środa, 6 lutego 2019

"Jak wytresować smoka 3" – ten sam, ukryty świat


Pierwszy film z serii Jak wytresować smoka był przełomowy dla wytwórni DreamWorks. Przerwał on serię coraz gorszych animacji, do znudzenia bazujących na cytowaniu gatunków. 
Była to ciepła i wzruszająca opowieść o tym, że serce i rozum mogą wygrać z mięśniami, a zrozumienie i akceptacja to lepszy sposób na zażegnanie konfliktu niż przemoc. 

Druga część nie jest już tak pacyfistyczna jak poprzednia i uruchamia wiele wątków bardziej dojrzałych. Można by rzec, iż film dorastał wraz z widzami. 
Czkawka traci ojca, ale odnajduje matkę. Jego smok staje się przywódcą. Bohaterowie stają do walki z pałającym żądzą zemsty na smokach i ludziach Drago Bludvistem. 
Atmosfera jest dużo mroczniejsza, akcja gęstsza i bardziej wartka, emocje skrajne, sceny walk epickie. Film zadowalał zarówno dzieci i młodzież, jak i dorosłych. 


Co wnosi do serii część trzecia? 

Niewiele. 


Dalej jest to świetna animacja, pouczająca, zabawna, widowiskowa. Bohaterowie konsekwentnie dorastają i zmieniają się (zachowując przy tym swoje charakterystyczne cechy). Szczerbatek nadal jest uroczym połączeniem gada, psa i kota. 

I świetnie, bo podstawą nowego musi być stare, bo dobrze, kiedy seria jest spójna i znajoma. Ale wypadałoby zaskoczyć widza nowym elementem fabuły. Oczywiście, skłamałabym, gdybyśmy z takowymi nie mieli do czynienia w ostatnim filmie serii (dotyczy to głównie Szczerbatka), ale oś opowieści ponownie stanowi starcie z "tym złym",  pałającym nienawiścią do pewnych smoków i manipulującym innymi z nich. Jest to pewne rozczarowanie, które jednak rekompensują pomniejsze wątki.


Już początek rzuca nas w wir wartkiej akcji. Może nawet zbyt wartkiej. Muszę przyznać, że przez pierwsze minuty filmu nie bardzo za nim nadążałem, tak wzrokiem, jak uwagą. Z czasem jednak początkowy szok minął.


Akcja wciągnęła mnie bez reszty, podobnie jak miało to miejsce w przypadku poprzednich części cyklu.

Humor stoi na wysokim poziomie. Żarty są inteligentne i niewymuszone i wynikają bezpośrednio z tego, co dzieje się na ekranie. Da się jednak zauważyć dużo mocniejszą ich podtekstowość. Coraz mniej jest to humor dla najmłodszych, a coraz bardziej puszczanie oka nieco dojrzalszym widzom. 


Jak wytresować smoka 3 to według mnie najbardziej dynamiczna część, ale też najbardziej wzruszająca oraz po prostu mądra. 

W dalszym ciągu jest to opowieść o walce serca i woli z bezsensowną przemocą. Dodatkowo twórcy pragną przedstawić nam dylematy w przyjaźni i miłości oraz próbie pogodzenia ich. Szlachetne idee przemycają w towarzystwie spektakularnych, przepięknych animacji, najlepszych chyba w historii serii. Obrazy dosłownie zapierają dech w piersi. 


W ostatniej odsłonie cyklu mamy również do czynienia ze starym jak sztuka motywem podróży oraz domu, o którym stanowią ludzie, a nie miejsce. 



Jak wytresować smoka 3 używa oklepanych motywów i morałów, ale świetnie zbudowane, urokliwe postaci, z którymi zdążyliśmy się zżyć, pozwalają widzowi przymknąć oko na tę próbę przekupstwa tanim świecidełkiem. 

