niedziela, 16 czerwca 2019

"Mroczny rycerz powstaje" w cieniu Bane'a

Mroczny rycerz powstaje w cieniu Bane’a
*tekst z roku 2012

Ostatnia część Nolanowskiej trylogii ukazuje Gotham City osiem lat po opanowaniu przez Batmana terroru Jokera oraz wypadkach z Harveyem „Dwie Twarze” Dentem, w konsekwencji których główny bohater został przez nieświadomych prawdy mieszkańców Gotham uznany za wroga ich miasta. Bruce Wayne – w rolę którego po raz kolejny wcielił się Christian Bale – to cień siebie sprzed lat. Jest schorowany, wycieńczony emocjonalnie, w dobrowolnym odizolowaniu rozpacza po stracie ukochanej i po pyrrusowym zwycięstwie nad złem panoszącym się swojego czasu po Gotham City. Ze stanu odrętwienia Mrocznego Rycerza wybudza Selina Kyle – Kobieta Kot (w tej roli Anne Hathaway, której wreszcie dzięki Nolanowi udało się pozbyć łatki aktorki grającej często infantylne role w romantycznych i sensacyjnych komediach), a terrorysta Bane dba o to, by Batman nie miał czasu na ziewanie.
Można nazwać małym fenomenem fakt, że prawie trzygodzinny film nakręcony tylko w 2D (Nolan nie ugiął się pod naciskiem Warner Bros i postawił na jedność stylistyczną trylogii, pozostając jednocześnie wiernym technologii IMAX, prawie połowa filmu jest bowiem zarejestrowana na taśmie 70 mm) uzyskał trzeci najlepszy w historii finansowy wynik po pierwszym weekendzie wyświetlania w USA. Z drugiej strony można było spodziewać się takiej popularności. Wpływ na nią miały zapewne znakomite poprzednie części (z wyróżnieniem Mrocznego rycerza), popularność Batmana jako nieodłącznego już elementu popkultury oraz samo nazwisko Nolana – genialnego mainstreamowego twórcy nieprzeciętnych, artystycznych nawet blockbusterów (pomijając trylogię Batmana – Incepcja). A tzw. „Klątwa Mrocznego Rycerza” (śmierć Ledgera i pracownika zespołu od efektów specjalnych, masakra w kinie w Aurorze, wypadek samochodowy Freemana) powinna na dłuższą metę działać nie jak odstraszacz, ale skuteczna, choć niezamierzona i niechciana, makabryczna reklama oraz kolejny przyczynek do wielkiej filmowej legendy.
Reżyser i (wraz z bratem) współscenarzysta sięgnął po sprawdzonych aktorów, biorących udział w jego poprzednich produkcjach. Rolę Alfreda kontynuuje Michael Cane, tak jak ponownie w Luciusa Foxa wciela się Morgan Freeman. Prócz wspomnianego Cane’a, wielu aktorów grających w Mroczny Rycerz powstaje znamy z Incepcji: Cillian Murphy (Scarecrow), Joseph Gordon-Levitt (John Blake) czy Marion Cotillard (Miranda Tate) i Tom Hardy (Bane). Stroną muzyczną zajął się nie kto inny jak Hans Zimmer i trzeba przyznać, że mimo często zbyt wielkiego patosu (który towarzyszy również sferze dialogowej filmu) znakomicie współgra ze stroną wizualną i niczym Lacanowski wielki Inny przeżywa za widza adekwatne do sytuacji emocje.
Czy pytanie o najważniejszą postać w filmie o Batmanie jest na miejscu? Owszem, bowiem Batman po raz drugi z rzędu został przyćmiony i nie jest to tym razem wina Bale’a, który wreszcie zagrał na miarę oczekiwań (lepiej późno niż wcale). Ani Selina Kyle, ani Alfred, którą to postać Cane uczynił najlepszą w historii filmów o Człowieku-Nietoperzu, nie zdołaliby tego zrobić. Sztuka ta udała się Tomowi Hardy’emu, który zagrał i wygrał Bane’a. I zrobił to w masce zakrywającej większą część twarzy przez cały