziwa uczta dla fanów celuloidowego kiczu. Sto procent rozrywki. Śmiało możesz wyłączyć mózgownicę. 
Absurdalny scenariusz pełen dziur i nielogiczności, Emilio, akcja, potężne maszyny,  Emilio, dynamiczna muzyka, trochę krwi i flaków, wybuchy, Emilio, wątek miłosny, masa bohaterów składających się z maksymalnie dwóch cech charakterystycznych i oczywiście Emilio.
Emilio, który niby grał główną rolę, a przyćmiła go charyzmatyczna ciężarówa z wizerunkiem Zielonego Goblina (Marvel) na masce. 

Film boleśnie głupi.
Ale są na tym świecie masochiści, którzy lubują się w oglądaniu takich perełek. 
Na przykład ja. 





 Główny bohater i Emilio Estevez w roli Billa Robinsona.

 Pssst...! Słuchaj, znasz może jakiegoś dilera?
 Mordercza kosiarka.



sobota, 29 września 2018

"Anihilacja". Unicestwienie. Czasu.


Unicestwienie niekoniecznie w złym tego słowa znaczeniu.

Prawie dwugdzinny film od początku do końca przykuwał uwagę, nie pozwalał ziewać i opadać powiekom, przez co wydawał się znacznie krótszy niż w rzeczywistości.


Historia Leny (Natalie Portman), kobiety równie sprawnie obsługującej mikroskop co karabin maszynowy, wygląda na banalnie prostą, o ile odrzucimy wszelkie symboliczno-filozoficzno-oniryczne interpretacje. Lena wykłada na uczelni. Krótkie retrospektywne sceny jej sielankowego życia z ukochanym, Kane'em, szybko zastąpione zostają retrospekcjami, delikatnie sprawę ujmując, bardziej mrocznymi i niepokojącymi. I o ile początkowo zabiegi te drażnią i wydawać się może, iż zbyt wcześnie rozwiązują zawiłości (bądź co bądź nie tak bardzo skomplikowanej) fabuły, o tyle z czasem przyzwyczajamy się do takiego a nie innego prowadzenia narracji i przyznać trzeba, że Garlandowi (28 dni później, Dredd, Ex Machina) poszło to całkiem sprawnie. Kane jest wojskowym i   wyrusza na tajną misję, z której nie powraca. Po roku Lena powoli (bardzo powoli) oswaja się z utratą ukochanego, gdy pewnego dnia ten po prostu pojawia się w ich sypialni. 

Od tego momentu akcja na chwilę nabiera tempa. Groźna, nieznana choroba, pościg, porwanie, rządowa tajemnica, niewyjaśnione zjawiska i niebezpieczna wyprawa. Wokół owej wyprawy osnuta jest właściwa akcja filmu angielskiego reżysera. 

Do tej pory nie wiem, jak traktować Anihilację. Jako na siłę udziwniony, niezbyt ambitny horror z typową dla amerykańskich produkcji tego typu eliminacją bohaterów, czy może jako właśnie bardzo ambitny dramat psychologiczny z jądrem fantastycznym i elementami horroru? Zdezorientowanie towarzyszyło mi tak w czasie seansu, jak i po nim. Garland miał koncept, którego nie do końca zrozumiałem, czy może sam nie do końca wiedział, co zrobić ze swoim filmem?

W Anihilacji (auto)destrukcja idzie ramię w ramię z kreacją. Koniec wszystkiego daje nadzieję na wszystko. Właściwie każdy z wyraźniej zarysowanych przez Garlanda bohaterów wykazuje skłonności do samounicestwienia ale i pragnienie odnalezienia wyższego sensu bytu. Czy depresje, nowotwory, zdrady i innego rodzaju życiowe rozczarowania to droga per aspera ad astra? Może, ale niekoniecznie w immanentnej warstwie fabularnej Anihilacji, bowiem większość postaci tak czy siak kończy kiepsko, tracąc kogoś bliskiego, tracąc rozum czy też kończąc w paszczy piekielnego stwora wabiącego kolejne ofiary ostatnim krzykiem swojego ostatniego posiłku. Garland "coś więcej", coś, co sprawia, że akt niszczenia odbieramy względnie pozytywnie, umieścił głęboko pod skórą i paznokciami swojego dzieła, tak aby nasza nadzieja nie była zbyt wielka i oczywista. 

Destrukcja w Anihilacji jest nad wyraz... żywa. Wykreowane przez reżysera przestrzenie są znane, ziemskie, i choć bezpowrotnie zmieniane przez tajemniczą siłę (bezpowrotna zmiana to niszczenie poprzedniego porządku, czyż nie?), to pełne są witalności i wszechmocy rodem z epoki romantyzmu. 

Ambitnością bije po oczach, dopóki nie zauważymy, że efekty specjalne przypominają te z horrorów i filmów katastroficznych z początku wieku puszczanych na TV4 w paśmie wieczornym, a poznawczo-ratownicza misja kobiet to feministyczna wersja Rambo w świecie alternatywnym, z tym że Rambo zachowywał się bardziej racjonalnie od bohaterek, które pod tym względem przypominają z kolei postaci z klasycznych slasherów z lat dziewięćdziesiątych. 

Nie przekonał mnie poziom aktorstwa w Anihilacji. Aktorzy zdają się być przykryci nazbyt ciężką czy może wymyślną formułą(?)/ideą(?) i są tylko większego formatu statystami. Natalie Portman, jako oczywista gwiazda, niestety głównie irytuje, choć to pewnie zasługa scenariusza. Kane jest dziwnie niepokojący, i to by chyba było na tyle. Samobójczy oddział kobiet to zbiór pewnych naprędce nakreślonych cech charakterystycznych. I w tym przypadku aktorki nie miały większych szans ze scenariuszem. Najciekawszą, najbardziej niesztampową postacią jest Dr Ventress, w którą wcieliła się Jennifer Jason Leigh. 