Jest to film pod względem fabularnym nieco gorszy od poprzedniego, odrobinę zaś lepszy od części pierwszej. 
Największą różnicą w stosunku do "dwójki" jest przeniesienie ciężkości perspektywy z ludzkiej na bardziej smoczą. 
Mimo znikomej odkrywczości i widocznego zmęczenia materiału, to bardzo dobry, pełen ciepła i mądrości film, na który warto pójść całą rodziną, gdyż każdy, niezależnie od wieku, powinien znaleźć w nim coś dla siebie. 
Mnie najbardziej podobały się kunsztowne animacje, mojej dziewczynie zaś liczne wątki romantyczne, w szczególności zaś jeden... 


Czy bohaterowie pokonają kolejnego złego łowcę smoków? Czy znajdą swoje miejsce na świecie? Czy przyjaźń Czkawki i Szczerbatka przetrwa w obliczu dorastania i odkrywania nowych pragnień i wyzwań? 

Zobaczcie sami! 
Film w polskich kinach już 15 lutego!














niedziela, 3 lutego 2019

Szlachetne błoto. "Mudbound"


Netflix przyzwyczaił mnie do tego, iż jest przede wszystkim platformą rozrywkową, a jego produkcje służą głównie do zabijania czasu. Mudbound przypomniał mi, że od każdej reguły są wyjątki. 


Ten mocny, zapadający głęboko w pamięć film jest dziełem kobiet. Mudbound wyreżyserowała Dee Rees, która również współtworzyła scenariusz. Autorką zdjęć jest Rachel Morrison. Muzyka to zasługa Tamar-Kali, montaż zaś – Mako Kamitsuny. Nie oznacza to, że mamy do czynienia z sentymentalnym dramatem czy subtelnym romansem. Żeńska ekipa stworzyła dzieło piękne i wzruszające, ale również wstrząsające, brudne i brutalne. Bo jakiż może być film opowiadający o relacjach między białymi a czarnymi w latach trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku w Missisipi?


W główny wątek rasistowski wpleciono wiele pomniejszych, ale równie ważnych opowieści, które, choć uniwersalne, nie rażą nachalnym moralizatorstwem. 

Akcja filmu oparta jest na ukazywaniu relacji dwóch rodzin – McAllanów (białych) i Jacksonów (afroamerykanów), którzy dzielą farmę i uprawiają właściwie ten sam kawałek ziemi. Mimo podobnych znojów i trosk, nie podlega dyskusji, kto rządzi i jest lepszy. Pomimo zniesienia niewolnictwa, czarnoskórzy nadal są i długo jeszcze będą traktowani jak ludzie gorszej kategorii, a czasem nawet jak zwierzęta. Niektórzy z nich przyjmują swój los z pokorą i cierpliwie znoszą podłe traktowanie. Inni natomiast, którzy ramię w ramię walczyli z białymi o pokonanie zła, jakim były nazistowskie Niemcy, coraz odważniej sprzeciwiają się niesprawiedliwości. W Europie uznawani byli za bohaterów, w Stanach natomiast nawet po udziale w wielkiej wojnie zmagać się musieli z dyskryminacją. 

Jednym z takich buntowników jest Ronsel (Jason Mitchell), najstarszy syn Jacksonów. Po powrocie z wojennej tułaczki zaprzyjaźnia się on z Jamie'em McAllanem, bratem farmera Henry'ego, co nie podoba się małomiasteczkowej społeczności. 

W Mudbound każdy jest bohaterem pierwszoplanowym i każdy ma do opowiedzenia własną historię. Wydawać by się mogło, iż to zabieg karkołomny, ale twórcy filmu stanęli na wysokości zadania i odpowiednio zadbali o każdą postać. Aktorstwo to absolutne wyżyny. 

Henry McAllan pragnie uprawiać ziemię, w związku z czym wraz z rodziną przeprowadza się poza miasto. Jego żona, Laura (Carrey Mulligan, znana między innymi z Drive), na pomysł męża nie reaguje zbyt entuzjastycznie. 
Relacje w rodzinie McAllanów mogłyby być materiałem na osobny film. 
Laura wyszła za Henry'ego bardziej ze względu na swój wiek, niż z miłości. Wrażliwa i inteligentna, jest zupełnym przeciwieństwem męża, prostego mężczyzny żyjącego w zgodzie z normami społecznymi, jak bardzo nie byłyby one niedorzeczne. 
Henry zabiera na farmę również swojego ojca, zatwardziałego rasistę i szowinistę. Uwierzcie mi – dawno nie czułem do filmowej postaci takiej odrazy. Jonathan Banks, którego kojarzyć możecie między innymi z serii Breaking Bad, stworzył bohatera złego do szpiku kości.
Rodzinę McAllanów, prócz dzieci Laury i Henry'ego, uzupełnia Jamie (Garett Hedlund), obok Ronsela Jacksona postać najbardziej tragiczna. Od początku między nim a żoną brata widać erotyczne napięcie i duchowe porozumienie... 