film. Ale Bane to przecież nie wysublimowana mimika. To wzrok, mowa ciała, siła i inteligencja. A także historia i czyny nie pozwalające zaszufladkować go jako bohatera negatywnego. Owszem, ma on coś z terrorysty i dyktatora, coś, czego boją się współczesna ludzkość i współczesny widz. Może jednak lepiej spojrzeć na Bane’a jak na kogoś pokroju Batmana – kogoś niejednoznacznego, kogo można określić „złem koniecznym”? Nolan niewątpliwie inspirował się komiksem Batman: Vengeance of Bane. To jedno z niewielu dzieł ukazujących tę postać wieloaspektowo. W filmach animowanych (Batman: The Animated Series), grach (Arkham Asylum) czy w (nie)słynnym Batmanie i Robinie Schumachera Bane’a odziera się z inteligencji, emocji (może poza zwierzęcą wściekłością) i charakteru, pokazując go jako chodzącą górę mięsa czyniącą zło.
Gotham Nolana to metafora zglobalizowanego, zaniepokojonego świata. Zgubę przynosi mu ujawnienie prawdy, co czyni właśnie Bane (notabene w tłumaczeniu na polski: „Zguba”). Przerażająca w Banie jest nie jego siła czy bezwzględność. Przerażające jest to, iż dając władzę tłumowi, pokazuje, że tłum ów nie jest o wiele szlachetniejszy od tegoż uosobienia „zła koniecznego”. Ale bezwzględność Bane’a czy zwierzęcy instynkt tłumu nie są tak straszne jak niespotykana dotychczas w tego typu filmach wypieszczona koherencja przyczyny i skutku oraz dbałość o realizm, które wręcz zapewniają widza, iż to, co dzieje się na ekranie, mogłoby wydarzyć się naprawdę.
Świat filmów o Batmanie został przełamany na pół. Od zakończenia tryptyku brytyjskiego reżysera można mówić o Batmanie przed Nolanem i jakże innym Batmanie Nolana. Jego bohater to heros, ale nie w stylu ugrzecznionych i sztucznych Supermana i Kapitana Ameryki. To l u d z k i heros, bohater, jakim może zostać każdy (parafrazując słowa samego Batmana). Nolan łamie, upodla i maltretuje tytułową postać, odsuwa ją na dalszy plan, ukazuje mroczne strony duszy, fobie i niepokoje, ale na definitywne zakończenie serii, w niejednoznacznym zakończeniu pozwala mu wstać i wygrać – wygrać z sobą. Podobny poziom złożoności charakteru w tego typu kinie reprezentuje dotąd jedynie Wolverine.
Mroczny Rycerz powstaje to film, który nie dorównuje prawie idealnemu poprzedniemu obrazowi, jest jednak znakomitą pointą trzyczęściowej historii. Pamiętajmy o tym, że Nolan przed ostatnim Batmanem wyreżyserował (i był autorem/współautorem scenariusza) wspominane wcześniej Incepcję Mrocznego Rycerza – dzieła obok których trudno przejść obojętnie. Dlatego też należy cieszyć się, iż nie wypalił się w trakcie kręcenia zakończenia cyklu. Inna sprawa, że najlepiej trylogię oglądać w całości – wtedy najbardziej docenia się wysiłek włożony w to, by opowieść była nie tylko efektowną, przynoszącą zysk rozrywką, ale by było to coś wykraczającego poza blockbuster. Batman Nolana to połączenie fantastyki z przygodą, dramatem i kinem artystycznym. Jest pewne, iż stanie się dziełem kultowym, pomimo braku uznania i pogardliwego wręcz stosunku do tego typu filmów wśród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej.
Batman powstał, by odejść. I oby nie wracał zbyt szybko i w kiepskiej formie. Chyba, że pan Aronofsky (plotki mówią, iż on będzie kolejnym wskrzesicielem bohatera) równie dobrze co z łabędziami, radzi sobie z nietoperzami.