Na uwagę zasługują naprawdę dobre ilustracje muzyczne, szczególnie charakterystyczny motyw zespołu Moderat, który w połączeniu z obrazem robi wielkie wrażenie. W pewnym momencie obcujemy z odjechanym, mrocznym teledyskiem, i choć chwilami zmienia się on w nieco bardziej rozwiniętą wizualizację rodem z poczciwego Winampa, to i tak efekt jest porażający. Jak po zażyciu. 

I taki jest właściwie film Garlanda. To narkotyk sprawiający, że właściwie dobrze się bawimy, widząc świat w innych barwach, z nieco innej pespektywy. Po chwili następuje "zjazd", który nadaje myślom  nieznośną filozoficzną ciężkość. A potem już mamy wszystko gdzieś i zatracamy się w przedziwnym,  bo pięknym i brutalnym zarazem, tańcu, dajemy się ponieść nielogiczności i wyobraźni. Następnie wybudzamy się z lekkim kacem, stwierdzając, że było w porządku, ale nigdy więcej. Raczej nigdy. No, może od wielkiego dzwonu. 



















niedziela, 16 września 2018

"Final Space". Serial, który złamał mi serce






Gary Goodspeed odsiaduje pięcioletni wyrok na statku kosmicznym Galaktyka I. Jest zupełnie sam, nie licząc komputera pokładowego HUE, KVNa, małej armii identycznych robotów i... lodówki. Jego nudny żywot odmienia mała, zielona kulka, słitaśna i przytulaśna, którą nazywa Ciastuś. Gary nie zdaje sobie sprawy, że nowy przyjaciel to niszczyciel światów pilnie poszukiwany przez bezwzględnego Lorda Przywódcę. 

Serial od początku przyciąga dobrą kreską, żywymi kolorami i sporą dawką humoru, nie zawsze najwyższych lotów. Nic nie zapowiada, że błaha historyjka o nadpobudliwym i zbyt dużo mówiącym łamadze przerodzi się w dramatyczną opowieść o miłości, przyjaźni i poświęceniu, nieustającej walce dobra ze złem i wyborach, z których każdy, pomimo dobrych intencji, będzie tym złym. 

Najmocniejszym punktem tej animowanej produkcji są postaci. Cała galeria niezwykle ciekawych, barwnych i do końca rozwijających się bohaterów, oczywiście na czele z Garym, bowiem w jego przypadku przemiana jest najbardziej widoczna. Każdy odcinek ukazuje widzowi powolne acz systematyczne zmiany zachodzące w głównym bohaterze. Kosmiczny więzień dorasta do wymarzonej roli kapitana statku oraz do tej niekoniecznie wymarzonej – lidera próbującego uratować wszechświat przed Lordem Przywódcą i tytanami. Lekki przygłup i wieczna łamaga okazuje się być człowiekiem o wielkim sercu, lojalnym i bohaterskim, dla którego wszechświat znaczy tyle samo co kilkoro przyjaciół. 
Odcinki są króciutkie, ale mieszczą wiele wątków. Poznajemy historię charyzmatycznego Avocato, który będąc kimś w rodzaju podwójnego agenta próbuje wyrwać syna ze szponów Lorda Przywódcy. Dowiadujemy się, kim jest (i będzie! – motyw podróży w czasie) dla Gary'ego Quinn, wyrachowana i chłodna Strażniczka Nieskończoności poznająca właśnie smak zdrady na kosmiczną skalę. Nawet kurduplowaty acz śmiertelnie niebezpieczny Lord Przywódca zarysowany jest tak, aby widz nie mógł go odbierać zupełnie jednoznacznie. 

Final Space jest niezwykle przyjemny w odbiorze, pomijając już opowiadaną historię i uczestniczących w niej bohaterów. Powtarzający się motyw dryfującego w przestrzeni kosmicznej Gary'ego odliczającego wspólnie z HUE minuty/sekundy życia, ułatwia widzowi powrót do serialu. Świetna muzyka pogrywa z odbiorcą, kiedy z transcendentnej przechodzi w immanentną. Barwne, fantazyjne uniwersum ogląda się przyjemnie, niezależnie czy są to sielankowe widoki czy mroczne, przyprawiające o dreszcze lokacje. 

Spodziewałem się taniej rozrywki, kolejnego zapychacza przed snem, dostałem natomiast serial nie zawsze lekki i przyjemny. Spomiędzy całej masy lepszych i gorszych żartów, gagów i epileptycznych efektów specjalnych wypływa czarny jak kosmos fatalizm. Final Space nieodparcie przywodzi mi na myśl tragedię grecką, co da się jeszcze wytłumaczyć, ale też dramaty Ibsena, czego jeszcze do końca nie udało mi się wyjaśnić. Jakby nie było, serial rozbawił mnie i pozwolił przyjemnie spędzić kilka wieczorów, jednocześnie pozostawiając we mnie prawdziwie kosmiczną pustkę. Złamał serce. 

Z niecierpliwością oczekuję drugiego sezonu, który, mam nadzieję, będzie tak samo irytujący, tak samo interesujący i równie bezdennie smutny w swej głupkowatej powierzchowności co pierwszy. 

PS 
Zupełnie nie rozumiem ciągłych porównań Final Space do Ricka i Morty'ego...