W rodzinie Jacksonów relacje są prostsze i poukładane. Niepodważalnym autorytetem w biednym domu czarnoskórych jest dobrotliwy i pracowity Hap (Rob Morgan). Na uwagę zasługuje rola żony Hapa, Florence, którą znakomicie, niemal milcząco zagrała Mary J. Blige, znana chyba bardziej jako raperka niż aktorka. 

Mudbound to podróż kręta, błotnista, wielowymiarowa. Podróż, którą umilają znakomite, mroczne i brudne, ale piękne i prawie zawsze pachnące poetyckością kadry. Podróż, podczas której spotykamy ludzi wykluczonych – rasowo, lub nieprzystosowanych do normalnego życia byłych żołnierzy. Ludzi uwikłanych w związki bez miłości i miłość bez przyszłości. Złych i niemoralnych brutali oraz prostych dobrotliwców, którzy chcą tylko spokojnie żyć. 

Można zarzucić twórcom filmu wszechobecny patos, ale to tak jakby zarzucić pulpiczność Pulp Fiction Tarantina. 

Nie jest to produkcja łatwa i przyjemna w odbiorze. Dość powolna akcja, poetycki nastrój i ciężkość poruszanych tematów nie każdemu przypadną do gustu. Dodatkowym ciężarem jest wprowadzenie kilkuosobowej narracji, co swoją przyczynę ma zapewne w literackim pierwowzorze (powieści autorstwa Hillary Jordan). Mudbound to film dla widzów chcących odpocząć od kina typowo rozrywkowego, ceniących misternie budowane napięcie i głębokie wnikanie w psychikę postaci.


Dramat Dee Rees jest poruszającym obrazem o nieszczęściu i braku perspektyw na szczęście. Wielkie, bezkompromisowe, charakterne kino.

Zaraz po Kolorze purpury, Mudbound to mój ulubiony film dotykający w głównej mierze problemu rasizmu. 

Warto zobaczyć. 
















wtorek, 29 stycznia 2019

"Nie otwieraj oczu". Nie słuchaj malkontentów.



Ustalmy na samym początku, że film Susanne Bier wybitnym dziełem absolutnie nie jest. 

Ale nie jest też filmem bardzo złym. Jak przystało na quasi-blockbuster od Netflixa, Nie otwieraj oczu to produkcja znośna, posiadająca pewne zalety i wyraźne niedociągnięcia. 

A największym z niedociągnięć jest chyba niedopracowany, czy może raczej – pisany na kolanie scenariusz. Można śmiało stwierdzić, iż dziełko pani Bier to kolejna od Netflixa historia o zmarnowanym potencjale. Idea świetna (zaczerpnięta wprost z powieści Josha Malermana), wykonanie natomiast pozostawia wiele do życzenia. W trakcie seansu miałem wrażenie, że akcja poprowadzona jest na skróty, nawet pomimo zabiegów retrospekcyjnych, mających zapewne w założeniu przedstawić przemianę bohaterów wobec wielkich i drastycznych zmian w ich dotychczasowej egzystencji. 

Obsada filmu powinna być jego mocnym punktem, okazuje się zaś być jedynie wabikiem. Trevante Rhodes zagrał co prawda przyzwoicie, ale scenarzyści nie dali mu rozwinąć skrzydeł. Johnowi Malkovichowi zapomnieli nawet tych skrzydeł przypiąć. Do Sandry Bullock, która gra główną rolę, mam wielki sentyment, ale i ona nie zdołała swoim niewątpliwym talentem załatać dziur pozostawionych przez scenarzystów. Mimo to miło ponownie widzieć ją na ekranie.

Poza tym Nie otwieraj oczu fragmentami przypomina typowy amerykański horror, kalkę kalki produkcji sprzed dwudziestu i trzydziestu lat, w których to bohaterowie dobierani są na podstawie zupełnych przeciwieństw charakterów i aparycji, obdarzani zostają jedną, maksymalnie dwiema cechami je określającymi i w zamkniętej bądź bardzo ograniczonej przestrzeni są kolejno eliminowani na wymyślne sposoby. 

Nie otwieraj oczu konceptem przywodzi na myśl Ciche miejsce, z tym że w produkcji Netflixa postaci przystosować się muszą do świata, w którym nie można, o ile chce się przeżyć, patrzeć. Tajemnicza siła niejasnego pochodzenia sprowadza na Ziemię zagładę, czy też może, patrząc (sic!) na to z innej strony – wprowadza nowy porządek. Każdy kto spojrzy, ściągnie na siebie nieszczęście, co najczęściej kończy się samobójczym zgonem. No właśnie – czy na pewno każdy? Nie będę zdradzał szczegółów. Sami przekonajcie się o tej nielogiczności fabularnej. 

Jak poruszać się po opanowanym przez chaos mieście pełnym trupów i wraków samochodów, nie mogąc używać wzroku? Otóż wystarczy zasłonić oczy opaską. Nasi bohaterowie w nowej sytuacji radzą sobie zaskakująco dobrze. Potrafią nawet prowadzić samochód. Brzmi absurdalnie? Wygląda jeszcze bardziej absurdalnie. 

Malorie, w którą wcieliła się Sandra Bullock, opanowała sztukę niepatrzenia niemal do perfekcji. W poszukiwaniu prawie że legendarnego miejsca, w którym ludzie żyją bezpiecznie i nie muszą obawiać się mrocznych sił, potrafi ona kilka dni płynąć łodzią czy biegać po lesie używając jedynie linki jako rodzaju znacznika drogi powrotnej. I to wszystko z dwojgiem szkrabów pod opieką. 
Pewnie gdyby filmowcy postarali się o dopracowanie  szczegółów, gdyby wysilili się na przewidzenie wszelkich pytań przykładowych widzów (jak? po co? kiedy?), pomysł na błądzących po omacku bohaterów byłby czymś odkrywczym i bardzo ciekawym. 

Można psioczyć na nietrafione rozwiązania i lenistwo twórców, ale nie wszystko w filmie zasługuje na krytykę. Historia trzyma w napięciu. Zdjęcia natury cieszą oko. No i ta atmosfera, będąca mieszaniną dramatu, thrillera, horroru i science-fiction... Doskonałe, wyważone połączenie, choć przyznać trzeba, że Nie otwieraj oczu do horroru jest chyba najdalej. 

To, co w największym stopniu przykuwa do ekranu, to zagadka. Czym jest siejąca spustoszenie wśród ludzkości siła, skąd się wzięła, dlaczego akurat teraz? 
To, co w największym stopniu przykuwa do ekranu, okazuje się być na końcu największym rozczarowaniem.

Typowo hollywoodzkie, naiwne zakończenie i tani chwyt metaforyczny z uwalnianiem ptaków (oryginalny tytuł filmu to Bird Box) drastycznie obniżają "rasowość" produkcji. Niemniej jednak Nie otwieraj oczu pozostawia całkiem dobre wrażenie, o ile nie traktujesz każdego seansu jako obowiązkowej lekcji z historii kina tzw. "ambitnego". Jeśli masz pod ręką kolano swojej dziewczyny, pod drugą drinka, a gdzieś obok walają się chipsy, nie uznasz  tego seansu za czas stracony. 

Głosy krytyków, iż film jest tragiczny, są przesadzone, tak samo jak komentarze pełne zachwytów. Ot, cała filozofia. 








piątek, 4 stycznia 2019

Ślepe oko durnego bożka. "Tau".


Julia trudni się okradaniem mężczyzn w nocnych klubach. Któregoś razu "po pracy" zostaje porwana i uwięziona w supernowoczesnym domu wraz z kilkoma jej podobnymi – ludźmi, których nikt nie będzie poszukiwał. 

Zaczyna się całkiem dobrze. Jest tajemnica, pułapka, mroczna i gęsta, nieco cyberpunkowa atmosfera. 

Szkoda, że szybko wpadamy w ogromne dziury w scenariuszu i sidła nielogiczności. 

Porwani są czymś w rodzaju królików doświadczalnych. Niestety film nie odkrywa przed widzem zbyt wielu szczegółów eksperymentu. Co ma na celu? Któż to wie. Dostajemy jedynie nie do końca jasne informacje, iż Alex prowadzi zaawansowane badania nad sztuczną inteligencją. 

No i tutaj zaczynają się prawdziwe absurdy. W jakim celu naukowiec zachowuje przy życiu kobietę? Powody nie są zbyt przekonujące. I dlaczego używa on potężnej sztucznej inteligencji jako lokaja, sprzątacza i kucharza? No i wreszcie dlaczegóż ten (podobno) najbardziej zaawansowany samouczący się komputer na świecie właściwie nic o świecie nie wie, a w dodatku w bardzo naiwny sposób daje się podejść Julii, która pragnie zwrócić go przeciwko twórcy?   

(Mówiący głosem Gary'ego Oldmana!) Tau jako myśląca, bezcielesna istota zdolna kontrolować dom-fortecę i pilnujące go roboty z piekła rodem, powinien być bardziej mroczny i niepokojący, tymczasem poza dwoma czy trzema momentami, w których złości się i irytuje nie na żarty, przypomina denerwujące dziecko, niezbyt rozgarniętą istotę z innej planety lub równie bystrego bożka. Podchody Julii, by zwieść Taua i tym samym uciec od Alexa, przypominają fragmenty mitów i przypowieści, kiedy to trickster zwodzi pozornie silniejszego przeciwnika, najczęściej bóstwo. 

Jeżeli lubisz bawić się w przewidywanie fabuły, Tau nie da ci zbyt wiele satysfakcji. Postępujące po sobie wydarzenia w filmie to paradoks – są tyleż nielogiczne, co oczywiste. 

Dobrze, że nie wszystko zostało tak koncertowo schrzanione jak scenariusz. Na uwagę zasługuje całkiem niezła muzyka, która w połączeniu z mrocznymi, futurystycznymi lokacjami potrafi na moment wciągnąć i zaniepokoić. Właściwie z tymi "lokacjami" to gruba przesada, bowiem prawie cała historia rozgrywa się w kilku pomieszczeniach jednego superdomu, ale mimo tego ograniczenia (związanego prawdopodobnie z innym ograniczeniem, czytaj – budżet), twórcy stanęli na wysokości zadania. Niewielkie przestrzenie potrafią tak zachwycić, jak postraszyć. 

Aktorstwo w filmie wyreżyserowanym przez Federico D'Alessandro zapewne nie jest wybitne, ale stoi na przyzwoitym poziomie. O ile ładna i utalentowana Maika Monroe ma jeszcze zbyt mało doświadczenia i charyzmy, żeby pociągnąć poważniejszy film pierwszoplanową rolą, o tyle Ed Skrein jako wyrachowany, genialny naukowiec wypadł bardzo dobrze. Bz wątpienia Alex to postać o wiele bardziej sugestywna niż miotająca się między pomysłowością McGyvera a głupotą bohaterek amerykańskich campowych gore Julia. 

Tau to kiepski horror, średni thriller i ewentualnie znośny film sensacyjny z elementami science fiction. Produkcja typowa dla Netflixu, która kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu byłaby dostępna pewnie wyłącznie w wypożyczalniach kaset wideo. 












"Maniak". Kunsztownie brudny.


Kunsztownie brudny. Odpychająco hipnotyzujący. Bezsensowny i inteligentny zarazem. Taki jest film Williama Lustiga, który, oprócz Maniaka właśnie, wyreżyserował między innymi Maniakalnego gliniarza (1988), Maniakalnego glinę 2 (1990) i Maniakalnego glinę 3 (1993).

Niskobudżetowy slasher niestety nie przetrwał próby czasu i jest to produkcja przede wszystkim dla miłośników starych filmów grozy. 

Głównym bohaterem jest Frank Zito, potężny i niezgrabny mężczyzna z – jak przystało na lata osiemdziesiąte – czarym wąsem i fryzurą nieco w stylu czeskiego piłkarza. Postać grana przez Joego Spinella (epizody w filmach nawet takich jak Rocky i Rocky 2, Taksówkarz czy Ojciec chrzestny) to charakter intrygujący – na pierwszy rzut oka płaski, a jednak skomplikowany i wielowymiarowy. Wielkimi dłońmi potrafi zrobić krzywdę w sposób typowo slasherowy, umie grać, kłamać i zwodzić, poluje na ofiary niczym wytrawny drapieżnik. Jego druga zaś twarz to zakompleksiony, skrzywdzony w dzieciństwie przez matkę, niezgrabny i niezdolny do nawiązywania relacji płaczek prowadzący monologi z samym sobą i żyjący w otoczeniu kobiecych manekinów przyozdobionych prawdziwymi ludzkimi włosami, a dokładniej – skalpami ofiar. 

Jaki bohater, taki cały film, czyli trochę niezdecydowany, przez co jednak niezmiernie bogaty. Mroczne, urbanistyczne krajobrazy i sceny przemocy przeplatają się z sytuacjami niemal komediowymi, okraszonymi popowymi utworami typowymi dla lat osiemdziesiątych. Oszczędne w obrazie, skonstruowane za pomocą błyskawicznych cięć montażowych sceny "polowań" przeciwstawione są dłużyznom, w których to Frank bawi się z ofiarami w kotka i myszkę. 

Maniak to film niskobudżetowy, co nie umknie uwadze nawet mało obeznanego widza. Czyni to tę produkcję momentami groteskową i kiczowatą. Tajemnicą poliszynela jest, iż, ze względu na cięcie kosztów, do udziału w produkcji zaproszone zostały aktorki porno. Brak pozwolenia na kręcenie scen na ulicach Nowego Jorku skutkował tym, iż ekipa pracująca nad Maniakiem stosowała coś w rodzaju filmowego blitzkriegu, co polegało na szybkim rejestrowaniu materiału i... ucieczce. W jedną z ról wcielił się sam reżyser – zagrał on Ala, kierownika hotelu. 

Dość realistyczne efekty specjalne (może poza bardzo jasnoczerwoną krwią), mimo niewielkich środków finansowych, to zasługa samego Toma Saviniego, który zresztą gra epizodyczną rólkę, będącą materiałem do ukazania najbardziej spektakularnej, zapewne najtrudniejszej do zrealizowania, sceny śmierci w filmie. Jak na niszową produkcję z tamtych lat – majstersztyk!

DNA Maniaka to połączenie filmu noir z thrillerem psychologicznym i typowym slasherem.  To, w jaki sposób główny bohater prowadzi rozmowy z samym sobą i manekinami ociekającymi krwią ze skalpów, przypomina zachowanie Normana Batesa. Obu zresztą łączą z matkami dziwaczne, delikatnie rzecz ujmując, relacje, utrzymujące się jeszcze długo po ich śmierci. Pierwsza scena, na plaży, inspirowana była Szczękami Spielberga. W filmie Lustiga odnajdziemy również ślady między innymi także... Suspirii (pokój Franka). 

Maniak jest filmem oczywiście dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Dla fanów slasherów, ale tych maksymalnie udziwnionych i tandetnych. W dodatku dla takich, którzy przymykają oko na scenariuszowe nielogiczności i dziury (zachowanie policjantów na końcu filmu czy moment, w którym Frank zmienia strategię swych polowań na skalpy, czyli poznanie fotografki). Jeśli jesteś takim widzem, docenisz bogactwo dysonansów, rój kontrapunktów i antonimiczno-schizofreniczną strukturę tworu pana Lustiga. 












poniedziałek, 31 grudnia 2018

"Commando Ninja" – z miłości do lat osiemdziesiątych


Wspomagany Kickstarterowymi funduszami film Benjamina Combesa to nostalgiczna i pełna absurdalnego, momentami "Walaszkowatego" humoru produkcja naszpikowana odniesieniami do klasyków rozpierduchy sprzed lat. 

John Hunter jest napakowanym weteranem wojny w Wietnamie, który prowadzi spokojne życie gdzieś w kanadyjskich lasach. Sielankę przerywa wiadomość o śmierci byłej żony i porwaniu córki. Koszmary sprzed lat wracają. Pół komandos, pół ninja, zapomniany przez kraj bohater, ponownie przywdziać musi pas amunicji, by walczyć nie tylko o odzyskanie córki, ale i o bezpieczeństwo Ameryki i świata. 

Dziełko francuskiego (sic!) reżysera aż bije po oczach mało subtelnymi nawiązaniami do filmów  takich jak Amerykański ninja (1985), Predator (1987), Terminator (1984), Rambo: Pierwsza krew (1982), ale i... Kevin sam w domu (1990), Park Jurajski (1993) czy Mad Max (1979). 

Sztuczna krew i gumowe flaki rozbryzgują się po ekranie, a widok karabinu maszynowego jest tak samo oczywisty jak widok ninja-to i... rękawicy mocy. 

Żołnierze w Wietnamie walczą nie tylko z niewidzialnymi ninja, lecz również z (dość pokracznymi, ale jednak!) welociraptorami. Akcja filmu przenosi nas w czasie retrospekcjami wyjętymi wprost z głów bohaterów (Wietnam 1968 -> Kanada 1986) oraz... za pomocą wehikułu, do postapokaliptycznej przyszłości w 1998. Istne szaleństwo. 

Twórcy musieli mieć sporo zabawy przy realizacji filmu, widz ma jej już chyba zdecydowanie mniej. Commando Ninja lepiej ogląda się jako  ciekawostkę niż pełnoprawną komedię, żarty są bowiem ciosane z grubych kawałków drewna, klasyczne, przewidywalne. Tadeusz Drozda opowiadał lepsze w Śmiechu warte

Bohaterowie są, jak na pastisz czy, jak kto woli, absurdalną parodię przystało, stereotypowi, jednowymiarowi, ociekający skondensowanym stylem tworzenia charakterów filmów akcji rodem z lat osiemdziesiątych. Mamy szlachetnego mięśniaka przypominającego Johna Rambo; Kowalsky'ego – "porządnego gościa jak na Polaczka", który w filmie pełni rolę Terminatora; nieco odchyloną od normy, genialną dziewczynkę, potrafiącą tworzyć pułapki wcale nie gorsze aniżeli sam Kevin; Hopkins zaś to twardziel-kobieciarz, przystojniak sypiący żartami w najbardziej nawet beznadziejnych sytuacjach, który ze względu na usposobienie i to, iż w ostatniej scenie pojawia się w kultowym Pontiacu Trans-Amie kojarzyć się może z Bandytą (Burt Reynolds w filmie Mistrz kierownicy ucieka (1977), może trochę mniej z Davidem Hasselhoffem w swoim wiernym K. I. T. T. - cie (Nieustraszony, 1982 – 1986) czy Stevem Mcqueenem z Łowcy (1980). 

Nie da się ukryć, że film przeznaczony jest przede wszystkim dla miłośników i znawców kiczowatego kina akcji lat osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych. Znaczna ilość "smaczków" ukrytych w scenariuszu może zostać niezauważona przez odbiorców mających niewiele  wspólnego z tamtym okresem w światowej, choć chyba raczej głównie amerykańskiej kinematografii. 

Commando Ninję pochłonąłem z wielką przyjemnością i choć najpewniej do filmu nie wrócę, genialnym soundtrackiem z niego delektować się będę jeszcze nie raz. Thomas Cappeau odwalił kawał dobrej roboty. Życzę mu, aby więcej słuchaczy zapoznało się z jego ejtisową muzyczną twórczością. Jak na razie jestem jednym z zaledwie trzech subskrybentów kanału Cappeau na serwisie You Tube...





PS
Commando Ninja nie ma nic wspólnego z filmem Kommando ninja z 1982.